Homo homini homine, czyli jak być kobietą w świecie bez kobiet

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Sztuka filmowa jest obecnie najpotężniejszą ze sztuk. Bezkompromisowo przejęła to stanowisko zarówno za pomocą wielkich multipleksów jak osiedlowych kin studyjnych, gdzie puszczane są czterogodzinne irańskie filmy o homoseksualnych jeżach. Wpisanie w CV w ramach zainteresowań filmów jest tak oczywiste, jak oddychanie. Dlatego też od kina zaczęło się wymagać. Debatą publiczną objęto to, kto ma w nich grać, jaki ma być wydźwięk oraz kto ma za to zgarnąć nagrodę. Dotyczy to wszelkiego rodzaju kompromisów artystycznych – od purystów Gwiezdnych Wojen nienawidzących Riana Johnsona po ruchy wolnościowe wymagające większej różnorodności etnicznej, seksualnej i tej związanej z płcią. I ta ostatnie właśnie trwoży mnie najmocniej.

Kino przeszło długą drogę, żeby dogadać się z mniejszościami. Mieliśmy ultrarasistowskiego pan Yunioshi’ego w Śniadaniu u Tiffany’ego, kilka dekad „magicznych”, wszystkowiedzących sędziwych Afroamerykanów jak Wyrocznia w Matrixie, czy równie „magicznych” homoseksualistów, którzy tłumaczyli tym głupim białym protagonistom, że w ogóle nie znają się na kobietach, jak w przypadku Hoopera z W pogoni za Amy. Ewolucja była długa i dla większości zainteresowanych męcząca, ale docieranie się w kwestii tego jak portretować te postaci zaowocowało większym realizmem i wytworzeniem nowych bohaterów w miejscu produktów ubocznych misji kogoś ważniejszego. W tym wszystkim pominęliśmy tylko jedną, acz zasadniczą, kwestię – kobiety.

kobiety_w_filmie

Chciałbym jednakże nadmienić, że daleko mi do ruchów konserwatywnych czy ich alternatywnego rodzeństwa. Nie określiłbym się także jako mizogina, mizantropa czy inne mizerne namiastki człowieka. Chodzi mi tutaj raczej o wartość artystyczną i logikę działań, które okazują się być rewolwerem skierowanym prosto w twarz samej idei. Mając to na uwadze – Hollywood straszliwie nie po drodze jest z kobietami. Trudno wyrokować dlaczego. Racjonalnie myśląc, należałoby się spodziewać, że połowa populacji w końcu uzyska swoją reprezentację w objęciach dziesiątej muzy w pełni swojej różnorodności. W końcu trudno jest pominąć w jakiejkolwiek osi fabularnej zderzenie się świata męskiego i kobiecego, toteż jakieś artystycznie wyważone dziecko powinno było z tego powstać. I niewątpliwie powstało. Można tu wymienić chociażby Personę Bergmana, czy też wyjątkowo udaną rolę Emily Blunt w Sicario. Jednakże wyważona i realistyczna postać kobieca nadal nie jest w dzisiejszych czasach częścią powszechnego umysłu roju, ale głośną dyskusją na temat tego, kto w tej dekadzie powinien puszkować duchy. Na Netflixie pojawiają się wciąż to nowe kategorie – filmy z silną postacią kobiecą – ale silna postać kobieca nie charakteryzuje kobiety w całości. Wydaje się, że nie jest problemem to, że prawdziwych postaci kobiecych w kinie nie ma, ale fakt, że próbuje się wciąż i wciąż je nadpoprawić.

W jaki sposób? Cóż, jeżeli w akcyjniakach kobieta zazwyczaj ma do odegrania rolę femme fatale, to zrobimy z niej twardą laskę, która też potrafi skopać dupę złoczyńcom (czerstwość zamierzona). Jeżeli mamy pokorną matkę to stworzymy dla niej alternatywne życie, w której ma miliony kochanków. Schemat już dzielnej chłopczycy złamiemy, dodając do niego niesamowity acz ukryty seksapil i jeszcze więcej mordobicia. Szare myszki będą nie tylko inteligentne, ale w dodatku ultrapiękne, kopciuszki będą miały niesamowite wyczucie łachmanów, cnotki będą feministkami, a zakochane nastolatki będą miały wielką wiedzę na temat związków i życia w społeczeństwie na równi z Zygmuntem Baumanem. Perspektywa jak z Seksmisjiroztacza wizję armii identycznych (choć propagandowo wyjątkowych w swojej indywidualności), idealnie poprawnych Mary Sue, które kroczyć będą dumnie przed paradą nic-nie-rozumiejących tępych, białych, męskich (byłych) protagonistów, nie potrafiących się nawet zająć takimi kwestiami jak gotowania, a co dopiero kwestią jakichkolwiek aspiracji politycznych.

Nie chodzi mi zresztą o to, że ruchy feministyczne nie mają podstaw, ale o fakt, że działania tego typu działają na ich niekorzyść, alienując potencjalną grupę, do której chcą dotrzeć. Wieczne naprawienie i uwznioślanie postaci kobiecych w kinie polegające na dodawaniu im pozytywnych cech na lewo i prawo bez zachowania ich integralności, co doprowadza do odrealniania i odebrania im głębi. Jest to również zarzut, który wiele osób podnosiło w kontekście nowych Gwiezdnych Wojen. Rey jest bowiem zeskalowaną wersją Mary Sue. W momencie, w którym ją poznajemy, młoda Jedi właściwie wszystko umie, jej morale są po właściwiej stronie i nie ma żadnych wątpliwości co do swojego przeznaczenia, nawet jeśli scenarzyści próbują ją rozproszyć telepatycznym skype’m z półnagim Adamem Driverem. Ideał nie działa, bo ideałów nie ma. By postać stała się realna i można było się do niej odnieść, potrzebna jest widzowi droga, którą ta postać pokonała. Arbitralne przyznawanie punktów za płeć prowadzi tylko do tego, że przeciętny widz szybko się nudzi i przestaje zwracać na nią uwagę. Możliwe, że potęga Gwiezdnych Wojen skutecznie uchroni Rey przed odejściem w zapomnienie, ale ból i rozterka nadałyby jej treści, dzięki której nie musiałaby polegać na potędze marki.

kobiety_w_filmie_

To zresztą nie jedyny przykład, w jaki sposób Hollywood w swojej nadpoprawności stara się przemycić postaci kobiece do kanonu. W podobny sposób starano się to zrobić na przykład przy nowej części Ghostbustersalbo w niedawnym Ocean’s 8.Niepowodzenie obu tych filmów jest symptomatyczne dla kolejnego grzechu przy tworzeniu postaci kobiecych, mianowicie – osadzaniu ich w niegdyś męskich rolach. Tego typu praktyka zawsze przyniesie kiepskie skutki, gdyż jest to połączenie kilku „łatwizn” na raz – opieraniu się przemysłu filmowego na znanych markach, czyli tworzenie wszelkiego rodzaju remake’ów, sequeli, sequeli remake’ów itp. oraz dopasowywania nowych postać do konturów zostawionych przez oryginały. Jest to zły pomysł z kilku powodów. Po pierwsze, zgodnie z cytatem z Rejsu– lubimy melodie, które już słyszeliśmy. I to jest powód, dla którego produkuje się w masowych ilościach mało nowatorskie, acz podobnie wyglądające filmy. Jednakże kij ma dwa końce, lubimy te same melodie, ale gdy ktoś weźmie naszą melodię, wyjmie z niej harmonię i doda do niej szczyptę dubstepu, to zaczynamy mieć wątpliwości, czujemy się oszukani. Nie śmierdzi to już przyjemną wtórnością, ale fałszywym odzyskiem. Podobnie jest w przypadku remake’u z żeńską obsadą. Duchy wyglądają podobnie, ale to już nie jest Bill Murray. W opinie większości nie da się go podrobić. Tak samo, jak nie da podrobić się Clooney’a, czy Pitt’a, czy Wahlberga, czy kogokolwiek, kogo zobaczyliśmy po raz pierwszy w tej roli. W ten sposób tego rodzaju filmy są skazane na wieczne porównania z małymi szansami na przebicie oryginału nawet w przypadku zachowania jakości. Nostalgia nie wybiera, a my zawsze wybierzemy nostalgię. Drugim powodem jest to, że przy tworzeniu tych „arcydzieł” reżyser niejednokrotnie stara się dopasować postać żeńską do męskiego wzorca z oryginału. Nie dość, że odbiera to wartości i wyjątkowości postaci żeńskiej, którą staramy się sportretować, to dodatkowo niweluje potencjał jaki mogłaby ona mieć, gdyby nadać jej odrobinę cech kobiecych. Jest to, jak mi się zdaje, wręcz zaprzeczenie ideologii feministycznej, gdy staramy się stworzyć kobietę na wzór mężczyzny, a nie kobietę na wzór, cóż, kobiety. Podpisałbym się więc pod modus operandiQuentina Tarantino przy kręceniu Django. W jednym z wywiadów stwierdził, że nie będzie robił swojego spaghetti westernu na kanwie kanonu, gdyż jego celem jest stworzenie bohatera dla Afroamerykanów. Nowego, indywidualnego bohatera, z którym społeczność mogłaby  się utożsamiać. Nie – odgrzanego białego kotleta, którego pomalowano czarną farbą.

 

Oczywiście, nie sposób podczas dyskusji o nad-poprawie postaci kobiecych nie wspomnieć o najbardziej bezsensownej z praktyk scenarzystów z Hollywood, czyli usilnemu nadawaniu tym postaciom stereotypowo męskich cech. Zdaje się, że i to jest wynikiem odwróconej logiki seksizmu. Jak gdyby postać, z którą można się utożsamić, jest charyzmatyczna i wartościowa musi mieć w sobie stereotypowo męską bezkompromisowość, nieumiejętność komunikowania swoich emocji, czy siłę traktowaną jako zespół cech osobowościowych. Przykładów można mnożyć, acz wydaje się, że najjaskrawszym jest Charlize Theron w Atomic Blonde. I tak, zdaję sobie sprawę z tego, że jest to oparte na powieści graficznej to dopiero w filmowym, okrojonym wydaniu zyskuje pełnię swojej absurdalności, gdy filigranowa Charlize rzuca z łatwością ponad stukilowymi łotrami (czerstwość wciąż zamierzona, dzięki kurtuazji polskich filmów z lektorem). Oczywiście, męskie kino akcji też pokutuje z powodu nieortodoksyjnego podejścia do fizyki, aczkolwiek dopiero w wydaniu kobiecym, do którego nie jesteśmy przyzwyczajeni, jaskrawo przedstawia się nierealność obserwowanego zjawiska. Wydaje się bowiem, że w zasięgu jakiegoś sprawnego scenarzysty lub reżysera znajduje się silna, acz kobieca kobieta jak w przypadku Arrivalczy wspomnianego wcześniej Sicario, toteż naciąganie stereotypu męskiego na postaci żeński jest nie tylko niepotrzebne, ale wręcz niesmaczne. To jak gdyby próbować stworzyć jak najbardziej inkluzywne środowisko poprzez obcięcie każdemu języka. Ani to mądre, ani śmieszne.

Oczywiście, dopuszczam się tutaj wielu uproszczeń i korzystam raczej z dobrodziejstw kultury popularnej niż ze sfery „czterogodzinnych irańskich filmów o homoseksualnych jeżach”, aczkolwiek robię to celowo. Sztuka wysoka wyznacza pewien sposób myślenia tych, co bardziej popkulturowych reżyserów i należy się spodziewać, że tego rodzaju przemiana w myśleniu nastąpi jeszcze za naszych czasów. Nie wspominam też o pozytywnych przykładach kobiet w popkulturze, bo tych nie ma co krytykować. Żal jest raczej za tym w jak powolny sposób i jak późno Hollywood uczy się kobiet. Czy to poprzez nadpoprawę, czy tworzenie „męskich” postaci żeńskich, na siłę próbuje uszczęśliwić wymagania tłumu wykrzykującego imponderabilia bez desygnatu w rzeczywistości. I tym, co najbardziej na tym traci, jest sztuka filmowa sama w sobie. Żmudne i nudne próby robienia tego samego innymi narzędziami doprowadzają do marazmu intelektualnego i, koniec końców, po prostu gniotów. Sztuka zawsze się obroni, to truizm, aczkolwiek sposób, w jaki współczesny dyskurs publiczny ustawia ją w stosunku do swoich wiecznie zmieniających się oczekiwań, jest czymś, co powinno alarmować każdego miłośnika kina. Cenzura nigdy nie działa na korzyść tych, którzy chcą cenzurę wprowadzić. Tworzy jedynie coraz to bardziej kreatywne jednostki, które potrafią ją coraz lepiej omijać.

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Witaminki

Ostatnio pomyślałem czy by nie opatentować witaminowych suplementów dla nas

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama