Wielki artysta, który nigdy się nie narodził – Mac Miller – Circles

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin


Pośmiertnie wydawane albumy strasznie ciężko poddać sprawiedliwej ocenie. Czasem pełnią funkcję pożegnania niezwykle doświadczonego artysty z publicznością, otrzymującą niejako w prezencie postscriptum do długiej, emocjonującej kariery idola. Innym razem stanowią zasmucającą próbę zbicia majątku na wykreowanej za życia marce. Recenzowanie przypadku numer jeden przypomina więc pisanie tekstu krytycznego na temat niezwykle osobistego listu, a zajmowanie się przypadkiem numer dwa byłoby niesprawiedliwym osądzaniem materiału, na który twórca ostatecznie nie miał żadnego wpływu. Na szczęście “Circles” nie należy do żadnej ze wspomnianych kategorii mimo że płyta ujrzała światło dzienne rok po śmierci autora. Nie otrzymujemy więc ani kropki postawionej przez odchodzącego do zaświatów weterana, ani też kolażu żerujących na nazwisku niedogotowanych demówek. Czym więc jest ten krążek? Przede wszystkim dość bolesną historią o zdolnym muzyku, który nie dostał od losu szansy, by w pełni wykorzystać drzemiący w nim potencjał.

W każdym utworze wyraźnie słychać brak aranżacyjnego oszlifowania. Przedwczesna śmierć Millera nie pozwoliła na stuprocentowe dopracowanie detali, więc cały projekt znajduje się gdzieś w połowie drogi między szkicem a skończonym produktem kreatywności. Kompozycje mają całkiem logiczną i spójną budowę, lecz bazują na dość oszczędnym brzmieniu sugerującym unoszący się gdzieś przestrzeni niedostatek. Wszystkie te luki niby powinny irytować, ale jednak w jakiś dziwny sposób fascynują. Być może dlatego, że grając minimalizmem, pozwalają niezwykle szczerym i poruszającym wersom rapera zdominować pierwszy plan.

Finalna pozycja w dyskografii Malcolma McCormicka odsłania przed słuchaczem portret twórcy będącego w trakcie procesu kształtowania własnej niezależności. Artysta nieśmiało odchodzi od ciasnej, hip-hopowej formuły i skłania się ku bardziej przestrzennej neo-soulowej estetyce. To dopiero wstępny poligon doświadczalny, więc jesteśmy świadkami zaledwie treningowych wprawek. Szkoda więc, że Mac już nigdy nie dopracuje do perfekcji nowego pomysłu na siebie.

Walkę z własnymi ograniczeniami widać również w warstwie lirycznej, krążącej głównie wokół introspektywnej tematyki samotności, bólu i prywatnych słabości. Zmiana gatunku muzycznego przekłada się też na osobisty rozwój, udowodniony bardzo dojrzałymi zwrotkami prezentującymi świadomość własnych problemów psychicznych oraz chęć konfrontacji z nimi. Znów szkoda, że zdrowa filozofia “Circles” nie zdążyła się w pełni zmaterializować.

Przyglądanie się ewolucji ulubionego artysty to zawsze bardzo fascynujące zajęcie. Pozwala dostrzec ten frapujący moment kariery, który stanie się zaczątkiem wielkiej kreatywnej metamorfozy. Niestety w tym przypadku musimy zadowolić się prologiem nowego rozdziału, który jest jednocześnie z konieczności konkluzją.

Reklama

Jestem chamką!

Jestem chamką. To nie zostało powiedziane wprost, ale zarysowane grubym