Niekończący się proces

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Cierpnąca skóra na stopach wysuwanych spod kołdry podczas mroźnej nocy jest niczym przy ciarkach, które przebiegają po plecach widza śledzącego katorgi doświadczane przez tytułowego bohatera „Zamy”. Przed seansem najnowszego dziełaLucreciiMartelprzygotujcie się na długą Kafkowską odyseję, wzbudzającą paraliżujący lęk przed absurdalnością świata.

Akcja filmu rozgrywa się w XVII wieku. Hiszpańscy kolonizatorzy osiedlają tereny Ameryki Łacińskiej, wypędzając z nich dotychczas zamieszkujących tam Indian. Powstaje nowe państwo z mieszkańcami, których podobnie jak nas dręczy doprowadzająca do szewskiej pasji administracja oraz powszechna niesprawiedliwość. Na straży tamtejszego prawa stoi Zama – hiszpański urzędnik pełniący funkcję radcy. Stoi… a właściwie powinien stać. Jego sądy są bowiem przejawem uległości wobec majestatu Króla.

Jak jednak wiadomo „oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa” i ostatecznie taplać się w niej będzie musiał sam główny bohater. Zama podobnie jak wcześniej sądzeni przez niego oskarżeni zdaje się na decyzje wyżej postawionych od niego decydentów. Dni mijają mu więc na bezowocnym oczekiwaniu na awans i na przenosiny do Buenos Aires, a także nadziei, że w końcu dane będzie mu spotkać swoją żonę i dzieci. Tymczasem spokój mieszkańców burzy lokalny rzezimieszek zwany VicuñąPorto. Mimo pogłosek o tym, że został schwytany, miejscowi ruszają na dalsze poszukiwania legendarnego złoczyńcy…

Reklama

VicuñaPorto posłużył Marteljednak nie tylko jako napędzająca fabułę filmu tajemnicza postać, ale przede wszystkim emblemat świata, który przedstawiła. Powieść, na której zostało oparte dzieło argentyńskiej reżyserki, jest mocno przesycone brutalnością. W filmie natomiast wszystko, co drastyczne jest wyrażane niedosłownie, najczęściej poprzez niedopowiedzenia. Według Martelnieuchwytny wróg, wzbudzający w nas permanentny strach nie musi być bowiem grasującym po okolicy mordercą. Są to także konwenanse kulturowe, nakładane na nas role społeczne czy ustalona z góry hierarchia społeczna wpisująca nas w określone ramy. Podobnie jak VicuñaPorto to wszystko nie jest namacalne. Racjonalizm i świadomość Zamy pozwalają mu w końcu dostrzec, że niczym bokser na treningu, jego rywalem jest cień. Nadzieja będąca symbolem idealizmu, w tym przypadku zamienia się we wleczącyza nogą Zamy ciężki głaz, który może pociągnąć głównego bohatera na dno morza marzeń. 

Martelw „Zamie” pochyla się nad grupami wyjątkowo ciemiężonymi kulturowo i społecznie przez ostatnie stulecia. Reżyserka w jednym szeregu stawia autochtonów (w tym wypadku Indian) i kobiety. Po drugiej zaś stronie bezwzględnych kolonizatorów i mężczyzn wiernych zniewalającemu systemowi patriarchalnemu. Reżyserka ucieka jednak od demonstracyjnego plucia jadem, będąc w swoim filmowym wywodzie niczym kot delikatnie ocierający swoje opuszki palców o litowe panele. Nie odrażaswoją ruchową topornością, ani nie pozostawia zadrapań kalających oko tych, którzy uważnie śledzą każdy jej sus. 

W tym kontekście tym bardziej nieoczywistą postacią jest główny bohater. Początkowo ceniony urzędnik państwowy sprawia wrażenie pysznego buca, dla którego kariera jest ważniejsza od prawniczej moralności. Ponadto jego niezaspokojona męskość popychająca go do natarczywego nastręczania się napotykanym przez niego kobietom stawia go w świetle lubieżnego seksisty. Kiedy jednak jego życie zamienia się w Kafkowski absurd, to widz zaczyna spoglądać na tę tragiczną postać nieco życzliwszym okiem. Żałość spotyka się więc ze współczuciem, odruch ludzkiego wsparcia z pogardą. Martelponownie wchodzi w rolę rozkładającej na części pierwsze ludzką osobowość psycholożki. I jest w tym fachu absolutną profesjonalistką, ponownie stawiając widza w pozycji wyjątkowo niekomfortowego dysonansu.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama

Reklama