Horror pajdokracji

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

„Monos” to druga fabuła ekwadorsko-kolumbijskiego reżysera i pisarza Alejandro Landesa. Mroczna bajka o fikcyjnym oddziale żołnierzy tak umiejętnie zagęszcza atmosferę, że pod koniec mamy wrażenie, że oglądamy rasowy horror – którego uczestnikami bezwiednie się staliśmy. 

Oddział nastoletnich żołnierzy Monos prowadzi partyzanckie życie w surrealistycznym otoczeniu mrocznych, kamiennych budowli. To jeszcze dzieciaki, o czym świadczyć mogą pozornie niewinne twarze czy chociażby pseudonimy, jak Smerf, Rambo czy Yeti. Grają w piłkę, ćwiczą capoeirę, urodziny świętują w dość specyficzny sposób: batożąc jubilata. Upijają się, podgryzają grzybki halucynogenne i przeprowadzają pierwsze eksperymenty seksualne. W przeciwieństwie do zwyczajnych nastolatków są jednak wyposażeni w karabiny maszynowe. I pracują dla tajemniczej Organizacji. Ich zadaniem jest pilnowanie jeńca – amerykańskiej lekarki (prawdopodobnie dla okupu). Okresowo pieczę sprawuje nad nimi groteskowa postać Posłańca, wobec której są zaskakująco karni. Przybywa do nich regularnie, odbiera meldunki, nagrywa film z udziałem jeńca jako dowód życia i rozdziela zadania. Pozostawia grupie Shakirę – mleczną krowę, która ma ich poić i żywić, a ich obowiązkiem jest sprawować nad nią opiekę i odpowiednio o nią dbać. 

Kiedy Posłaniec znika, Wilk i Lady wraz z resztą żołnierzy świętują uzyskanie oficjalnego pozwolenia na bycie w związku. Suto zakrapiana partyzancka impreza kończy się śmiercią Shakiry. Wódz grupy, świeżo „ożeniony” Wilk, doskonale wie, z jakimi konsekwencjami wiąże się tak tragiczne w skutkach zaniedbanie obowiązków. Wie też, że przyjdzie mu stanąć przed wojennym sądem. Nie wytrzymuje presji i popełnia samobójstwo. Na czele grupy staje ambitny i okrutny Yeti. Grupa musi opuścić dotychczasowe obozowisko i udać się w głąb dżungli. Kolejne rozkazy i meldunki stają się dla Yeti nie do zniesienia. Postanawia uczynić grupę sobie poddaną i na własną rękę „zająć się” jeńcem. W swojej drodze po władzę będzie z każdym kolejnym ruchem coraz bardziej nieugięty, butny i niezłomnie okrutny. 

Oczywiste są skojarzenia z „Czasem apokalipsy” Coppoli, „Gniewem boga” i „Władcą much” (kilka kadrów to bezpośrednie z nich cytaty). Film kolumbijskiego reżysera wymyka się jednak prostym kategoryzacjom. 

 
Reklama
 
Reklama

Alejandro Landes bada napięcia powstające między jednostką a zbiorowością, jak rodzi się syndrom zbiorowego myślenia, kiedy reakcja emocjonalna wypiera głos rozumu. Na poziomie alegorycznym i etycznym to obraz o władzy. I, jak we “Władcy much”, ścierają się między sobą dwa światy: cywilizacji silnej ręki, działającej według jasno ustalonych reguł i świata Nietzscheańskiej, dzikiej i anarchistycznej woli mocy, która nie znosi jakiegokolwiek sprzeciwu, nie toleruje również słabości, nie mówiąc o zdaniu odrębnym. 

„Monos” jest inspirowany niestabilną sytuacją polityczną w Kolumbii. Brak konkretnej geolokalizacji, geograficznych punktów odniesienia i (nie tylko) symboliczny brak granic przydają tylko temu obrazowi uniwersalizmu. Mityczna rzeczywistość pozornego raju z czasem na naszych oczach ewoluuje w kierunku piekła, oklejonego błotnistą rzeczywistością pełną przemocy i ślepej rywalizacji. 

Kolumbijski obraz jest po mistrzowsku obsadzony. Ekranowym świeżynkom towarzyszą nastoletni „weterani”, znani z produkcji adresowanych do zupełnie innego widza. Wybitna jest kreacja Moisésa Arias (niesamowita metamorfoza – od „Hannah Montana” przez „Trzy kroki od siebie” do arcytrudnej roli Yeti), rola Sofii Buenaventury jest tak genialnie poprowadzona, że androgynicznego, wrażliwego Rambo nikt by nie podejrzewał o to, że gra go dziewczyna. 

To film, który pyta o zło, jego źródła i zasięg. Sprawdza, jak eskaluje i dlaczego. Bezkompromisowość i bezlitosność filmowej narracji jest porażająca. Zdjęcia Jaspera Wolfa napinają nerwy odbiorcy jak cięciwę. 

Mnogość wykorzystanych w filmie środków formalnych zapiera dech w piersiach. Obraz z noktowizora i amatorskiej kamery, zdjęcia podwodne i kadrowanie zza karku bohaterów wzmacniają poczucie gęstnienia atmosfery aż do efektu klaustofobicznego, które mało nie rozsadzi widzowi czaszki. Całości dopełnia porażająca ścieżka dźwiękowa złożona z naturalnych dźwięków dżungli: szelestów, pohukiwań, brzęczenia wściekłego roju moskitów, huku rwącej rzeki, trzasków i szumów, przeplatanych dźwiękiem przeładowywanej broni i dzikimi wrzaskami oddziału Monos. Mistrzowska, niezwykle odważna partytura Miki Levi dopełnia dzieła: hipnotyzuje, dręczy, niepokoi i przyprawia o ciarki. 

 
Reklama

Film koniecznie do obejrzenia w kinie: w ciemnej sali, na dużym ekranie i we wspólnocie widzów.  To dobitnie przypomni nam, że niezmiennie piekło – to my. 

„Monos”, reż. Alejandro Landes, wyst.  Moisés Arias, Sofia Buenaventura, zdj. Jasper Wolf, muzyka Mika Levi,dystrybucja Against Gravity. 

Reklama