Pożar Facebooka

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

I się zaczyna! Porzucają komputery, wstają z czterech liter, masowo wychodzą na korytarze, zaczynają się dyskusje na żywo, w cztery oczy – o tym, czy ktoś nie ucierpiał, jak pomóc poszkodowanemu, gdzie on w ogóle jest i już bardziej szczegółowe – jak się zachowywać, by nie dopuścić do podobnego wydarzenia w przyszłości, a także rozmówki o ubezpieczeniu mienia, w jakiej firmie najlepiej podpisać polisę i czy możemy zrobić to grupowo. Oczywiście, żart! Na żadne korytarze nie wychodzą. Siedzą nadal na FB. 

nie mów dzień dobry 

Liverpool. Drogą wzdłuż plaży w West Kirby idzie kobieta. Z jednorodzinnych domków wychodzą mieszkańcy. Kobieta mówi im kolejno: „Dzień dobry”. Nikt nie odpowiada. Jedni ze zdziwioną miną, zdają się nie wiedzieć, czy kobieta mówi poważnie. Jakie znowu dzień dobry, skoro się nie znamy? Drudzy — niby zajęci sobą w duecie, ale siedzą na ławce, scrollują w dłoniach obrazy i obrazy tekstów. Zrzuty obrazów tekstów, obrazy obrazów i teksty tekstów. Kobieta zauważa na swojej drodze owczarka niemieckiego, którego instynktownie pochwala, a za psem po smyczy trafia wzrokiem na jego właściciela, młodego chłopaka ze słuchawkami w uszach, podygującego w rytm. Kobieta zbliża się. Głaszcze zwierzę. Właściciel nic, ani drgnie. Jedynie w takt muzyki. A patrzy bez wyrazu w morze. Kobieta na nich: na czworo- i dwunoga. Tylko pies odwzajemnia zainteresowanie. 

Warszawa. Chłopak, z krwi i kości, zaprasza mnie na film. Może do niego, może do mnie, może do kina. Takie szybowanie propozycji, a wszystkie pozostają w siadzie skrzyżnym internetu. Nie wychodzą z niebieskiego okienka messengera, i gdy nie tyle chętna na spotkanie, co skrępowana w technologii, rzucam adres kina — amant fizycznie, ale to fizycznie nie podnosi siedzenia, i projekt idzie precz w kwadrat okienka, wciska się w pamięć internetu. 

 
Reklama
 
Reklama

Bo gdyby tak w niepamięć szedł! To by jeszcze było coś. Ale internet Ci wszystko zapamięta. Ci wywlecze występy, pocałunki, lajki, Ci wypomni poglądy, Cię oskarży o lokalizację i niedokończone szkoły. Zdarzenia i żywe zainteresowanie w realu, nie obejdą się już bez dokumentacji obrazowo-głosowej, a i pamięć zapamięta w XXI wieku wrażenia tylko te, które nie pomieszczą się na google disc. Jeśli jest więc coś jeszcze do uchowania, czego nie przeżyje za nas Facebook i nawigacja GPS, to po to piszę ten tekst. 

wszyscy zachorujemy na Alzheimera 

Kobieta z podliverpoolskiej alei, cytowana na początku, to przeszło osiemdziesięcioletnia staruszka, jak się później okazuje chora na Alzheimera. Ale nawet nie ona sama, a jej aktorska metafora (Patricia Loveland). Tuż przed finałem filmu, gubi swój dom i swoje jestestwo. Na otwarcie festiwalu filmów emigracyjnych Emigra w Warszawie po premierze w Polsce tego krótkiego metrażu, „Ostatni dzień lata” Oli Czenczek, zabieram głos. Po sali kinowej krąży mikrofon i dwóch emigracyjnych panów dziękuje za utwór traktujący o starzeniu się, samotności, domach starców. Przedstawiam się jako dziennikarka „Gazety Wyborczej” po godzinach i mówię: „Proszę Państwa, że to jest film o demencji n i e wiedziałam do samego końca. Oglądając go, przez cały czas miałam wrażenie, że jestem jego główną bohaterką; osiemdziesięcioparoletnią. Bo nie, nie, ależ to nie mógł być zbiór sekwencji wyłącznie o Alzheimerze. To był film o braku komunikacji między ludźmi w dzisiejszych czasach, nie tylko ze względu na te cholerne smartfony, których używa młodzież w <<Ostatnim dniu lata>>, ale i to, że mówisz <<dzień dobry>>, i nawet jeśli Ci odpowiadają, to nie odpowiadają prawdziwie, świadomie. Ludzie dziś w dużych miastach, w większości nie rozmawiają ze sobą z małym antropologicznym zawieszeniem, z gawędą. A niekiedy nie odpowiadają na <<dzień dobry>> w ogóle. Mają w uszach słuchawki, albo owszem, słuchają, ale ze zdziwieniem i nie ufają sobie nawzajem na tyle, że każdego, kto ma ludzki, analogowy odruch pogawędki — mają za wariata. Wszyscy oszalejemy i wszyscy skończymy w domu starców, jak bohaterka filmu, jeśli dalej będziemy patrzeć w ekrany, zamiast w siebie nawzajem”. 

W kuluarach rozmawiam z reżyserką, Czenczek. Chciała zekranizować problem samotności starczej — którą sama, można powiedzieć, zrozumiała podczas rocznego wolontariatu w domu starców pod Londynem. Rodziny angielskie znacznie chętniej oddają starszych członków rodziny do domów opieki — więc problemu jako tako nie widać w życiu społecznym. Ola rozmawiała z tymi po drugiej stronie; mieszkańcami domu starców. Nagminnie mówią o swoich 

dzieciach, wnukach, siostrzeńcach, jakby niedawno co ich widzieli, a tu minął na przykład rok od ich ostatniej wizyty. „Postaci rodziców stworzyłam po to, by pokazać, że dorośli nie dogadują się z główną bohaterką. Wyłącznie udaje się to dzieciom”. I psu. Za pierwszoplanową rolę dziecięcą w krótkim metrażu „Last Day in Summer”, 8-letni Jonah Paull otrzymał w ubiegłym roku tak zwanego dziecięcego Oscara, podczas światowej Young Artist Award Academy w Los Angeles. W filmie “mały” rozmawia ze staruszką i bardzo się na siebie tak po ludzku otwierają. 

 
Reklama

hipoteza pożaru na Facebooku 

Na początku 2017 roku mieszkam jeszcze w akademiku w Paryżu. To 15-piętrowy wieżowiec w 13. dzielnicy. Mamy tu między mieszkańcami wspólne forum na Facebooku: wymiany mopów, mebli i „myśli”. Któregoś dnia wracam do domu i okazuje się, że nie działają windy. Żadna to strata, mieszkam raptem na 7-mym i najczęściej wchodzę schodami. Po drodze jednak, martwi mnie inna rzecz. Do klatki schodowej, która jest szczelna, osobna, kominowa, przedostaje się ostry zapach spalenizny. Intensyfikuje się, im wchodzę wyżej i wyżej. Na swoim piętrze wychodzę z komina i wpadam do swojej francuskiej garsoniery. Rzucam manatki, robię to, tamto, wstawiam wodę i włączam komputer. Na funpage’u akademika kilka alarmujących postów o podobnym brzmieniu: Pożar! 

Ba, nie tyle pożar, co kilka postów, a pod nimi tłumne komentarze o hipotezie pożaru. „Nie wiecie, co to za alarm był?”, „Alarm fałszywy?”. I w odpowiedziach: „E, pewnie fałszywy”. I rozważania na cały scroll. Posty o alarmie pochodzą sprzed paru godzin, wówczas mnie w akademiku nie było, więc po prostu wychodzę na korytarz w poszukiwaniu źródła. Przechodzę wzdłuż kolejnych pokoi, wchodzę na wyższe kondygnacji, i schodzę na niższe. Nigdzie ani jednego studenta. Wszyscy w pokojach na Facebooku. W końcu na piątym piętrze docieram pod spaloną framugę i drzwi jednej z garsonier oraz pokaźny kawał instalacji elektrycznej na zewnątrz pokoju. O ja Cię nie mogę. Pukam natychmiast do drzwi, nikt nie odpowiada, otwieram, w pokoju żywej duszy. Czarna cała płyta kuchenna, spalona gumowa glazura nad nią, zaczernione wnętrze, dalej nie zaglądam, szybko zamykam drzwi. Ogień i czad dawno opadły, ale wrażenie pozostaje silne. Robię szybko dokumentację: parę zdjęć pogorzeliska. I zanoszę je nigdzie indziej, jak do mojego pokoju, do biurka, prosto na Facebooka. Wklejam socjecie studenckiej z podpisem: „Raczej alarm fałszywy nie był”. 

I się zaczyna! Porzucają komputery, wstają z czterech liter, masowo wychodzą na korytarze, zaczynają się dyskusje na żywo, w cztery oczy – o tym, czy ktoś nie ucierpiał, jak pomóc poszkodowanemu, gdzie on w ogóle jest, i już bardziej szczegółowe – jak się zachowywać, by nie dopuścić do podobnego wydarzenia w przyszłości, a także rozmówki o ubezpieczeniu mienia, w jakiej firmie najlepiej podpisać polisę, i czy możemy zrobić to grupowo (bo jak się później dowiaduję, opłaty za dom studencki we Francji nie obejmują naszego polskiego odpowiednika od NW). 

Oczywiście, żart! Na żadne korytarze nie wychodzą. Specjalnie otwieram drzwi na oścież. A potem pukam od pokoju do pokoju w poszukiwaniu sąsiedzkiego wsparcia mentalnego w 

osobliwej sytuacji. Pojedynczo ktoś mi czasem otworzy i pogada w dwóch zdaniach. W sensie reakcji i akcji społecznej, siedzą nadal na ef-be. 

SMS-owe podróże śmierci 

Latem jadę PKS-em do Kazimierza Dolnego. Kierowca spogląda na smartfona częściej niż na drogę. Nie jako na nawigację, co już byłoby niebezpieczne, tylko w najlepsze przewija sobie smsy. Jazda z takim kierowcą i tak jest ryzykowna, a co dopiero, gdy muszę wstać z siedzenia i przemieścić się na przód autobusu, by osobiście kierowcy powiedzieć: 

– Proszę, żeby nie używał Pan telefonu, gdy Pan prowadzi. Wiezie Pan pasażerów. 

Oczywiście fuka niemiło i nie zaprzestaje smsowania. Wracam do niego – i naprawdę nienawidzę tego robić — z tą samą uwagą w drugiej części podróży. Nadal oburzony, że go pouczam, „jak ma prowadzić pojazd”. Czuję, że nie wygram z typem. A przecież stawką jest życie. I jeszcze bardziej zatrważające jest to, że nikt, ale to nikt ze współpasażerów nie popiera moich próśb do naszego Charona. 

 
Reklama

Dopiero, gdy go pytam:
– A życzy Pan sobie, bym Pana opisała w gazecie? 

To jako tako reaguje i mówi, że już nie będzie tego telefonu podczas jazdy używał. 

smartfonowa empatia 

Stoję w długiej kolejce do toalet w kawiarni Kulturalna, trzymam w ręku parę rzeczy, kiedy nagle na oczach 30-tu czekających panien, upada mi telefon. „Twarzą” na podłogę. I pęka się szkło. Wszystkie-trzydzieści-kobiet gaworzących najęcie, poprawiających makijaże, płaczących jedna drugiej w rękaw, szukających czegoś w torebkach – na upadek mojego telefonu, zamiera. Wszystkie. Trzydzieści bab. Milczenie ostateczne, kurwa. Jedynie wydają z siebie jednogłośne, chóralne: 

– Hyyy! – na wdechu.
A potem wstrzymanie oddechu, akcji serca, nerek, wątroby, w ogóle koniec.
Po tym kilkusekundowym intro oddechowym, a znajdujemy się przecież w murach Teatru Dramatycznego, zaczynają jedna przez drugą, jak na bazarze: – Co się stało, o Boże, to masakra, i co teraz zrobisz?, mnie też kiedyś upadł, słuchaj wymienisz i będzie dobrze, byle tylko z danymi nic nie było, sprawdź, czy działa. 

Dawno nie otrzymałam tyle współczucia od otaczających mnie osób, lub świadków zdarzenia, jak wtedy. Ludzie potrafią mdleć na ulicy, wyzywać się nawzajem, krzyczeć na dziecko, być bitym — i nikt nie reaguje. A gdy upada mi komórka na posadzkę kibla, to materialny i emocjonalny udział w rzeczywistości biorą wszyscy przypadkowi świadkowie. 

to znajdź mnie na fejsie 

Nie jest punktem wyjścia we współczesnej, zwykłej wymianie zdań, na przykład coś takiego: „Spotkajmy się, by rzecz omówić”, tudzież: „To ja Pani/Panu przyniosę coś ze sklepu, bo akurat się wybieram”, albo „Wymienimy się przedmiotami, usługami” zamiast nazw kont na Twitterze, albo: „Pomogę Pani otworzyć drzwi” (już chyba zresztą też nie wolno mówić: „Otworzę Pani” w formie żeńskiej, ale to inny temat); nie jest też punktem odniesienia: „Spróbujmy rzecz zrobić, załatwić, osobiście, ręcznie, ….”. Jest w zamian „oczywistym”: „To znajdź mnie na fejsie”, albo „Jesteśmy w kontakcie”. Jakim kontakcie? Jeśli coś nie wydarzy się tu i teraz, nie wydarzy się nigdy w takiej postaci, w jakiej miało się wydarzyć. Jak gdyby w dobie współczesnej paradoksalnie dyskomunikacji międzyludzkiej — mimo tych wszystkich komunikatorów — trzeba było na nowo ludzkości reklamować: bycie jako bycie fizyczne. 

Nad zdarzeniami wisi obecnie widmo wiecznej repetycji. Zawsze w razie czego, gdyby w realu coś się nie ziściło, można sprawę przerzucić na potem, jak pracę domową zabieraną ze szkoły, można się zdzwonić, spisać, zgadać, bla bla bla. Zawsze można zrobić po prostu remake. Dubel. I ta otwarta sytuacja, do złapania się gdzieś w sieci — zdejmuje z realnego zdarzenia znaczenie i determinację jednorazowości, autentyczności i spełnienia.

Autor

Magda Ruta – Urodzona w Łodzi pisarka i aktorka. Absolwentka Université Sorbonne-Paris IV, Uniwersytetu Jagiellońskiego i Warszawskiego. Aktualnie reporterka Gazety Wyborczej. Publikowała w Tygodniku Powszechnym, Kulturze Liberalnej, Twórczości. Pracowała w agencji prasowej Label News w Paryżu, Polskiej Agencji Prasowej w Krakowie oraz TVP Kultura. Kocha ciszę, taniec, pływanie, naturę, zwierzęta. Małe kina i rozmowę.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama