Elegancja-Francja w klimacie elektro

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Recenzja – Charlotte Gainsbourg – Take 2 EP

Koniec zeszłego roku obfitował w wiele interesujących podsumowań muzycznych. Najbardziej poczytne portale oraz magazyny publikowały różnorakie “topki”, rekomendujące najlepsze albumy ostatnich dwunastu miesięcy. Porównując dziennikarskie rankingi, można było dostrzec szereg powtarzających się nazwisk. Wśród pozycji, które podbiły serca krytyków, zabrakło jednak kilku mniej lansowanych perełek. Jednym z takich projektów był “Take 2” – EP autorstwa Charlotte Gainsbourg. 

Francuska aktorka i piosenkarka, znana z występów u Larsa von Triera oraz bycia córką legendarnego Serge’a Gainsbourga, już po raz ósmy puściła w świat solowe wydawnictwo. Funkcjonująca gdzieś na marginesie branży artystka, znów udowodniła światu swą wszechstronność. Pozostające w cieniu kariery filmowej wokalne przygody, proponują słuchaczowi coś więcej niż tylko narcystyczną zabawę w gwiazdę estrady.

Być może dwudziestodwuminutowe dziełko nie zmieni biegu historii popkultury, lecz pomyliłby się ten, kto uznałby je za poboczną, eksperymentalną fanaberię. Powstałe we współpracy z SebastiAnem (produkującym m.in. utwory Franka Oceana) kompozycje urzekają subtelnością. Syntetyczne brzmienia elektro mają w sobie zaskakująco ciepły puls, znakomicie korespondujący z uwodzicielskim emploi Charlotte. Połączenie głosu ze zwiewnymi aranżacjami trafia w perfekcyjny punkt pomiędzy taneczną euforią a erotycznym rozmarzeniem.

Niemal każda sekunda “Take 2” uwypukla sceniczne doświadczenie Gainsbourg. Wykonawczyni eksponuje gamę emocji, czerpiąc garściami z estetyki piosenki aktorskiej, jednocześnie ubarwiając ją kolorytem przebojowego synth-popu. W tym dość nietypowym podejściu do gatunku widać prawdziwy kunszt, gdyż wokalistka nie popada w teatralność. Od każdego zaśpiewanego wersu bije niesłychana szczerość. Zauważalna autentyczność odsłania intymne odczucia, nawet gdy artystka coveruje czyjś utwór. 

Wspomniany cover to najmocniejszy element projektu. Brawurowa interpretacja słynnego “Runaway” Kanye Westa dokonuje czegoś teoretycznie niemożliwego – nie tylko nie powiela idei oryginału, ale też dopisuje do niego osobliwy ciąg dalszy. Nowa wersja hitu bierze pod lupę jego rozdzierającą nadwrażliwość i przepuszcza przez melancholijny filtr. Efekt powala na kolana. Jeśli już interpretować cudzy dorobek, to tylko w taki sposób!

 Zaledwie pięć utworów wystarczyło, aby wykreować malowniczą, hipnotyzującą wizję. Skromna forma wpłynęła na jakość, ponieważ każda piosenka ma wręcz singlowy potencjał. Co więcej, pozostawiający lekki niedosyt czas trwania, zmusza odbiorcę do częstych powtórnych odtworzeń. Ta EPka jest stworzona do klikania przycisku “replay”.

Warto uważnie obserwować poczynania tej pani, bo z każdym kolejnym projektem niebezpiecznie blisko zbliża się do popełnienia majstersztyku. W zdolnej Francuzce siedzi arcydzieło z krwi i kości, które na pewno niedługo się zmaterializuje. Wtedy, gdy wszyscy nagle zaczną wychwalać Charlotte pod niebiosa, będziecie mogli z satysfakcją powiedzieć, że jej kibicowaliście, zanim to się stało modne.

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama

Reklama


Reklama
Advertisement