2019 – popkulturowe podsumowanie roku

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kończący się rok dał mi szansę na zastanowienie się nad sprawami ostatecznymi. Muzycy, filmowcy i pisarze często pochylali się nad ultratrudnymi tematami. Jedni brali się za bary ze śmiercią, drudzy analizowali sekrety wszechświata, a jeszcze inni spoglądali daleko w przyszłość. Większość dzieł mocno pachniała schyłkową atmosferą, odzwierciedlającą finiszującą dekadę, a może nawet świat biegnący ku nieuchronnemu epilogowi. Wśród tych finalnych wizji znalazło się miejsce zarówno na fatalizm, jak i bardziej optymistyczne pomysły. W każdym razie tegoroczne wydawnictwa zapewniły mi mnóstwo niezapomnianych wrażeń.

Muzycznym ekosystemem zatrzęśli na przykład sceniczni weterani. Ostatni album Nicka Cave’a wraz z jego zespołem The Bad Seeds “Ghosteen” urzekł mnie ekshibicjonistyczną odwagą w mierzeniu się z rodzinną tragedią. Australijczyk ograniczył tu kompozycyjne ornamenty do minimum i opowiedział swoją historię przy pomocy jednostajnych, quasi-ambientowych brzmień. Podobnie medytacyjną formę eksploatował zespół Swans na płycie “Leaving Meaning.”. Ikony eksperymentalnego rocka zaproponowali ludzkości wychowanej na wartkości streamingowych playlist, gitarową kontemplację w duchu filozofii zen. Z kolei projekt innego starego wyjadacza, czyli “ANIMA” Thoma Yorke’a, wyjątkowo zręcznie naszkicował portret człowieka zagubionego w dzisiejszej techno-rzeczywistości.

Cyfrową obsesję efektownie komentowali także artyści, których specyficzną estetykę nazwałbym melancholijnym elektro. “Requiem for Recycled Earth” Jamesa Ferraro wyrażał skruchę za ekologiczną ignorancję naszego gatunku, a “Careful” duetu Boy Harsher w chłodnych, syntezatorowych melodiach wyrzeźbił symbol emocjonalnej bierności XXI wieku. Ponadto, Adonis oraz D A V I C I I (członkowie polskiej synthpopowej grupy Panowie) próbowali uciec od koszmaru codzienności poprzez zanurzenie się w retrospekcyjnej utopii. Ich płyty “2009” a także “W przyrodzie tkwi wróżba (Zatarty w nas obłęd)” to moje ulubione rodzime wydawnictwa muzyczne w 2019 roku.

Nie zawiodły też tuzy nowoczesnego popu. “When I Get Home” autorstwa Solange zachwycił mnie cudownymi improwizacjami krążącymi wokół standardowych, piosenkowych motywów. Co więcej, dwóch dżentelmenów, czyli Tyler, the Creator (“Igor”) oraz JPEGMAFIA (“All My Heroes Are Cornballs”) wzmocniło znaczenie słowa “post-rap”, wyłuskując nowe wnioski z gruzów hip-hopowej ideologii. Artystyczną witalnością tryskała też Lana Del Rey na “Norman Fucking Rockwell!” – longplayu śmiało polemizującym z ciasnymi stereotypami rządzącymi amerykańską kulturą masową.

Moje głośniki opanowali też bardziej radykalni twórcy. Intrygujący był na przykład album “H.A.Q.Q.” grupy Liturgy, starający się skonstruować nowy ład w dezorientującym, blackmetalowym chaosie. Warto również wspomnieć o “Caliguli” artystki znanej jako Lingua Ignota, która ożeniła feministyczny światopogląd z nokautującym najtwardszych zawodników, neogotyckim noise’em. Równie skrajne emocje tliły się w projekcie “Girl with Basket of Fruit” awangardowej grupy Xiu Xiu, kochającej zaglądać w mroczną otchłań ludzkiego umysłu i wywlekać na wierzch kontrolujące nas prymitywne żądze.

W kinie mieliśmy dwa hity, demonstrujące powszechne, społeczne niepokoje – “Joker” oraz “Parasite”. Pierwszy z nich opowiedział znaną komiksową historię, stosując zaskakująco antyhollywoodzką narrację dramatu jednostki, a drugi znakomicie ukazał klasowe antagonizmy, przy jednoczesnym wyczuciu gatunkowych konwenansów.

Filmowcy flirtowali też z dobrze znanym motywem egzystencjalnej grozy. Ari Aster w “Midsommar” eksplorował upadek wartości rodzinnych oraz toksyczność dzisiejszych związków międzyludzkich, biorąc perypetie bohaterów w ekscytujący nawias obrzędowego horroru. Natomiast skąpany w oparach beckettowskiego absurdu “Lighthouse” Roberta Eggersa uwypuklał groteskowość naszego losu, zaakcentowaną przez potęgę nieodgadnionych sił otaczającego nas uniwersum.

Demitologizacją popkulturowych herosów zajęły się m.in. “Vox Lux” i “El Camino”. Dzieło Brady’ego Corbeta odniosło się do mesjanistycznej roli, jaką przypisujemy popowym gwiazdom. Natomiast netfliksowa kontynuacja serialu “Breaking Bad” zostawiła odbiorców z gorzką refleksją na temat etycznego kontekstu, w jakim można rozpatrywać archetypy kina sensacyjnego.

Był to też rok ciekawego kina autorskiego. Nasz ulubiony skandynawski skandalista Lars von Trier podsumował swój dorobek poprzez krwawą, metafizyczną odyseję o nazwie “Dom, który zbudował Jack”. Jego młodszy, ale równie szanowany kolega po fachu Yorgos Lanthimos, dzięki “Faworycie” wyważył hollywoodzkie drzwi, kpiąc z tradycji amerykańskiej kinematografii. Stojący gdzieś z boku Julian Schanbel pokazał wąskiej grupie odbiorców film “Van Gogh. U bram wieczności”, rezygnując ze stylistyki podręcznikowej biografii, na rzecz poruszającej, audiowizualnej poezji.

O telewizyjne wrażenia zadbali twórcy drugiego sezonu “Wielkich kłamstewek”. Sequel przeboju stacji HBO odszedł od thrillerowego tonu i skupił się na intymnych dramatach protagonistek. Miłośników streamingowych atrakcji zaskoczył też Nicolas Winding Refn. Jego jednosezonowa opowieść “Za starzy na śmierć” zszokowała widzów eksperymentalną formą oraz odważną treścią, umiejscawiającą Sąd Ostateczny w realiach trumpowskiej Ameryki.

Warte odnotowania nowości literackie miały charakter okołoeseistyczny. Jacek Dukaj w książce “Po piśmie” w intrygujący sposób zinterpretował dominację kultury wizualnej jako powrót do czasów prehistorycznych. Inną fascynującą pozycją był “Kafka” Davida Zane’a Mairowitza oraz Roberta Crumba, czyli frywolny miks komiksu i szkicu krytycznego, analizujący znaczenie mrocznego komizmu w bibliografii słynnego pisarza.

W tym roku konsumenci popkultury mieli naprawdę dużo powodów do radości. Jeśli kolejne lata zagwarantują równie intensywne doświadczenia, to nawet perspektywa upadku cywilizacji nie unicestwi naszych biednych dusz.

Reklama