„Życie, śmierć i ciała obce”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jeśli ktoś z Czytelników nie miał okazji zakochać się w debiucie Adama Kaya „Będzie bolało”, po lekturze „Świątecznego dyżuru” zrobi to na pewno. I odwrotnie: miłośnicy inteligentnej, dowcipnej, a nade wszystko doskonałej pod względem narracyjnym prozy Kaya bez wątpienia zainwestują w obie książki.

Spędziliście kiedyś święta w szpitalu? Nie? To całe szczęście. W czasie, kiedy tak wiele komunikatów z prośbą o wsparcie i uwagę skierowanych jest w nasze miękkie emocjonalne podbrzusze, warto dowiedzieć się co nieco o tych, o których pracy w okresie świątecznym myślimy z pogardą albo, co gorsza, wcale. 

„Święta Bożego Narodzenia, chociaż są tylko raz w roku (na całe cholerne szczęście), przynoszą nam taką porcję szpitalnych dramatów, że mamy ich po dziurki w nosie. Bożonarodzeniowe grypy i zapalenia płuc dają zajęcie pulmonologom, a zatrucia pokarmowe i norowirusy nie pozwalają odpocząć gastrologom. Endokrynolodzy wyciągają pacjentów ze śpiączki cukrzycowej, wywołanej świątecznymi wypiekami, a z kolei oddziały ortopedyczne wypełnione są staruszkami, którzy wywinęli kozła na oblodzonym chodniku i rozkruszyli swoje biodra niczym paczkę herbatników.”

Adam Kay miał szczęście do hat tricków: trzy lata z rzędu w trakcie Świąt Bożego Narodzenia zamiast otwierać prezenty, otwierał pacjentów. Jego książka to zbiór anegdot, które w tym czasie wyłonił z odmętów pamięci i ubrał w zgrabne, zabawne i nasycone odrobiną makabry medyczne opowiastki.

 
Reklama
 
Reklama

„Świąteczny dyżur” to opowieść o nieskończonej pojemności ludzkiej wyobraźni, lekkomyślności, głupocie (najczęściej i najchętniej uszkadzamy siebie i partnera podczas miłosnych igraszek), ale też o tym, że ciało pacjenta, zupełnie jak cuda, nie czyta podręczników, ale też nie zagląda do kalendarza. Kiedy dziecko postanowi w trakcie wigilijnej kolacji przyjść na świat – nawet sernik oczekujący w kolejce go nie powstrzyma; kiedy gorączka nieomal rozsadzi termometr – żadna strawa nas nie ucieszy. Przystępna, zwarta i anegdotyczna forma opowiastek Kaya nadaje się do lektury w środkach komunikacji (tu ostrożnie – podróżni w autobusie patrzyli na mnie jak na pacjentkę z przepustką z Tworek, kiedy rżałam ze śmiechu na całe gardło), to również użyteczna, budująca poczucie wspólnoty lekarskiej lektura w sam raz na dyżur w oczekiwaniu na potencjalny armageddon. To też garść refleksji dla studentów medycyny albo licealistów, którzy marzą o sekcjach zwłok i tworzeniu epikryz. Dla malkontentów pogardzających służbą zdrowia – stosunkowo bezbolesna lekcja pokory. Dla miłośników perfekcyjnej roboty translatorskiej – zrytmizowane cacuszko. 

Nie dajmy się jednak zwieść misternie tkanemu przez Kaya wizerunkowi lekarza-Grincha, który za wszelką cenę odwołałby święta. Ironia mająca w swoim założeniu przyprawić o zgagę i dopracowany w najmniejszym szczególe cynizm to misternie tkany pancerz ze słów dla głębokiej humanistycznej wrażliwości Kaya. Można go wyłowić pomiędzy wierszami, w przypisach, a wszystko przypieczętowują komentarze w wywiadach, których dziennikarzom udziela raczej oszczędnie. Przecież wszelka ironia to wstydliwość uczuć, a te szczególnie w zawodzie lekarza są niebezpiecznie, bo ich samych wypalające. Jako specjalizujący się w ginekologii rezydent pomógł przyjść na świat dziesiątkom dzieci, ratował życie ich matek, a zapytany – wprost mówi o nieskończonej radości z bycia świadkiem cudu narodzin. 

Swoją najnowszą książkę Kay określa mianem „medycznego kalendarza adwentowego epatującego makabrą”. I sporo w tym zjadliwym autoironicznym komentarzu prawdy. Dlatego ostrzegam: jeśli wrażliwi jesteście na ludzkie wydzieliny, wydaliny i galopującą naiwność, a inkrustacja pojęciami medycznymi przyprawia Was o wysypkę – oszczędźcie sobie. Jeśli zaś z wypiekami na twarzy przeczytaliście Thorwalda, „Gen” i Mary Roach albo macie w rodzinie adeptów sztuki medycznej – bierzcie w ciemno.
Pod anegdotycznym charakterem opowiastek z izb przyjęć kryje się więc kilka płaszczyzn, na których pozornie lekkie w swojej formule książki Kaya można odczytywać. Głównie to przestroga dla tych, którzy myślą, że bycie absolwentem medycyny to głównie prestiż i nabite portfele. Jeśli komuś uda się przeżyć ze względu na fizyczne i psychiczne obciążenia rezydenturę, ma przed sobą jeszcze długą drogę do wypasionych fur i rozpasania. Szczególnie debiut Kaya, „Będzie bolało” właśnie o tym mówi, co pozwala rozejrzeć się szerzej na rynku europejskim i stwierdzić, że nie tylko w Polsce rezydent to nieomal bezpłatny pracownik, wiecznie poganiany, łajany, źle opłacany i wiecznie niedospany. Niewielka książeczka jest hołdem dla tych, którzy swoją pracę utożsamiają z życiem i tym, którym niejednokrotnie to życie zawdzięczamy. I kiedy my siedzimy sobie przy świątecznych stołach, opływając w nadmiar dóbr wszelakich, oni niejednokrotnie w pocie czoła usilnie ratują ludzkie istnienia, sprowadzają na świat nowych ludzi albo odprowadzają tych, których czas się skończył. 

Taka mała książeczka, a ile w niej dobra. 

Tu – pod choinkę – mały fragment na zaostrzenie apetytu:

 
Reklama

„Pacjentka H.L. zgłasza się do szpitala z krwawieniem po stosunku. W środku jest mocno pokiereszowana. Jestem przekonany, że nie mówi nam całej prawdy. Być może jej chłopak to ten wielki żółty koleś z „Fantastycznej czwórki” (ten, który ma ciało ze skały).

Okazuje się, że kiedy skończyły się prezerwatywy, ona i jej chłopak zajrzeli do świątecznego pudełka ze słodyczami i postanowili wykorzystać opakowanie po batoniku Mars w charakterze barierowego środka antykoncepcyjnego. W końcu Mars krzepi – może pomyśleli, że wzmacnia też seksualną potencję? Ludzkie pragnienie, żeby się pieprzyć, jest wprost nieokiełznane. To dlatego ludzie bzykają się w samolotowej toalecie (to jak seksu w trumnie wyposażonej w spłuczkę!) albo używają młynka do pieprzu, kiedy nie mają pod ręką wibratora.

Na szczęście dla pacjentki H.L. obyło się bez szycia, a nawet bez „upychania”. Radzę jej, aby w przyszłości używała antykoncepcji o mniejszym potencjale abrazyjnym. Zalecam jej także, aby zrobiła sobie przerwę, dopóki pochwa się nie wygoi. Podkreślam, że nie chodzi mi o przerzucenie się na Kitkaty”. 

Adam Kay, „Świąteczny dyżur”, tłum. Katarzyna Dudzik, Wydawnictwo Insignis, Warszawa 2019.

 

Reklama

Smak umami

Umami to jeden z pięciu podstawowych smaków, odczuwalnych przez człowieka