(Nie)doskonałe one-woman show – Judy

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Marzeniem każdej aktorki i aktora jest stworzenie kreacji niezapomnianej. Takiej, która zapisze się złotymi zgłoskami w historii kinematografii i zdobędzie zarówno serca masowej widowni, jak i uznanie surowych krytyków. Filmowa biografia Judy Garland autorstwa Ruperta Goolda stworzyła przełomową zawodowo okazję dla Renee Zellweger – osoby, która po latach funkcjonowania jako sympatyczna, ale niezbyt poważana w branży postać, doczekała się przełomowego dla dotychczasowej kariery momentu.

Nosząca piętno image’u Bridget Jones Amerykanka wciela się w rolę kultowej gwiazdy ekranu oraz estrady. Brawurowa kreacja ukazuje protagonistkę docierającą do popkulturalnego Olimpu jako trzynastoletnia Dorotka w “Czarnoksiężniku z krainy Oz”, a już w dorosłym życiu gwałtownie z niego spadającą dzięki nieznośnej presji otoczenia, a także traumatycznym wspomnieniom związanym z hollywoodzką eksploatacją jej dzieciństwa.

Szczerze mówiąc, nie wiem, czy popisy Pani Renee noszą znamiona geniuszu, ale muszę przyznać, że co najmniej kilkukrotnie ocierają się o wybitność.

W dokładnie przemyślanych gestach, wyćwiczonej mimice, a także skrupulatnie odtwarzanej mowie ciała widać setki godzin wyczerpującego okresu przygotowawczego. Dotychczas uśpiony potencjał aktorki, został tu uwolniony na teren zapewnionego przez reżysera poligonu doświadczalnego, wybudzającego aktorską kreatywność z letargu. Na przykład podczas scen koncertowych bohaterka skutecznie kontroluje całą gamę emocji, zahipnotyzowanego przez jej występy widza. Natomiast gdy obserwujemy ją siedzącą w garderobie, pożeraną przez myśli na temat problemów rodzinnych oraz powoli rozpadającej się kariery, wierzymy w interesującą, odwrotną iluzję – wrażenie tego, że w chwilach słabości to my, widzowie, poprzez naszą empatię jesteśmy potrzebni Judy, a nie odwrotnie. Odpowiednio wyważony portret znajduje złoty środek pomiędzy boską figurą a wzbudzającym współczucie zwykłym, niedoskonałym człowiekiem. Ten balans pozwala odbiorcom spełnić najskrytszą, trochę paradoksalną fantazję o nieosiągalnej ikonie, z którą każdy może się utożsamić.

Jednakże, jeśli na chwilę odstawimy podziw dla aktorskiego talentu Zellweger gdzieś na bok i dokładniej przyjrzymy się fabularnej materii, to od razu zauważymy, że “Judy” wykorzystuje swoją gwiazdę, podobnie jak niegdyś hollywoodzkie monstrum wykorzystywało prawdziwą Garland. Całe to przedsięwzięcie obiecuje pochodzącej z Teksasu aktorce spełnienie marzeń o byciu częścią kinematograficznego opus magnum, po to, by czerpać profity z jej ambitnego, jednoosobowego spektaklu. Pozostałe elementy układanki są więc skonstruowane z kartonowych fundamentów, ponieważ karta przetargowa w postaci spektakularnej głównej roli, skutecznie sprzedaje atrakcyjny produkt w trakcie sezonu nagród. Banalne drugoplanowe epizody, powierzchowna analiza kontekstu epoki i podręcznikowa struktura standardowej biografii to komponenty jakby celowo rzucone na pożarcie ekranowej diwie. Ich miałkość ma jeszcze mocniej akcentować wielkość estradowej osobowości. Tak więc Rupert Goold robiąc przysługę swojej bohaterce, równocześnie robi jej krzywdę.

Wydaje mi się, że ambicją tej opowieści jest przede wszystkim wdzięczenie się do widza. Reżyser buduje laurkę, coś w rodzaju bezkrytycznego hołdu dla posągu, operującego mdłą narracyjną zachowawczością. Pozwala na pełnokrwistą, emocjonalną rozpiętość tylko odseparowanej od nijakiego tła solowej impresji, która zestawiona z papierową scenerią, pozostawia po sobie walory jedynie czysto technicznego mistrzostwa.

Gdy skończy się sezon globowo-oscarowy a rozwrzeszczane media ucichną, nowa bardziej obiektywna rzeczywistość zrewiduje faktyczną jakość tego filmu. Umysły widzów urodzą wtedy setki różnych prowokujących do dyskusji tez, wychodzących od jednego kluczowego pytania: główna rola to samodzielnie genialna kreacja, czy może po prostu coś zyskującego dodatkowe punkty dzięki porównaniu ze skrajnie sztampową mechaniką opowieści?

Reklama

Jestem chamką!

Jestem chamką. To nie zostało powiedziane wprost, ale zarysowane grubym