Nowy rok, stary ja?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

I tak i nie. Jak co roku obiecuję sobie, że po zmianie kalendarza na nowy będę przede wszystkim mniej narzekał. Zaczął się 2020, jest 2 stycznia godzina 15, a ja już marudzę. Już Wam mówię dlaczego.

Historia w teorii znana, jak i przerabiana i odmieniana przez wszystkie przypadki. Petardy. Fajerwerki. W sylwestra. 

Zaznaczę tylko, że jak byłem mały, czyli gdzieś w okolicach 8-10 lat, to uwielbiałem puszczać z tatą i dziadkiem fajerwerki. No bo które dziecko ich nie lubi? Potem stałem się albo przewrażliwiony, albo nabawiłem się hiperakuzji, albo z tego wyrosłem. Opowiem Wam jedną historię.

Jest godzina 17 z minutami 31 stycznia. Wyprowadzam psa na posiedzenie (oczywiście sprzątam po nim). W tle, gdzieś daleko, słyszę huki petard. Pies też to słyszy, pewnie lepiej niż ja, więc widzę, że jest nieco poddenerwowany, dlatego też po paru minutach spaceru zawracam z nim i kierujemy się w stronę domu. Nagle, około 50 metrów od nas, grupa licząca trzech osobników w wieku 12-15 lat patrzy się na mnie i na psa, zerka z powrotem na siebie i klęka tuż pod blokiem. Ustawili się w kółku, po środku którego był mega box petard. Zanim przyszło co do czego, to jeszcze raz spojrzeli na mnie i na psa. A potem jeden z nich rzucił „podpalaj i spierdalamy”. Zapewne był starszy i został mianowany samcem alfa tego małego stada, stąd też obaj jego koledzy wyciągnęli zapałki i zabrali się do podpalania pudła z fajerwerkami zgodnie z zaleceniem.

 
Reklama
 
Reklama

Nim zdążyli odejść, niebo było już rozświetlone na czerwono. Huk niesamowity, wręcz nieprzyjemny i bolesny dla mnie, a co dopiero dla przerażonego psa. Posłałem koleżkom niecenzuralne „spierdalajcie i wsadźcie sobie te petardy w dupę”, za co przepraszam, bo to tylko dzieciaki. Ale ktoś im dał na te petardy, lub im je kupił.

Oczywiście wziąłem psa i pobiegliśmy do domu, bo ze strachu zaczął trząść się jak galareta, zresztą nie dziwię mu się, mnie huk petard też trochę przestraszył. Zastanawiam się, czy w tym noworocznym huraoptymistycznym ferworze nie zapominamy o tym, że świętujemy jedynie obrót Ziemi wokół Słońca? Że opijamy przewrócenie kartki w kalendarzu o jeden dzień i wychodzimy z założenia, że trzeba się ostro zapić i balować jak nigdy w roku? Może to po prostu we mnie jest problem, że nie patrzę na sylwestra i nowy rok jako na imprezy AŻ tak wyjątkowe. 

Problem pojawia się jednak, gdy od godziny 17 słyszę petardy, a do pierwszej minuty nowego roku jest przecież aż 7 godzin! Chciałbym, byśmy wszyscy się zastanowili nad tym, czy rzeczywiście puszczanie petard jest aż tak dla nas, ludzi, ważne. Czy nie wystarczyłyby nam zimne ognie i szampan, jeśli rzeczywiście MUSIMY balować do białego rana. 

Pomyślmy o zwierzakach. Pomyślcie o psie, z którym szedłem i dosłownie obok którego wystrzeliły petardy – tak wiem, też je kiedyś odpalałem i nie jestem święty. Wiem, że te fajerwerki odpaliły trzy małe gnojki, którym nikt w domu nie wytłumaczył dlaczego nie powinni tego robić, po pierwsze o 17, po drugie przy przechodzącym blisko psie, po trzecie tak blisko od bloku. Tak, fajnie, huczy, strzela, świeci się. Ale nie powinno się – jak już – puszczać ich przynajmniej o północy? By nie dokładać i tak już biednym zwierzętom?

Tekst: Jan Wiewiór

Reklama