Muzyczne przywitanie Nowego Roku – perfekcyjna playlista na Sylwestra

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Gotowi na niezapomnianą noc swawoli? Towarzystwo już się zebrało, miejsce zostało wybrane, a odpowiednie napoje zakupione? Jeśli tak to pozostał już tylko wybór perfekcyjnej muzyki. Na szczęście akurat o ten element nie musicie się martwić. Wystarczy, że dodacie do Waszej playlisty poniższe utwory i temperatura parkietu zbliży się do wręcz piekielnych kategorii.

La Roux – Tropical Chancer

Przebojowość tego zawieszonego pomiędzy frywolnością wczesnej Madonny a produkcyjnym rozpasaniem nowoczesnego popu numeru, jest niepodważalna. Nigdzie nie znajdziecie śliczniejszych zwrotek i słodszego refrenu.

Lazerhawk – Electric Groove

Jeśli estetyka lat osiemdziesiątych jest najgorętszym fetyszem ostatnich lat, to powyższy utwór należy uznać za modelowy przykład muzycznej pornografii. Dzięki “Electric Groove” nawet przejażdżka koleją miejską przypomina podróż latającą taksówką z “Blade Runnera”. Rozświetlony świdrującymi neonami krajobraz fukcjonuje tu jako fikcja bardziej realistyczna niż rzeczywistość.

The Voidz – QURRYUS

Dziwaczna patchworkowa miniatura eksperymentalnego projektu frontmana The Strokes rysuje grubą kreską esencję lat dziesiątych. The Voidz zszywają trzyminutowego Frankensteina z odpadków kultury masowej – synthpopu, podniecenia wywoływanego przez autotune, dystopijnej paranoi i symulowanej egzotyki (w tym przypadku celowo kartonowego technoarabskiego fasonu). Szkatułkowa konstrukcja zamyka w kilku prostych zwrotkach mnogość emocji, które kojarzą się z postmodernistycznym przeciążeniem XXI wieku.

Tame Impala – Let It Happen

Kevinowi Parkerowi najpierw zarzucano odgrzewanie beatlesowskich harmonii, a potem ślepe odtwarzanie beegeesowego, dyskotekowego pulsu. Natomiast mimo że na “Let It Happen” wyraźnie słychać echa obu tych inspiracji, to ich zagospodarowanie jest na tyle błyskotliwe, że wmówienie zdolnemu muzykowi banalności byłoby gigantycznym absurdem. Prawie dziesięciominutowy, syntezatorowy fresk, który brzmi jak kryzys egzystencjalny w samym środku mikrokosmosu “Gorączki sobotniej nocy”, żeni popową wrażliwość i rytualne ambicje progresywnej elektroniki z brawurą, na jaką raczej nie porwaliby się przedstawiciele żadnego z tych dwóch światów.

Neon Indian – Dear Skorpio Magazine

Piosenka ze znakomitego albumu “VEGA INTL. Night School” (na którym każdy utwór mógłby być efektownym singlem) oferuje teatralny elektropop, portretujący emocje przy pomocy kolorowych, komiksowych barw. Bliska widowiskowości warholowskiego popartu stylistyka potrafi zawrócić w głowie każdemu i nawet regularni podpieracze ścian zatańczą przy niej taniec swojego życia.

Calvin Harris – Rollin’

Wszechstronnie uzdolniony reżyser głównonurtowych brzmień wytypował dla “Rollin” iście hollywoodzką obsadę. Future, czyli mesjasz trapowego hedonizmu ignoruje zasady interpunkcji i pozwala sobie na swobodny strumień świadomości pokrywający kalifornijski funk słonecznego podkładu. Z kolei druga część dynamicznego duetu – Khalid, punktuje pijane głoski MC z Atlanty, kunsztowną interpretacją elementarza alternatywnego r&b. G-funk żyje i ma się dobrze.

Theophilus London – Why Even Try

Jedna z najbardziej niedocenianych postaci współczesnego hip-hopu przyrządza smakowity disco-rapowy koktajl, który równie dobrze mógłby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej do “Człowieka z blizną” Briana De Palmy. Dlaczego tak wspaniałe melodie nie zdobywają masowego uznania? Może dlatego, że po prostu niektórzy nie potrafią się bawić?

LCD Soundsystem – Get Innocuous!

Hymn nowojorskich hipsterów powstał dwanaście lat temu, ale nawet dziś wciąż rozsadza parkiet w drobny mak. To piosenka stworzona przez gościa, który pół życia spędził w najmodniejszych klubach, wcielając się czasem w DJa, a innym razem uważnego słuchacza. Jego muzyczna edukacja objawia się w wielopłaszczyznowości kompozycji, za jednym zamachem połykającej motywy przewodnie co najmniej tuzina różnych gatunków. Spoiwem całości jest zaś maniera wokalna ukształtowana przez adorację twórczości Davida Bowiego. No lepiej po prostu już być nie może.

Channel Tres – Jet Black

Figura mistycznego szamana została poddana przez współczesność delikatnej transformacji. Obrzędowe szaty zastąpiły okulary przeciwsłoneczne Ray-Ban oraz modne trampki Converse. Natomiast tradycyjne, ogniskowe pieśni przyjęły postać pulsującej kombinacji hip-hopu oraz house’u. Są to jednak jedynie kosmetyczne zmiany, ponieważ reakcja biorących udział w ceremonii jest taka sama – ich ciała i umysły wpadają w spirytualny trans.

New Order – Tutti Frutti

Zastanawiacie się pewnie, dlaczego nie wybrałem “Blue Monday”. Już się tłumaczę. Kultowe hity formacji z Manchesteru kocha każdy, ale ich nowszy dorobek jest traktowany trochę po macoszemu. Okazuje się, że niesłusznie. “Tutti Frutti” ukazuje weteranów sceny przeżywających drugą młodość, równie ekscytującą, jak ta z lat osiemdziesiątych.

Reklama