Wiecznie niedopasowani – najbardziej niedoceniani aktorzy z Fabryki Snów

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Hollywoodzka maszyna to dominujące w świecie show-biznesu monstrum, które potrafi w mgnieniu oka przenieść aktorów do ekstraklasy, ale też na zawsze pozostawić ich w drugiej lidze. Wśród alei docenianych i wiecznie rozchwytywanych gwiazd, znajdują się także nazwiska niesłusznie wykluczone z elitarnego klubu Fabryki Snów. To obdarzone ogromnym talentem, charyzmatyczne osobowości, które jednak nie dostały i chyba już nigdy nie dostaną kluczy do raju w Los Angeles. Poniższą listę należy więc traktować jako swoistą kompilację zawodników z ławki rezerwowych, którzy tak naprawdę powinni spędzać więcej czasu w świetle reflektorów.

Laura Dern
Jedna z muz Davida Lyncha już na początku kariery zachwycała w groteskowej campowej farsie o nazwie “Dzikość serca”, a w ostatnich latach chyba przeżywa coś w rodzaju kreatywnego renesansu. Najpierw stworzyła niezapomnianą kreację Diane w ostatnim sezonie “Twin Peaks”, wygrywając nierówną walkę z oczekiwaniami zakochanych w kultowej serii fanów. Potem pozjadała na śniadanie obsadowy “dream team” z “Wielkich kłamstewek”, a w zeszłym roku brawurowo wcieliła się w specjalistkę od krwawych rozwodów, prowadzącą rozgrywki sądowe głównych bohaterów “Historii małżeńskiej”. Miejmy więc nadzieję, że przyjdzie czas, gdy Laura będzie wymieniana jednym tchem obok takich aktorek jak Meryl Streep albo Julianne Moore.

Maggie Gyllenhaal
Siostra bardziej docenianego Jake’a ma w sobie coś, czego brakuje wielu koleżankom po fachu. Mam na myśli melancholijną aurę otaczającą jej ekranową egzystencję. Na przykład hipnotyzująca kreacja w “Sekretarce”, pod płaszczykiem sadomasochistycznej erotyki i czarnego humoru, skrywała tęsknotę za realnym uczuciem. Ponadto bohaterki Maggie Gyllenhaal z najnowszych projektów, czyli “Przedszkolanki” oraz “Kronik Times Square” zachowywały się jak pewne siebie, uparcie dążące do celu kobiety, które jednak świadomie kamuflowały własne emocjonalne pęknięcia. W działaniach Lisy Spinelli oraz Eileen Merrell było widać nostalgię za wyśnioną, niewinną rzeczywistością, będącą fantazją stojącą w opozycji do brutalności dnia powszedniego. Za niezwykle poruszające odsłanianie tych charakterologicznych rys, pani Gyllenhaal zasługuje na znacznie większy aplauz, niż dostaje zazwyczaj.

Lance Henriksen
Lance to prawdziwy weteran, czynny zawodowo już od lat siedemdziesiątych. Zagrał w kilkuset produkcjach różnej klasy i jakości, ale jednego nie można mu odmówić – potrafi zdominować scenę jednym gestem. Niestety, branża filmowa nigdy w pełni nie spożytkowała jego dominującej prezencji. Po roli w drugiej części “Obcego” zakwalifikowano go jako gościa od horrorów i sci-fi (niestety głównie drugo- i trzeciorzędnych). Mało pochlebny wizerunek jest na tyle silny, że wielu odbiorców kompletnie nie pamięta henriksowych występów np. w serii “Organizacja śmierci – Millennium”, będącej mroczniejszym, poważniejszym bratem “Z Archiwum X”. Szkoda, bo Lance Henriksen jest żywym dowodem na to, że branie udziału w niezbyt ambitnych produkcjach, wcale nie wyklucza posiadania ponadprzeciętnego talentu.

Clive Owen
Pamiętacie Theo, głównego bohatera “Ludzkich dzieci”, który w dystopijnej (i przerażająco podobnej do teraźniejszości) wizji Alfonso Cuarona, próbuje uratować ciężarną kobietę przed okrucieństwem postapokaliptycznej Ziemi? Jeśli kojarzycie wspomniany tytuł, to znakomicie, a jeśli nie, to czym prędzej sobie przypomnijcie. Odgrywający m.in. tę rolę Clive Owen jest bowiem jednym z najbardziej zmarnowanych talentów współczesnego kina. Wymykający się łatwym definicjom Anglik, nigdy nie czuł się komfortowo ani w stricte rozrywkowych filmach, ani też w skrajnej awangardzie X Muzy. Z tego powodu do tej pory nie zagrzał miejsca na stałe właściwie nigdzie i jest skazany na los niespokojnego aktorskiego nomada. Niestabilność jego kariery oczywiście trochę smuci, ale też na pewno mocno fascynuje.

Guy Pearce
Brytyjczyk, którego cały świat poznał dzięki rolom szlachetnego gliny w “Tajemnicach Los Angeles” oraz faceta prowadzącego śledztwo w sprawie śmierci swojej żony (przy okazji cierpiącego na zanik pamięci krótkotrwałej) w “Memento”, od jakiegoś czasu egzystuje gdzieś obok splendoru kina głównego nurtu. Od wielu lat omija go sezon oscarowy, a także większe, bardziej widowiskowe przedsięwzięcia. Jego najnowszy projekt, czyli serialowa adaptacja BBC “Opowieści wigilijnej” również przeszedł bez echa. A szkoda, bo to naprawdę interesująca ekranizacja, przeszczepiająca wytarte schematy znanej historii na grunt paragotyckiej grozy. Pearce jako Scrooge, brawurowo mierzący się z dręczącymi duszę wewnętrznymi demonami, przykuwa tu uwagę widza skuteczniej niż jakikolwiek protagonista standardowego świątecznego filmu. Najnowszy dorobek tego aktora być może ciężko nazwać spektakularnym, lecz na pewno jest wart uwagi każdego odbiorcy.

Reklama

Jestem chamką!

Jestem chamką. To nie zostało powiedziane wprost, ale zarysowane grubym