Tolerancja to za mało

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Wybaczcie.

Tolerancję na gluten i inne składniki w jedzeniu chyba mam, chyba? Pewności brak, bo badań nie zrobiłam. Jednak jem i nie czuję się źle, więc nietolerancji widocznej brak. Ale odłóżmy na bok tolerancje pokarmowe, bo nie o tym, a o tolerancji względem ludzi.

Reklama

Skoro o ludziach, to po co o jedzeniu? Bo widzicie, MILI PAŃSTWO, przez te tolerancje jelitowe stwierdziłam, że słowo tolerancja ma się nijak do całokształtu człowieka. 

Często mówi się, że toleruję gluten, toleruję to, że sąsiad ma psa i to, że ktoś jest gejem. Tak, w jednym zdaniu to wszystko, po to, żeby dostrzec, że jednak tolerancja na gluten spoko, to, że pies u sąsiadów hasa i hałasuje spoko, ale tolerować to, że ktoś kocha – a co to za wielkie mecyje, co tu do tolerowania jest niby?

Ludzie mówią o tolerancji i biegną na barykady z tym hasłem, a przez to, jak jest używane w dzisiejszych czasach, czuję, że jest ono po prostu wyświechtane, straciło na wartości, ba! wielu ludzi wyciera sobie nim gębę. Ja nie chcę, ja podziękuję, ja zerknę szerzej, stwierdzę, że lepiej zacząć używać względem drugiego człowieka słowa „akceptacja”.  

Akceptujmy ludzi, po prostu. Każdy człowiek, który nie jest nami, jest po prostu inny przez to, że jest drugim człowiekiem. Brzmi jak masło maślane? Może, ale jaśniej się chyba nie da. Inny człowiek to człowiek, który inaczej składa chusteczkę po smarkaniu, inaczej zjada taki sam obiad zamówiony w restauracji, inaczej okazuje przyjaźń, inaczej intonuje, inaczej się bawi, inaczej kocha. Po prostu.

Nie wybieramy tego, czy piszemy prawą, czy lewą ręką, nie wybieramy tego, czy będą nam się podobać panowie, czy panie, ani tego, jaki mamy kolor skóry. Wiele wyborów, które stają się naszymi, są poza naszym faktycznym wyborem. Także nie pozostaje nic innego, jak akceptować.

Jednak żeby nie było, że ja wchodzę taka cała na biało, z akceptacją swą względem drugiego człowieka, że ja nigdy nie wpadłam w tor myślenia „toleruję”. Jasne, że wpadłam, jasne, że nadal w mojej głowie pojawiają się wzorce, które jakoś się do mej łepetyny dostały i czasem z automatu niemalże, jakże niefajnego automatu myślę sobie, przecież ja toleruję…, ale po chwili łapię się na tym, że nie o tolerancję chodzi, a o akceptację. Wychodzi mi to coraz lepiej, ale nadal się gubię. Przekaz medialnym jest taki, a nie inny, wystarczy tolerować, a ja myślę, wystarczy nie słuchać.

Na początek jednak warto byłoby zaakceptować siebie, również ze swoim brakiem akceptacji, ze swoimi ułomnościami i wtedy o wiele łatwiej akceptować będzie nam to, co nie zawsze jest dla nas zrozumiałe. Warto jednak do swojego niezrozumienia nie dodawać ignorancji i jadu, o który tak łatwo w dzisiejszych czasach.

I tych prób zrozumienia samych siebie nam życzę. Pamiętania o tym, że nie zawsze trzeba coś rozumieć, ale przy okazji nie trzeba też rzeczy niezrozumiałych negować i tylko w ramach poprawności politycznej tolerować, a spróbować zaakceptować w końcu jakże oczywisty fakt, że każda osoba, która nie jest nami, jest po prostu inna. A z akceptacją tego stwierdzenia chyba nikt nie powinien mieć najmniejszego problemu, prawda?

Autor

Dagmara Małgorzata – Pisze, więc jest. Dużo czyta i wyciąga wnioski. Kocha góry, filmy Tarantino i potyczki słowne. W nadawaniu codzienności odpowiedniego kolorytu pomaga jej fascynacja psychologicznymi zagadnieniami i obserwowanie ludzi. Na stronie Współcześni samym sobie raczy ludzi słowem.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama