El Impotente – czyli kastracja na własne życzenie

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Siedzimy z kumplem, prowadząc jedną z tzw. męskich rozmów. Opowiada mi o swojej znajomej – mężatce od kilku lat, matce dzieciom, która pozornie wiedzie szczęśliwe życie. Pod płaszczykiem kochającej się rodzinki, która wstawia na Insta foty ze ślubu z tagami #togetherforever, kryją się nierzadko hardkorowe historie z alko, dragami i przemocą fizyczną w tle. O ile w tym przypadku żaden z wymienionych czynników nie wchodził w grę, to przemoc psychiczna była na porządnym dziennym. Początkowo kolo był czarujący – kupował kwiaty, bajerował, zabierał na wycieczki. Po ślubie obrót o 180 stopni – ciągłe pretensje, podcinanie skrzydeł, sprowadzanie związku do transakcji handlowej. Bohaterka innej opowieści poznaje się z przyszłym mężem na jakimś koncercie. Pierwsze lata – dobra zabawa, ale nagle wcina się rodzinka i naciska na dziecko. Ona ma na uwadze, że zegar biologiczny tyka, bo jest w wieku prawie 30-stu lat, a on się miota i choć po porodzie daje radę jako ojciec, to w wolnym czasie ucieka w świat filmów i komiksów. Kiedy ona potrzebuje bliskości, on nie ma ochoty i odwrotnie. Wszystko staje się mechaniczne, pozbawione grama namiętności. Z czasem on zaczyna być zazdrosny o kolegów z pracy, posądza ją o romans. Ona ma dosyć jego paranoi.

Ludzie zastanawiają się nad tym, skąd się biorą zdrady niektórych kobiet, skoki w bok. Otóż w ostatnich latach narodził się nowy gatunek facetów – „El Impotente”. To kolesie, którzy myślą, że jak już zaobrączkują kobietę, to staje się ona ich własnością i nic nie muszą robić. Z jakichś dziwnych powodów od seksu wolą granie w gry, piwko z kolegami i narzekanie na to, że żona nie prasuje im koszul. Przedkładają role społeczne nad aktywność emocjonalną. Winę za taki stan rzeczy, oprócz charakteru i wychowania, ponosi mentalność, nakazująca ludziom chajtać się dla zasady (tutaj bardziej pasuje określenie „dla sportu”), bez wcześniejszego poznania swoich potrzeb, a w konsekwencji zweryfikowania wzajemnego dopasowania. Aż chce się zacytować Miauczyńskiego z „Dnia świra” – „Co za ponury absurd, żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem”. Dodajmy do tego frustracje spowodowaną problemami z pracą, kompleksami i niedojrzałością emocjonalną, a dostaniemy młodego impotenta, który za Chiny Ludowe nie powinien zbliżać się do kobiety, bo najzwyczajniej w świecie nie wyszedł  jeszcze z fascynacji kostiumem Wonder Woman lub krągłościami Panny Migotki.

Ja sam jestem przeciwnikiem rozwodów (jak powiedział mój serdeczny kolega – „nie po to się coś komuś przyrzekało, by potem odpuszczać”). Rozumiem jednak żony, które odchodzą od „ujarzmionych inceli”. Kiedy bowiem kobieta nie otrzymuje oznak zainteresowania, a jej facet od bliskości z nią woli nawalanie w strzelanki lub włóczy się gdzieś w nocy, z nie wiadomo kim, to prędzej czy później coś w niej pęknie i odejdzie od niego. Jeśli więc nie chcesz stracić ukochanej, rzuć konsolę i zabierz swoją kobietę na randkę. Słaby argument? Spróbuj spędzić jedną noc z konsolą do grania, laptopem lub smartfonem pod kołdrą. Następną spędź z lubą. Jeśli nie zauważysz różnicy, to lepiej cofnij się w czasie i złóż dozgonne śluby czystości.

Reklama