Druga strona disneyowskiego medalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Od jakiegoś czasu portale popkulturalne regularnie donoszą o kolejnych miliardach zarobionych przez Disneya. Gigant współczesnej rozrywki jest nie do zatrzymania, ponieważ perfekcyjnie opanował sztukę produkowania filmów na wzór konceptu maszynki do robienia pieniędzy. Jednak w historii jednej z największych korporacji naszych czasów zdarzyło się kilka ciekawych momentów, kiedy jej władze nie uznawały komercyjnego sukcesu za sprawę priorytetową. W tych kilku chwilach zapomnienia o komercyjnych żądzach, disneyowskie kino potrafiło być eksperymentalne, zaskakujące, a czasami po prostu niesamowicie dziwne.

 

Fantazja (1940)
“Fantazja” oraz jej kontynuacja “Fantazja 2000” to pozycje, które wyrosły z popularnego kilka dekad temu disneyowskiego trendu filmów muzycznych. Animowane musicale wytwórni zawsze były uroczymi kinowymi cukierkami, sprawiającymi przyjemność dzięki piosenkowym popisom najpopularniejszych bohaterów. Na ich tle wyróżniają się jednak wspomniane wyżej pozycje, ponieważ mają do zaoferowania nieco ambitniejszą formę oraz treść. Po pierwsze, na oprawę muzyczną składają się tu utwory należące do kanonu muzyki klasycznej, a po drugie ilustrująca je animacja ma więcej wspólnego z ekspresjonistycznym baletem niż standardową kreskówkową historyjką. Takie nazwiska jak Strawiński albo Schubert łączą się tu z wizualizacjami bliskimi poetyckiej ekstraklasy, dzięki której Disney przez chwilę pukał do bram sztuki z prawdziwego zdarzenia.

Saludos Amigos (1942)
Mająca premierę w 1942 roku krótkometrażówka to kolejna pozycja w gabinecie osobliwości Disneya. Sympatyczne dziełko zostało zrealizowane właściwie w celach propagandowych – miało za zadanie krzewić przyjaźń Stanów Zjednoczonych i krajów Ameryki Łacińskiej. Dziś “Saludos Amigos” sprawia wrażenie naiwnej, zrealizowanej w pośpiechu filmowej manipulacji, ale w tamtych trudnych czasach pełnił istotną polityczną funkcję. Badacze ciekawych historycznych kontekstów koniecznie muszą się z tym małym dziwactwem zapoznać.

Czarna dziura (1979)
Powstałe na fali sukcesu pierwszych “Gwiezdnych Wojen” widowisko science-fiction opowiada o podróży w głąb galaktycznej granicy między piekłem a niebem. Co ciekawe, przypominająca groteskowy horror fabuła mimo wyraźnie mrocznego tonu, próbowała również trafić do młodszej widowni. Oczywiście ten manewr się nie udał i schizofrenia filmu lawirującego między kosmicznym gotykiem a familijną przygodą, nie pozwolił “Czarnej dziurze” na osiągnięcie spodziewanego sukcesu. Tej zapomnianej ciekawostki na pewno nie można nazwać arcydziełem, ale trzeba docenić patronującą jej odważną artystyczną wizję.

Mr. Boogedy (1986)
Tytułowy Pan Boogedy to upiór nawiedzający pewien rodzinny dom, z którym muszą uporać się bohaterowie pilota niezrealizowanego serialu dla dzieci i młodzieży. Dlaczego cała historia zakończyła się na jednym czterdziestopięciominutowym odcinku? Ano dlatego, że ponownie tak jak w przypadku “Czarnej dziury” Disney nie mógł się zdecydować czy chce tworzyć produkcję dla całej familii, czy woli pójść w mroczną baśń dla starszych widzów. Nic więc dziwnego, że gdy najmłodsi widzowie ujrzeli niepokojące oblicze zjawy, uciekli zapłakani sprzed ekranów i już nigdy nie mieli ochoty wracać do uniwersum stworzonego przez Oza Scotta oraz Michaela Janovera.

Destino (2003)
Zwięzła animacja zrodziła się w umysłach dwóch wizjonerów, czyli Walta Disneya i Salvadora Dali w latach czterdziestych, ale ukończono ją dopiero w 2003 roku. Pozbawiona dialogów, prowadząca narrację poprzez muzykę oraz obraz opowieść o miłości, jest istnym majstersztykiem oniryzmu. W ciągu zaledwie kilku minut ta barwna fantasmagoria przenosi nas do nadrealnego świata, zdominowanego przez abstrakcyjne podświadome bodźce.

Reklama

Jestem chamką!

Jestem chamką. To nie zostało powiedziane wprost, ale zarysowane grubym