„Rok literackich żniw”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Miniony rok spokojnie można ogłosić wielkim świętem polskiej literatury, której ukoronowaniem jest Literacka Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk. Wreszcie cała Polska ją czyta, a nasza redakcja żywi nadzieję, że to skłoni Czytelników do dalszych poszukiwań. Będziemy szczęśliwi, jeśli skorzystają Państwo z naszych podpowiedzi.

Oczywiście, że nie przeczytałam wszystkiego, co w minionym roku wydawcy nam podarowali. To fizycznie niemożliwe. Mam jednak jedną zasadę: nie piszę o książce, dopóki nie przeczytam jej w całości. Nie każdej również poświęcam recenzję: zdarza się, że o wielu tytułach napisali znakomitsi ode mnie i nikogo już do książek nie trzeba przekonywać. Moi nauczyciele zawodu powtarzali mi, że jest tyle dobrych rzeczy na rynku, że o złych pisać nie trzeba. Dlatego Państwu tego oszczędzam.

Ktoś powiedział mi ostatnio z mocą, że literatura nie zmienia świata. To prawda. Szczególnie, jeśli książki ma się w głębokiej pogardzie i wygłasza się o nich sądy, nawet nie dotykając okładki.

Jak każda sztuka, literatura istnieje obiektywnie. Nie ma szans na nas zadziałać, jeśli jej nie dotkniemy. W erze wszelkiego rodzaju audiowizualnych pokus jawi się jako anachroniczna i skrajnie wymagająca. Za przeczytanie książki nikt nie nagrodzi owacją na stojąco, nie da losu na loterię, nie napisze w portalu o milionach odsłon. Co gorsze: pod wpływem książek zaczną się w nas rodzić wątpliwości, bo może się okazać, że nie wszystko wiemy. Albo się pomyliliśmy. Nikt przecież nie lubi przyznawać się do błędu. Świat uznaje to przecież za słabość. Kto mnoży wiedzę, pogłębia smutek. Tego też dzisiaj nie tolerujemy. Wszystko przecież trzeba zanurzyć w brokacie, a co najmniej nałożyć na siebie odpowiedni filtr. 

 
Reklama
 
Reklama

Jako że bałucką przekorę mam we krwi, pomna z zimną krwią wypowiedzianych słów, jakoby literatura nie zmieniała świata, tym chętniej i więcej czytam. Bo lubię.  

Pieczołowicie wybierałam propozycje do tegorocznego rankingu. To wielka odpowiedzialność polecać książki. A nuż ktoś pod ich wpływem się zmieni?
Podsuwam garść propozycji, które uważam za życiowo i estetycznie przydatne, które w tym roku mnie ucieszyły, poruszyły albo snadnie na tarce starły moje sumienie na wiór. Kolejność przypadkowa. 

Filip Zawada, Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek, Znak, Kraków.


Zaskakująca, pozornie niewinna narracja z perspektywy chłopca z sierocińca przeradza się w potężną, mityczną wręcz opowieść o grozie bycia na świecie. Pełna ciepłego, ale i czarnego humoru nosi znamiona makabreski, ale urasta do rangi mądrego, nieoczywistego traktatu o szczęściu. Sentencjonalność tej prozy pozostanie z Państwem na długo. Moje dwa ulubione zdania: „Ludzie boją się inteligentnych nauczycieli i dlatego najczęściej uczą się od głupków” oraz „Będę był”.

Po świetnie przyjętych „Mikrotykach” Paweł Sołtys serwuje nam pełną sprzeczności i onirycznych wizji wysmakowaną „Nieradość”. Zbiór mikrohistorii w codziennym bałaganie życia poszukuje nieoczywistego piękna, czyni nieporządek w chaosie. Życie zaskakuje tu nie mniej niż śmierć. Sen jest tak samo intensywny jak jawa. Zbieżność z warsztatem rosyjskich mistrzów pióra jest więcej niż oczywista. 

 
Reklama

Paweł Sołtys, „Nieradość”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec.

Cudowna, pełna magii, zaskoczeń i ciepłej ironii długo wyczekiwana powieść Dominiki Słowik. Mityczna Cukrówka to miejsce, w którym przechadzają się Bruno Schulz, Gabriel Garcia Marquez, Krzysztof Varga i Jerzy Pilch. Słowik to magiczna realistka i językowa czarodziejka. Tę powieść można czytać tygodniami, miesiącami, można ją smakować, dozować sobie i w niej się nurzać. Słowik to wybitny językowy talent i na każdą jej książkę warto czekać choćby kilka lat.

Żywimy również nadzieję, że, jeśli nie znają Państwo debiutu autorki – „:Atlas: Doppelganger”, nadrobią Państwo zaległości niezwłocznie. 

A tu taki cud-fragmencik jako śledzik na zaostrzenie apetytu: „Niekiedy, jeśli nam się nudziło, Misza odpalał jednego LM-a i podawał babci, trzymając go pomiędzy palcami; z trudem wsuwał jej go do ust, bo górna szczęka staruszki była znacznie bardziej wysunięta, a ona nagle chwytała tego papierosa zawiniętymi już do środka głowy wargami i łapczywie ciągnęła dym, tak, naprawdę się zaciągała, nieraz się z tego z Miszą śmialiśmy, nic nie rozumiała, nic nie pamiętała, a jednak się zaciągała i uwięziona w swoim tłumoczku, przypominająca wtedy wielką gąsienicę, larwę w kokonie spowitą obłokami dymu, gdy więc w pogodne dni błękitny koc zlewał się z niebem, wyglądało to, jakby babcia Masztalerzowa, babcia-gąsienica, wydmuchiwała z płuc prawdziwe chmury”.

Dominika Słowik, „Zimowla”, Znak, Kraków.

O prozie Grzegorza Sobaszka nie było głośno i to błąd. To autor o wielkiej erudycji, ciepłym humorze, jędrnym piórze i wrażliwości, która sprawia, że w trakcie lektury zastanawiałam się, jak to możliwe: żyć bez naskórka. „Wszystkojedność” można nazwać powieścią ekologiczną – i to pełną gębą. Są tu wszystkie smutki i bolączki współczesności: potrzeba poszukiwania harmonii ze sobą, niemożność opłakania straty, głęboki humanizm wobec ryku harvesterów w puszczy i chamskiego rechotu politycznych troglodytów, czuły narrator, niezjadliwy humor, mądry dystans i językowy figiel. Mądry człowiek tę książkę napisał. Weźmy ją sobie do serc i mózgów.

Grzegorz Sobaszek, „Wszystkojedność”, Wydawnictwo Szafa, Warszawa.

 
Reklama

Wielopoziomowa opowieść dla kilku pokoleń, która pozwala na rodzinne tworzenie świata od początku. To bezcenna podpowiedź dla tych, którzy nie mają czasu na uzupełnianie wiedzy o mitach kosmogonicznych ze wszystkich stron globu – Mama i Syn nam w tym pomogą. Wytłumaczą, jakie zależności istnieją między Lordem Vaderem a paryskimi mitami, ocieplą judeochrześcijański wizerunek groźnego Boga, przybliżą mity chińskie i japońskie, otulą w zimny wieczór. Tym bardziej, że w książce Mama i Syn stwarzają każdego dnia świat na nowo. Spróbujcie i Wy – jak smakuje jego wydanie drugie, poprawione, Wasze. P.S. Książka nagrodzona wyróżnieniem w tegorocznej edycji konkursu Polskiej Sekcji Ibby. W Porze Obiadowej mieliśmy nosa!

Ewa i Jędrek Jałochowscy, „Smutek mamuta”, Nisza.

Adam Kay lekarzem był. Niestety, nie tylko w Polsce rezydenci pracują w podłych warunkach i zarabiają gorzej niż parkometr w centrum miasta. Ponieważ Kay ma wybitny talent językowy, wit godny najznamienitszych piór i niekwestionowany talent sceniczny, pożegnał się z medycyną i zaczął tworzyć w zupełnie innej materii. Pod maską wojującego ironisty kryje się wrażliwy, piekielnie inteligentny humanista, który swój zawód wykonuje z nieskończoną miłością. Jak to zwykle wśród pasjonatów bywa – nieodwzajemnioną. „Będzie bolało” to książka z ubiegłego roku, ale została tak entuzjastycznie przyjęta, że wydawca w tym roku ją wznowił i poszerzył o niepublikowane materiały. Jeśli myślicie o medycynie albo ktoś z Waszego bliskiego otoczenia ma taki szalony pomysł, jeśli Thorwald sprawia, że zarywacie noce, Roach wywołuje przyspieszenie tętna, a nade wszystko cenicie świetne pióro i doskonałe tłumaczenie – bierzcie Kaya w pakiecie. Ostrzegam, że bywa makabrycznie, naturalistycznie i smutno. Anegdotyczna formuła książki nadaje się doskonale do smutnych przestrzeni poczekalni i w ogóle do konsumpcji w formacie on-the-go. Przed zapoznaniem się z treścią wydania zważ, czy w trakcie lektury na nikogo nie naprychasz śmiechem, co zdarzyło mi się w autobusie kilkukrotnie. 

Adam Kay, „Będzie bolało”, „Świąteczny dyżur”, tłum. Katarzyna Dudzik, Insignis.

Justyna Dąbrowska publikuje książki rzadko, z tym większym apetytem się je pochłania. Psychoterapeutka i autorka o niezwykłej wrażliwości na słowo rozmawia jak nikt – czujnie, uważnie, z niebywałym szacunkiem i życzliwym zaciekawieniem, jakie ma dla świata. Nie ma w życiu pytań ważniejszych od pytań naiwnych i autorka te właśnie zadaje mistrzom: m.in. Kazimierzowi Kutzowi, Tadeuszowi Rolkemu, Ryszardowi Horowitzowi, Zofii Rosińskiej Andrzejowi Mencwelowi. Plus wspaniałe fotografie Mikołaja Grynberga. Niczego mądrzejszego i bardziej przystępnego w tym roku Państwo nie przeczytają. 

Justyna Dąbrowska, „Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami”, Agora.

Jeśli byli Państwo przekonani, że po lekturze „Agonii”, poprzedniej książki reporterskiej tego autora, nie przeczytają Państwo niczego mocniejszego, teraz będą Państwo zaskoczeni. Czujnemu, analitycznemu oku Pawła Kapusty nie umknął nawet tak pogardzany i bagatelizowany temat jak kondycja pracowników systemu penitencjarnego. Drwimy z nich na co dzień, pogardzamy nimi i opowiadamy o nich głupie dowcipy, posługujemy się kliszami z amerykańskich filmów. „Gad” każe nam prześwietlić pojęcie „misyjności” w pracy zawodowej i bić na alarm w kwestii uzdrowienia systemu służby więziennej. Głębokie humanistyczne spojrzenie, którym posługuje się Paweł Kapusta, to jedno z naszych największych dóbr reporterskich. 

Paweł Kapusta, „Gad. Spowiedź klawisza”, Wielka Litera.

To pozornie zamierzchłe czasu: szczęki, łóżka polowe na Stadionie Tysiąclecia, rosnące ceny i nieustanny brak. Mało kto potrafi o Polakach opowiadać tak jak Aleksandra Boćkowska – z czujną uwagą, ręką do detali rzeczywistości i pomruków historii. Nikt tak jak ona nie rozpisuje symfonii na tysiące polskich głosów – demokratycznie i sprawiedliwie. To reportaże o polityce, która nudzi w zimnych gabinetach, a toczy się przy rodzinnych stołach, o przełomach, w których przodują Polacy i pierwszoplanowych aktorach przełomu, których nikt nigdy w czołówce nie wymienił. 

Aleksandra Boćkowska, „Można wybierać”, Czarne.

Tegoroczna epifania. Zbiór misternie splecionych siedmiu opowiadań rozpiętych na przestrzeni wieków, które łączą potęga ludzkiej wyobraźni i bezradność wobec losu. Narracja osnuta wokół mapy genialnego kartografa olśniewa świeżością spojrzenia i niebywałym literackim warsztatem.

Imponujący, olśniewający, nieskończenie dojrzały debiut i krystaliczna proza. I znów: wielu napisało o niej dużo więcej i dużo mądrzej niż ja. Ze złośliwą satysfakcją dodam tylko, że zapiałam jako pierwsza. 

Jeśli ta powieść nie rozbije w przyszłym roku banku z nagrodami, ukarzę się koniecznością przeczytania wszystkiego, co Remigiusz Mróz napisał. 

Barbara Sadurska, „Mapa”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa.

 
Reklama

W erze pospolitego ruszenia w kierunku półek z prozą Olgi Tokarczuk niekoniecznie trzeba rzucać się od razu na „Księgi Jakubowe”. Nienerwowo, wszystko w swoim czasie. Proponuję Państwu książkę, którą czytałam jako nastolatka. Nie rozumiałam z niej wiele, ale urzekła mnie wówczas czysta fraza Tokarczuk. Jeszcze nie potrafiłam powiedzieć, co mi się w tej prozie podoba, ale pięknie wsysała i zostawiała wartościowy osad. Kto tam wtedy o Noblu myślał. W czasach hype’u na potężne tomiszcza Wielkiej Olgi bądźcie hipsterami i spróbujcie „E.E.”. Ot, chociażby dla takich fraz: „Zrozumiał, że na początku czasu Bóg zniszczył się sam w ogromnym wybuchu i czas był miarą jego rozpadu, i że wszyscy jesteśmy kawałkami boskiego ciała, które wciąż umierają, jak wszystko wokół. Naszym zbawieniem jest nieistnienie.”

Olga Tokarczuk, „E.E.”, Kraków 1995 i 2015

Reklama