Paweł Wilczak: Pan Wilczak

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Grywał role, po których można było wnioskować, że poczucie humoru stanie się dla niego kluczem do łatwych zawodowych wyzwań. Z tego waloru nie uczynił jednak dominanty w swojej karierze. Wywiad, którego nam udzielił, również nie skrzy się żartami i anegdotami. Paweł Wilczak – przyjazny, aczkolwiek lekko zdystansowany i lakoniczny, pokazał nam rąbek swojego świata, w którym on sam jawi się jako ostoja spokoju.

Paweł Wilczak jako nosiciel niesamowitego poczucia humoru – przez długie lata byłeś tak postrzegany. Jak się odnosisz do tego dzisiaj? 

Mam jak każdy fajne i niefajne momenty. Bywamy w różnych sytuacjach, bywamy fajni i niefajni, szczęśliwi i nieszczęśliwi. W moim zawodzie istotna jest umiejętność przetworzenia tego – o ile się chce –  na scenę czy ekran. Rola w serialu „Kasia i Tomek” była dość mocnym stemplem [polska wersja kanadyjskiego formatu, realizowanego w wielu krajach, pojawiła się w 2002 r., reżyserem był Jurek Bogajewicz, w tytułowej roli żeńskiej wystąpiła Joanna Brodzik – przyp. M.J.]. Ale bywałem też złodziejem, policjantem, chłopakiem z sąsiedztwa… Zawsze z pokorą spoglądam na to, co jest na stole. Swoją pracę staram się wykonać najlepiej jak potrafię. 

To, co dzisiaj możemy obserwować w twoim aktorstwie, gdy pojawiasz się w roli tytułowego Pana T. w filmie Krzyształowicza, odbieram jako uwolnienie się od wcześniejszego emploi.

Zgadza się. Z gigantyczną premedytacją próbowałem to osiągnąć. Nie wiem, co się po tym filmie wydarzy, nie wiem, kto go zauważy. Uważam, że to fantastyczna rzecz, którą zawdzięczam Marcinowi. 

Reklama
Advertisement

Krzyształowicz znany jest jako reżyser „Obławy” i „Pani z przedszkola”. 

Producent Jarek Boliński świetnie sprawował pieczę nad tym naszym przedsięwzięciem. Co będzie dalej? Zobaczymy.

Adam Bajerski, który jest autorem zdjęć do „Pana T.”, potrafi przyglądać się twoim warunkom aktorskim. To, jak jesteś przez niego w tym filmie fotografowany, bardzo sprzyja twojej pracy.

Adam zasługuje na same superlatywy. Swoją drogą, jesteśmy z tej samej szkoły – skończyliśmy łódzką Szkołę Filmową, o której zawsze będę mówił z wielkim sentymentem. 

Kiedy wchodziłeś do zawodu, był rok 1989. Nie masz wrażenia, że wy, tworzący filmy po transformacji ustrojowej, żyliście w nieco błędnych ustawieniach, wyobrażeniach?

Nie uważam tak, bo jestem zdania, że wszystko jest w głowie –  marzenia czy wyobrażenia. A w świecie kina najlepsze jest to, że ma się styczność z mądrymi ludźmi i ja ten przywilej miałem.

Przykładem takiego mądrego twórcy jest Wojciech Smarzowski. Fakt, że z nim pracowałeś, jest chyba przedmiotem zazdrości wielu twoich kolegów? [Paweł Wilczak zagrał w jego głośnej „Kuracji” w 2001 r., a następnie w „Weselu” w 2004 r. – przyp. M.J.]

Znów wrócę do tematu Szkoły Filmowej w Łodzi, którą tak kocham. Tam się poznaliśmy z Wojtkiem.  

Najpierw był operatorem.

Tak. Patrzę na Wojtka z nieco innej perspektywy – znam go 35 lat. To ważna osoba w moim życiu, zdecydowanie. 

Dzisiaj każdy aktor marzy o tym, by grać u Smarzowskiego. Nie chciałbyś znów z nim pracować?

Wiesz, ja najchętniej spotkałbym się z nim na kolacji. Raczej takie mam względem niego marzenia.

Chcesz w ten sposób podkreślić też to, że życie jest dla ciebie ważniejsze niż przedsięwzięcia artystyczne? 

Zdecydowanie tak.

A jak rozwinąłeś w sobie taką hierarchię wartości? 

To nie do mnie pytanie.

Przecież ty jesteś autorem swojego życia? 

Trochę nie mam na nie wpływu. Nie staram się regulować tej „rzeki”. Jeśli w ogóle mam marzenia, to one skupiają się na bardzo prostych rzeczach: żeby być zdrowym, smacznie zjeść, napić się dobrego wina… 

Czekam na kolejne elementy! Liczyłam na to, że wymienisz jeszcze na przykład egzotyczne kraje, podróże… 

Ze wszystkim damy radę!

 

fot. Michał Buddabar

 

Reklama