Guilty pleasure

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Ralf Gyllenhammar musi mieć klawe życie. Oczywiście nie mam pojęcia, czy ma naprawdę, pewnie nie, bo klawe życie to generalnie utopia. Ale z perspektywy gościa, który lubi sobie posłuchać muzyki, pójść na koncert, kupić płytę, poczytać trochę o tym i owym artyście, Ralf wygląda na gościa, który ma fajnie.

Po pierwsze, ma czadowe nazwisko. Nie wiem co ono oznacza, o ile oznacza cokolwiek, ale brzmi mocno. Po drugie – całkiem nieźle idzie mu kariera w szwedzkich mediach. W tamtejszej telewizji pojawiał się tu i tam, tu poprowadził jakiś program, tu wystąpił. Może nie jest największą gwiazdą, ale pewnie da się z tego żyć. Ale mam podejrzenie, że Ralf żyje z zespołu. Bo – po trzecie – Ralf ma fajny zespół, który jest takim moim guilty pleasure, choć nie czuję się ani trochę guilty z tego powodu. Zespół nazywa się Mustasch i jeśli ktoś widział ostatnio Ralfa, to wie, że nazwa to adekwatna. No i Ralf pisze, gra i śpiewa fajne rockowo-metalowe piosenki. Fajne, po prostu. Żadna tam sztuka wyższa, żadna ambitna muzyka, żadna zaangażowana społecznie działalność. Ot, czterech kolesi, gitary, perkusja, bas, mocne wzmaki i jeszcze mocniejsze paczki. Przepis to prosty – bierzesz paru kumpli, wydajecie trochę kasy na sprzęt i gotowe. Ale trzeba jeszcze mieć Ralfa, bo ktoś musi napisać tę cholerną piosenkę tak, żeby dało się jej słuchać, a poza tym jeszcze wykonać ją tak, żeby można się było bawić. I Ralf właśnie takim gościem jest. Wygląda jak rock’n’rollowiec i pisze fajne rock’n’rollowe piosenki.

Pewnie, zdarzają mu się wzloty i upadki, jak choćby płyta „Testosterone” z 2015 roku, na której chyba nawet Ralf nie wiedział, czy chce dalej grać Mustaschowy heavy metal, czy może jednak spróbować uderzyć do publiczności, która nie przeklina i nigdy nie zapaliła papierosa. Ale powiedzmy szczerze – ta płyta to wciąż poziom dla wielu radiowych zespołów nieosiągalny. A Mustasch są zespołem zaskakująco równym – każdy kolejny album przynosi nową porcję tego samego. Niby coś tam się w zespole zmienia – na swoim fonograficznym debiucie, wydanej w 2001 roku epce „The True Sound of the New West” Mustasch są przesterowani, wolniejsi, stonerowi, momentami niemal doomowi, choć już wtedy wyraziście rock’n’rollowi. A potem, z roku na rok i z płyty na płytę, zespół jest coraz luźniejszy i głośniejszy. To dobry kierunek.

Ralf i koledzy lubią riffy, luz, wydaje się, że lubią też jeans, tatuaże, głośne samochody, wyzywające kobiety, alkohol i takie tam inne fajne sodomie. Ale lubią też, jak ich muzyka ma sens. A sens znajdują w swobodzie, choć poszczególne piosenki do swobodnych raczej nie należą – mają dość sztywne ramy wytyczane przez riff i rytm. Swobodą w tym wszystkim jest Ralf. On jest wolnym elektronem, zawodnikiem, który co prawda ma przypisaną na boisku pozycję, ale w gruncie rzeczy może robić, co chce. I Ralf korzysta, śpiewa i gra, a Mustasch na tym zyskują, bo jest niezwykle charakterystyczny i charyzmatyczny. Na wszystkich płytach zespołu pełno jest jego rozkrzyczanych wokaliz, pochrząkiwania i pokrzykiwania między zwrotkami i refrenami, co jest na dobrą sprawę urocze. Dlatego czasami, kiedy już wszystko mnie znudzi, a akurat mam rzadką możliwość zasiąść w jakimś fajnym miejscu ze szklaneczką ulubionego trunku, lubię odpalić sobie Mustasch. Odprężają mnie i wprawiają w dobry nastrój. Jak „Szklana pułapka” albo „Naga broń” – fajerwerki, pościgi, rozwalone samochody, strzelaniny, trochę humoru, piękne kobiety, dobra produkcja, zero refleksji, żadnych wyrzutów sumienia. Samo mięsko.

Reklama

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama

Reklama