Michał Czernecki: Jestem sumą wszystkich spotkań

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Ultimate Video Player with preset id 8 does not exist!

„Najpierw wszak jesteśmy ludźmi, potem aktorami, dziennikarzami, psychologami. Tworzenie bezpiecznego dystansu chroni , ale i utrudnia wejście w relację. Mój zawód jest niebezpieczny między innymi dlatego, że kiedy grając rolę, nie zostawiasz jednej nogi za progiem, ona może wydarzyć się naprawdę”. O ryzyku zawodowym, przekleństwie algorytmów, rodzinnych mapach marzeń i znaczeniu dialogu wewnętrznego rozmawiamy z aktorem Michałem Czerneckim. 

Jesteś człowiekiem-orkiestrą: aktorem serialowym, filmowym, teatralnym, napisałeś książkę. Czy aktor to jednoosobowe odnawialne źródło energii? 

Michał Czernecki: To zależy od wyborów, których się dokonuje. Ja biorę sobie z reguły na głowę zbyt wiele. To przyzwyczajenie wynikające z realiów polskiego rynku: bierzesz trzy projekty, bo zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że któryś z nich „spadnie”. Przez ostatnie lata jakoś tak się układało, że nie odwoływano żadnego, a jeszcze dochodziły następne. W rezultacie w poprzednie wakacje robiłem 5 rzeczy naraz. To za dużo. Wydaje mi się, że teraz wybieram bardziej z myślą o sobie, work life balance zaczyna działać. W przeciwnym razie jakość mojej pracy nieuchronnie spada, bo nie mam nawet czasu się zregenerować. To ma też związek z wiekiem: do pewnego momentu wydaje się nam, że jesteśmy nieśmiertelni i że pokłady energii w nas są niewyczerpane. 

Dzieci są nieśmiertelne. 

Właśnie, dopóki nie imają się nas choroby, zakładamy, że jesteśmy auto-odnawialni. Zaciągamy kredyt na energię u samych siebie i zapominamy, że dług trzeba spłacić. A im jesteśmy starsi raty są wyższe, a termin spłaty krótszy.

Zawód aktora zdaje się mieć auto-eksploatację wpisaną w sens. Jest się nieustannie w dialogu z wewnętrznym dzieckiem przekonanym o nieśmiertelności – z Twoich dokonań czerpią dzięki temu widzowie. Co dla siebie robisz, żeby nie zwariować?

Wciąż się uczę – to proces, więc nie zawsze mi jeszcze wychodzi, ale sądzę, że ja po prostu potrzebuję o siebie dbać. Dawniej za każde niepowodzenie czymś się karałem.

Odmawiałeś sobie czegoś? Jakiejś przyjemności? 

Wewnętrzny krytyk podpowiadał najgorsze rozwiązania. Prawie zawsze byłem niezadowolony z tego, co zrobiłem. To destrukcyjny proces. Od pewnego czasu, sam ze sobą dialogując, postanowiłem minimalizować porażki, a nagradzać się za sukcesy. Dziś widzę, że byłem dla siebie niesprawiedliwy: wiele rzeczy robiłem po raz pierwszy i oczekiwałem, że muszą mi wyjść perfekcyjnie. To założenie naiwne i okrutne wobec samego siebie. Na dyplomie, który otrzymałem w szkole teatralnej z rąk Krzyśka Globisza, widnieje zdanie, które cały czas mi towarzyszy: „Artystą  jest się wtedy, kiedy się daje”. Dawniej rozumiałem, że to działanie tylko w kierunku odbiorców. Teraz myślę, że trzeba dawać też sobie. Stale towarzyszy mi dialog, o którym powiedziałaś. A dialog zakłada relację. Oczywiście także z widzami, którzy chcą oglądać efekty mojej pracy. Prywatnie pielęgnuję też dialog ze światem. Wszyscy taki prowadzimy, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z niego sprawę albo nie chcemy tego widzieć. Mam na myśli wyczulenie na to, że wszystko, co do nas w życiu przychodzi, ma jakiś sens: nie ma przypadkowych rozmów, spotkań, zdarzeń. To dodaje mi siły: przekonanie, że nic nie przychodzi do nas przypadkowo, wliczając w to także role, które ktoś mi proponuje. Książka „Wybrałem życie”  – wywiad rzeka, którą napisaliśmy z Moniką Sobień, także zrodziła się z dialogu. Rozmówca jest doskonałym weryfikatorem naszych wyobrażeń o sobie. To warunkuje dynamikę i szczerość opowieści. Nawet monodram w swojej istocie jest dialogiem postaci ze sobą i widzami. Wszyscy jesteśmy w nieustannym dialogu – czy to nam się podoba, czy nie. 

Umiejętność wewnętrznego dialogowania jest ważna, bo aktor jest w całości narzędziem swojej pracy. Pomyślałam, że podobnie jest w terapii: tam wektory są dwustronne. Terapeuta też podlega terapii. 

Dobre porównanie, sam jestem w terapii, mam żonę, która się tym zajmuje zawodowo. Uważam, że dobry terapeuta wchodzi w relację z drugim człowiekiem – to ona leczy. Ludzie w Warszawie często pytają zaraz na początku, przedstawicielem jakiej szkoły jest terapeuta. Wydaje mi się, że to ma drugorzędne znaczenie, ponieważ najważniejsza jest pełna empatii i uważności relacja, więź. Najpierw wszak jesteśmy ludźmi, potem aktorami, dziennikarzami, psychologami. Tworzenie bezpiecznego dystansu chroni, ale i utrudnia wejście w relację. Mój zawód jest niebezpieczny między innymi dlatego, że kiedy grając rolę nie zostawiasz jednej nogi za progiem, ona może wydarzyć się naprawdę  Dla naszego mózgu nie ma znaczenia, czy emocja jest udawana, czy prawdziwa, przeżywamy je podobnie. Dobry terapeuta często wchodzi w rolę ojca, matki, partnera, żebyśmy bezpiecznie mogli się z skonfrontować albo wyrazić to, czego nie potrafimy z jakichś powodów w naszym prawdziwym życiu. Pomyślałem kiedyś sobie, że mój zawód jest półprzepuszczalny – na planie, czy w teatrze nikogo nie interesuje co się dzieje u mnie w życiu, że mam słabszy dzień, zmartwienie, jestem chory.

Widzowie zapominają o tym, że jesteś człowiekiem takim jak oni.

Jako narzędzie muszę być nieustannie gotowy do pracy. Widzowie zapłacili za bilet – oczekują, w sumie słusznie, takiej samej jakości „produktu” zarówno kiedy mam dobry, jak i zły dzień. W drugą stronę to już nie działa. Na przykład w serialu „Motyw” postać Szulca nosi zarost. W związku z tym moja rodzina, czy jej się to podoba, czy nie, przez 7 miesięcy w roku ma męża i ojca z brodą. To dość powierzchowny przykład, ale dobrze ilustruje tę półprzepuszczalność. Staram się przynosić do domu tylko to, co potrzebne, nie zawsze się jednak udaje. Fotel przy wejściu pełni u nas funkcję „śluzy bezpieczeństwa”: siadam na nim po wejściu i siedzę tak długo, aż uświadomię sobie, że jestem już w domu, a nie w pracy. 

Świetny pomysł.

Myślę, że to się może sprawdzić w każdym zawodzie. W domu jest np. określony zapach, podczas mojej obecności na pewno wiele się wydarzyło, nie wiem co, ale przecież tak naprawdę jestem tego ciekaw. To, co przyniosłem z pracy, niekoniecznie musi być w tej przestrzeni najważniejsze.

Z wywiadów, których udzielałeś magazynowi Anywhere można wywnioskować, że jesteś interesującym czytelnikiem. Studiujesz zawód od strony filozoficznej: sprawdzasz, gdzie się uspójniają rzemiosło i sztuka.

Wydaje mi się, że jestem czytelnikiem wymagającym, bo nie czytam kompulsywnie. Najczęściej sięgam po pozycje, które polecają mi ludzie dla mnie wartościowi. Czasami z książki zostaje ze mną jedno zdanie, a czasem nawet nie muszę jej czytać. Mój znajomy powiedział mi kiedyś o książce p.t. „Wystarczająco dobrzy rodzice”. Zapytałem, czy ciekawa, a on odpowiedział: nie wiem, nie czytałem, ale tytuł jest świetny! Fraza wpada ci do głowy, mocuje się na długo tam i pracuje. Kamieniem milowym w moim zawodzie była lektura książki Davida Mameta „Prawda i fałsz. Herezja i zdrowy rozsądek w aktorstwie”. To najważniejsza i najlepsza książka o tym zawodzie jaką przeczytałem i nie sądzę, żebym sięgnął po jakąś inną. W głęboko humanistyczny sposób mówi o uważności i godności wykonywania tego zawodu.  

Co to znaczy wykonywać zawód z godnością? 

Na przykład nie bać się ryzykować stawania po swojej stronie, kiedy czujesz, że dzieje się coś co jest niezgodne z twoim postrzeganiem świata albo sposobem w jaki myślisz o relacjach międzyludzkich. Szczególnie w teatrze trzeba mieć odwagę postąpić w zgodzie z własnym sercem, a niekoniecznie z głową. Rozum najczęściej podpowiada rozwiązania pragmatyczne, kompromisowe i bezpieczne, a serce – rewolucyjne i ryzykowne. Moje życie udowadnia mi każdego dnia, że pójście za głosem intuicji i emocji bardziej się  per saldo opłaca. 

Aktywność jest bardziej opłacalna. Podobno na łożu śmierci najbardziej się żałuje tych rzeczy, których się nie zrobiło.

Przypuszczam, że pamięta się kluczowe momenty i graniczne wybory: kiedy wybrałem kompromisowe rozwiązanie, a miałem ochotę wybrać inaczej. Zostawianie nierozwiązanych spraw albo trwanie w żalu do siebie z powodu błędu nie jest chyba najlepszym pomysłem. Myślę, że nasz dialog ze światem jest tak skonstruowany, że jeśli w jakimś momencie wybierzesz wbrew sobie, to za jakiś czas życie podsunie ci sytuację podobną, żebyś tym razem miała szansę wybrać w zgodzie z tym czego naprawdę, tak z poziomu serca, chcesz. 

To, czego szukasz, również ciebie szuka. 

Tak myślę. Dopóki nie postąpisz w zgodzie ze sobą, dialog się blokuje. Pytałaś o moje sposoby na dialog wewnętrzny: tak, to książki, ale chyba najbardziej ludzie. Jestem relacyjny, ludzie mnie inspirują, bo to najczęściej oni niosą ze sobą zmianę. Mówiąc teraz do ciebie słyszę w moich zdaniach słowa wielu wspaniałych ludzi, z którymi zetknęło mnie moje życie. Jestem sumą tych wszystkich spotkań. Jesteśmy istotami społecznymi i póki co żadne najnowocześniejsze nawet technologie nie zastąpią nam relacji. Spotkania z żywym człowiekiem każdy potrzebuje tak samo. 

I nie ma na to algorytmu. 

Nie ma, a według mnie rewolucja technologiczna postępuje szybciej niż nasze możliwości adaptacyjne są w stanie nas przystosowywać. Pytanie czy w ogóle chcemy iść dalej w tym kierunku. Nuży mnie nieustanny szum w sieci, który, mam wrażenie, nie prowadzi do niczego innego niż nasze coraz większe otumanienie. Może komuś to jest na rękę, może to właśnie służy wszelkiej maści manipulatorom. 

Na pewno nie służy autentyczności – emitujemy jakiś komunikat z myślą o tym, jak będziemy postrzegani. 

Widzę jeszcze zagrożenie w tym, że sami zaczynamy wierzyć we własne wyidealizowane projekcje. Boli szpagat, który robisz pomiędzy własnym wirtualnym, kreacyjnym, wizerunkiem a tym, który widzisz w lustrze rano. Myślę, że przebywanie samemu ze sobą w uczciwej relacji, a do tego konfrontacja z autentycznymi ludźmi, którzy są gotowi powiedzieć rzeczy niekoniecznie dla ciebie przyjemne jest dużo cenniejsza niż tworzenie barwnej mozaiki – tyleż atrakcyjnej, co kłamliwej. Konfrontacje są ryzykowne ze swojej natury: są rozmowy, które się dobrze zaczynają, a źle kończą albo spotkania, po których masz niedosyt, albo te po których czujesz niesmak. W wirtualnych przestrzeniach raczej nie ma na to miejsca.


Reklama

Tam wszystko musi być piękne.

Łatwiejsze.

Jakby co to się filtr nałoży. Rozmawiamy w okresie noworocznym, kiedy snujemy plany. Jesteś takim typem? 

Im częściej swoje życie planowałem, tym bardziej było chaotyczne. A ostatecznie i tak prowadziło mnie w lepsze miejsca niż bym sobie mógł zaplanować. Jest taka książka Jonasa Jonassona „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Naczelną maksymą głównego bohatera jest zdanie: „Niech się dzieje, co chce, wtedy będzie, co ma być”. W naszym domu mamy zwyczaj robienia mapy marzeń: bierzesz kartkę i wykonujesz kolaż. Wycinasz z czasopism zdjęcia albo urywki zdań, które do Ciebie  przemawiają, przykuwają Twoją uwagę. Potem na dużej kartce z bloku z pomocą kleju łączysz wszystko w całość. Tak przygotowaną mapę marzeń odkładasz do szuflady i nie wracasz do niej przez cały następny rok.

Fizyczna praca nad marzeniami. 

Marzenia to nie są mrzonki, tylko projekty twoich potrzeb. Sporządzenie takiej mapy przypomina mi akt wrzucenia kamienia do wody: kamień tonie, a na powierzchni powstają rozchodzące się w każdym kierunku kręgi. Twoja sprawczość jest ograniczona do wykonania rzutu. Umieszczasz w kwantowym, nieustannie wibrującym, nieograniczonym niczym polu energii, które nas zewsząd otacza, intencję. To nigdy nie pozostaje bez odzewu. Niezwykłe jest to, że po roku otwierasz mapę i okazuje się, że większość z nich się zrealizowała. 

Z mapą marzeń może się kojarzyć dobre życie? 

Tak, ono jest łamigłówką, najdonioślejszym wyzwaniem, jakie nas spotkało. Już samo to, że oddychamy, rozmawiamy, czujemy, trwamy – jest niezwykłe. Często nie jesteśmy w stanie tego docenić, zagalopowaliśmy się w pędzie za czymś, przez co stajemy się podatni na frustracje i manipulacje innych. 

Wszyscy chcą naszego dobra, dlatego nie możemy go dać sobie odebrać. 

Ostatnio pracowaliśmy nad spektaklem „Same plusy”, który też o tym traktuje. Przechodziłem potem obok ekskluzywnego salonu samochodowego i pomyślałem, że ktoś mi niepostrzeżenie wmówił, że mam pragnienie posiadania czterokołowego przedmiotu, który stał za szybą.

Kierujesz się cudzym pragnieniem.

Właśnie, ktoś nam te pragnienia zaszczepia na co dzień, wbrew naszej woli i naszym prawdziwym potrzebom. Unikam oglądania telewizji, która stała się narzędziem nachalnej, wrzaskliwej i permanentnej manipulacji naszymi instynktami i potrzebami. Sztuczki reklamodawców są coraz doskonalsze, ale możemy się przed bronić prostym pytaniem i szczerą na nie odpowiedzią: czy ja tak naprawdę tego potrzebuję? 

Potrzeba współuczestnictwa w nas wszystkich jest potężna. Telewizja niesie jednak też nowe rzeczy, jak serial „Motyw” w wiosennej ramówce TVN. 

Pracowaliśmy nad nim dość długo, od kwietnia do późnego października. To serial kryminalny, którego ostateczny kształt jest co najmniej intrygujący. Dla Pawła Maślony, naszego reżysera, wątek kryminalny jest pretekstem do eksploatacji ciemnych zakątków jestestwa. Jego też fascynują relacje i zależności między ludźmi.

Trochę Dostojewski.

Dla mnie żadna z postaci w „Motywie” nie jest jednoznaczna, nie ma winnych i niewinnych. Wszyscy mają coś na sumieniu. W prawie każdym ludzkim życiu jakieś wydarzenie z przeszłości warunkuje teraźniejszość i podejmowane przez nas wybory. Scenariusz stawia na analizę, co bohaterów popycha do działania. Co sprawia, że robią w końcu coś nieodwołalnego, ostatecznego i tragicznego. Serial rozpoczyna się strzelaniną, ale potem każe nam zanurkować w świat powodów – bo zbrodnia zawsze ma związek z relacją, przeszłością, czymś, czego nie możemy darować, wybaczyć, zapomnieć. Wydaje mi się, że nasza praca nad serialem nie koncentrowała się na kryminalnym wierzchołku, tylko eksploracji w głąb. Mój bohater, komisarz Policji, ma rodzinę, w której też nie wszystko jest proste: autystyczny syn, dorastająca córka, żona poszukująca bliskości. Praca wymaga od niego zaangażowania się na 100 procent, z prostego rachunku wynika ile zostaje dla bliskich. To rodzi frustrację po obu stronach, a dla widzów ciekawy punkt wyjścia do opowiadania tej historii poprzez Szulca. Serial żadnej z postaci nie traktuje po macoszemu, każda z nich ma swoją historię, ewoluuje, wpływa na pozostałe. Akcja „Motywu” rozgrywa się w dwóch planach czasowych: początek lat 90. i współcześnie.

Kino w stylu noir niecierpliwym polecamy już na platformie Player. Na ten rok życzę Ci wielu sukcesów i niech kręgi na wodzie będą jak najbardziej harmonijne. 

Dziękuję. Ja tobie życzę uważności i żeby ci było samej ze sobą dobrze – bo wtedy jest dobrze ludziom wokół i tak się dobro sieje. 

 

fot.: Piotr Sobik

Reklama

Nowa Fala kobiet

Filmy czeskiej nowej fali jako feministyczne manifesty Jednym z najważniejszych