Odium

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Płyta, którą widzicie na zdjęciu obok, to tania, taniutka reedycja CD, którą nabyłem gdzieś na początku wieku, będąc szczenięciem, ale szczenięciem już na tyle fonograficznie ogarniętym, żeby zdecydować się na rozbudowanie swojej dyskografii o rodzime klasyki gatunku. „Brygada Kryzys” to właśnie taki klasyk, na którym wychowały się pokolenia.

„Brygada Kryzys” zespołu o tej samej nazwie to w zasadzie klasyk o nawet większym oddziaływaniu niż wydane w tym samym 1982 roku „Za ostatni grosz” Budki Suflera (z utworem tytułowym oraz innym hitem „Nie wierz nigdy kobiecie”), „UNU” Perfectu (z przesłynną „Autobiografią”) czy „Live” TSA (m.in. z „51”). Rzeczone płyty oddziaływały na masy, płodziły hity, a zespoły grały wszędzie przez następne dziesięciolecia. „Brygada Kryzys” została natomiast zaszczepiona określonej, wyselekcjonowanej bandzie punków i nowofalowców, ale jej oddziaływanie na muzykę czujemy do dziś. Może jest to w pewien sposób polski odpowiednik „Combat Rock” wypuszczonego przez The Clash w tym samym roku? Choć „Combat Rock” jest mocno piosenkowe, a „Brygada Kryzys” bardzo zimna, nowofalowa. Łączy te albumy pewnego rodzaju podskórna, nienachalna przebojowość i artystyczna wolność, która przekonywała wielu do oddalenia się od najpopularniejszych medialnie scen.

Słuchanie „Brygady” dziś jest nieco bolesne. Nie dlatego, że płyta źle brzmi – w zasadzie brzmi całkiem fajnie, z fajnym, oldschoolowym pogłosem, ale czysto i klarownie. „Brygada” boli, bo pokazuje upływ czasu, z którym zazwyczaj pogodzić się nie chcemy. Ta moja taniutka reedycja oryginału nagranego na sześć lat przed moimi narodzinami pochodzi z 2003 roku, sprzed piętnastu laty, sprzed połowy mojego życia. O czym wtedy myślałem? Mogę się tylko domyślać, że w głowie było mi zupełnie co innego niż dziś. Ale o upływającym czasie świadczy jeszcze mocniej coś zupełnie innego. Kiedy otwieram ubogą wkładkę do płyty, moim oczom ukazuje się skład Brygady Kryzys z 1982 roku. Tomasz Lipiński wciąż funkcjonuje na obrzeżach branży muzycznej, która przemieliła go i zapomniała, olewając z góry wszystkie jego zasługi. Saksofonista Tomasz Świtalski i basista Ireneusz Wereński są już praktycznie w ogóle poza branżą, pojawiając się co jakiś czas tu i tam z okazji reedycji czy jakichś imprez. Perkusista Janusz Rołt popełnił samobójstwo prawie trzydzieści lat temu, nie żyje też już perkusjonista Jerzy Ptasiński. Niedawno dołączył do nich Robert Brylewski, siła napędowa nie tylko Brygady Kryzys, Kryzysu, Izraela czy Armii, ale na dobrą sprawę całego polskiego rocka niezależnego. Brylu był gościem, którego nogi miały bezpośrednie połączenie z sercem i mózgiem, przez co zawsze szedł tam, gdzie kierowały go rozum i dusza. Punkowe podstawy i nieskończona muzyczna ciekawość dały mu pewnego rodzaju mądrość, dzięki której zawsze potrafił stanąć tam, gdzie innym brakowało odwagi. Przez to – i wielką ilość znakomitego i ważnego materiału muzycznego – stał się wręcz pomnikiem dla całych pokoleń młodych punków, rasta, rockmanów i kogo tam jeszcze.

Kiedy kilka lat temu spotkałem się z nim i Tomaszem Świtalskim, Brylu był żywiołowy, energetyczny, rzucający wnikliwymi spostrzeżeniami, jakby przygotowywał je sobie wcześniej. W połączeniu z punkowym, nieokrzesanym charakterem dawało to wręcz ujmujący efekt. Człowiek miał poczucie, że chce po prostu usiąść z tym facetem przy piwie i papierosie i gadać o wszystkim. Rozmawialiśmy wtedy o kondycji polskiej muzyki rockowej, a Robert, z wyraźnym zawodem w głosie, stwierdził: „Rock wszedł już do panteonu kultury, bo teraz już się nas do kultury zalicza. Został podsumowany, bo to już stare wydarzenie”. Teraz, po śmierci, do panteonu wszedł też Robert, choć na dobrą sprawę to był w nim od dziesięcioleci. Dopiero teraz dowie się o nim jednak szary Kowalski, kiedy trybuty dla Bryla i jego twórczości spływają z każdego krańca muzycznego światka, od Opola po Sopot, z uwzględnieniem Jarocina czy Węgorzewa.

Na wspomnianym spotkaniu, oszołomiony nieco legendą, z jaką miałem do czynienia, zapytałem Roberta, czy czuje na sobie odium historii. Odparł: „Nie poczuję takiego odium, póki żyję. Może odczuję je po śmierci, jeśli będę w stanie czuć wtedy cokolwiek”. Teraz czujesz, Robert?

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama

Reklama