Luksus myślenia powoli

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Luksus myślenia powoli

o faszyzmie na święta

Wołoszański, Środa, Koziński, Krzekotowska, Lityński i inni.

„Faszyzm idzie”. Ostry tytuł debaty i jej teza, ale nie tylko o to idzie,  c z y  faszyzm idzie. O to zaś, że nie ma nic bardziej rozwijającego, niż luksus myślenia powoli. 

 
Reklama
 
Reklama

daj mi na czysto

Moda tera na niematerialne prezenty pod choinkę. Się obudziła nagle ludzkość pierwszego świata i „wynalazła” uciechę z podarków ręcznie robionych, przerobionych, z mentalnego second handu. Jak to już dawno przecie od trzewi wiadomo. Od osiemnastu lat, przykładowo, ceruję sobie rajstopy, zamiast kupować, gdy się podrą. To oczywiste. Poszłabym z tym dalej — wgłąb tego, co współcześnie już uchodzi bodaj za abstrakcję: daj mi na czysto trochę Twojego bezsmartfonowego czasu, z Twojego wielkomiejskiego kalendarza. Dla każdego wedle gustu, a Ty na Gwiazdkę daj mi luksus.

Bo luksus, to nic innego jak prostota. Ograniczenie wyboru, koncentracja. Pojedynczość myśli, otwartość na przepływy, uważne słuchanie. Bez oceniania. Debata „Faszyzm idzie”, kolejna już z cyklu w Teatrze Polskim, do których rękę przykłada brytyjskie ministerstwo spraw zagranicznych, to była w mikołajkowy wieczór, uczta wymiany poglądów za i przeciw w szacunku do adwersarza, w pełnej kulturze dyskusji. 6 grudnia, na świąteczną inaugurację tej niesrogiej zimy, strzegł jej, jak zawsze ten sam, prowadzący — dziennikarz Grzegorz Nawrocki.

Nie bez powodu waśń, „czy faszyzm idzie”, miała przydomek oxfordzkiej. To taki typ, który zaopatrzony jest w jeden, silny postulat i który dopozwala każdej racji wyjść na scenę; i że nie wolno szydzić z żadnego z poglądów. W Teatrze Polskim w znaczeniu dosłownym; również i widzowie, gdy przyszedł czas na tak zwane głosy z sali, wskakiwali na plateau opowiedzieć się argumentatywnie po którejś ze stron. I  o c z y w i ś c i e !  Rozmawiano nie za i przeciw faszyzmowi, a za i przeciw temu, czy się w Polsce nam ów zalęga.

– Czy to tylko takie nasze strachy na lachy? – zapoczątkowali debatę prowadzący i przedstawili, za Umberto Eco, kilka cech faszyzmu, m.in.: odrzucenie modernizmu, podejrzliwość wobec świata, w tym intelektualnego, nacjonalizm, postrzeganie ludzkiego życia jako wiecznej walki [czy: postrzeganie życia jako wieczna walka], kult śmierci. Niemniej w dalszym przebiegu rozmówcy, zdało się, odeszli od ścisłego dociekania tego, czy składniki definicji Eco dają się rozpoznawać w polskiej rzeczywistości. Skupili się na historii zjawiska, a właściwie na historii jego definicji, na aspektach medialnych, retorycznych i językowych. Ale z mojego punktu widzenia, to że rozmawiamy o tym, jak na co dzień rozmawiamy, prywatnie i publicznie, jest także potrzebne. Może szczególnie na święta.

 
Reklama

królewna śnieżka i sześciu dyskutantów

Scena. Na dwóch krańcach — no właśnie! nie barykady, zaś — ławy marszałka, znamienici goście. I każdy z nich z 6-minutowym wystąpieniem, którego środek i koniec wyznaczał gong sekundantów.

Bogusław Wołoszański, dziennikarz historyczny; powiedział, że nie wafelki w lesie, i nie maszerowanie ulicami Warszawy są zagrożeniem, a przyzwalanie partiom rozmontowywać sądy. „A jak to nazwać, na razie nie wiadomo, bo historia jeszcze tego nie znała. Faszyzmem? Nie. Nazizmem tym bardziej nie”.

Paula Sawicka (Otwarta Rzeczpospolita) ostrzegła o (niebezpiecznej) niepozorności faszyzmu: dla wielu Niemców faszyzm nie był złem, mogli pojechać na urlop w Norwegii. W drugiej części, po ringu, i po głosach z sali, dyskusję podsumowała zaś już metodologicznie, w ten sposób mniej więcej: Wciąż tutaj rozprawiamy o definicjach faszyzmu i nazizmu, wokół nich się kręcąc. Wyraziła — słuszne — ubolewanie, że niejako nie możemy się wciąż przebić do sedna. Czyli rozmowy o tym, czy mamy w Polsce coś na kształt faszyzmu, oraz jeśli tak, to co …z tym „kształtem” zrobić.

Dr hab. Magdalena Środa, filozofka (Uniwersytet Warszawski) wsparła swój speech na rzetelnych kategoriach, m.in.: historycznej, merytorycznej, moralnej… W ramach kategorii politycznej zauważyła, że dwie partie, które mają obecnie swoje przedstawicielstwo w polskim parlamencie, nie są literalnie rasistowskie — wszystkie się od tego odżegnują — ale są antydemokratyczne. A przede wszystkim zdefiniowała: „Faszyzm to nie jest ideologia w ramach pluralizmu, ona wyparła pluralizm”. Poza tym, pluralizm to, według filozofki, nie to samo, co symetryzm. Ten drugi, co skandaliczne, już uznawałby faszyzm jako równoprawną i wagowo obojętną propozycję.

A po przeciwnej stronie tezy dr hab. Arkadiusz Stempin (historyk, Wyższa Szkoła Europejska) zmartwił się tak: Wyrzucono z Europy Boga, „a w tę pustkę aksjologiczną trafiła oferta pt. faszyzm, singularna, konkretna”, czyli nie uniwersalna i nie mająca szans w innych, czyli na przykład obecnych, okolicznościach historycznych.

Agaton Koziński („Polska The Times”) odesłał nas do wyobraźni: mamy rok 1973. Euroskleroza, bo pierwszy bardzo poważny kryzys UE, i też wtedy mówiono, a może faszyzm idzie, bo była bieda itp. Wszystko można tak nazwać. Nadużywanie pojęcia faszyzmu, to pewne lenistwo intelektualne — podsumował.

Krystyna Krzekotowska (działaczka polityczna): Polski system prawny i ONZ stoją na straży tego, by nie narodził się znów faszyzm. Nakreśliła „nienajgorszą” sytuację niepełnosprawnych w Polsce jako grupy mniejszościowej czy wykluczonej; że zajmują się nimi organizacje pozarządowe i rozmaite fundacje. A skoro dbamy o mniejszości i wykluczonych, to faszyzmu nie ma. Potem jedna pani z widowni zaprzeczyła, iżby niepełnosprawnym żyło się tutaj dobrze; że jej mąż należy do tej grupy i jego życie to udręka. Na co Koziński, że argumenty takie, choć smutne i emocjonalne, a nawet słuszne, nie powinny się pojawić, bo nie są na temat. Więc Środa przybiegła retorycznie tej żonie męża na pomoc i wyprasowała cały łańcuch logiczny: A i owszem, że mówienie o trosce lub jej braku wobec niepełnosprawnych nie opowiada niczego o faszyzmie, ale że to przedmówczyni, czyli pani Krzekotowska pierwsza wmieszała organizacje wspierające w antytezę.

A większość, że tak. Że idzie. Przed i po debacie zarządzono głosowanie. Zanim się rozpoczęła, 59 osób, to jest dwie trzecie publiczności uważało, że faszyzm do nas kroczy, zbliża się. Jedna trzecia (30 osób) — że nie.

Podczas spotkania, po drugiej stronie kurtyny, na osobnej scenie odbywało się akurat przedstawienie dla dzieci „Królowa Śniegu” i wpadały do nas z niego raz po raz sztuczne płatki śnieżne. Po wszystkich ekscytacjach wieczoru, gdy kurtyna zapadła, do głosowania przystąpiło więcej osób (prawie wszyscy zebrani na widowni) i znów przeważyła teza, wokół której się zebraliśmy naradzać. Idzie. Faszyzm. 87 osób za, 25 przeciw.

 
Reklama

Też głosowałam, za lub przeciw, ha!

co się stanie, nie wiemy

Loża nieszydercza. Agatonowi Kozińskiemu kilka razy zdarzyło się przypomnieć lub upomnieć, że śmianie się przez słuchających z tego, co akurat powiedział dany mówca z sali — nie jest tym, czym przyzwoita dyskusja się cechuje. Raz się ktoś zaśmiał. Gdy młody mężczyzna, Michał Schab, który się przedstawił jako licealista wszedł na scenę i powiedział, że znacjonalizowanych mamy tylko dziewiętnaście przedsiębiorstw i osiągają one dobre wyniki, m.in. LOT.

Całość była nasłuchiwana przez niezależnych ekspertów, w składzie: dr hab. Ewa Marciniak (Instytut Nauk Politycznych, Uniwersytet Warszawski) i Jan Lityński (poseł na sejm, doradca prezydenta w latach 2010-2015).

Po zakończonym ringu, zabrali oni podsumowujący głos, niby to najbardziej obiektywny i naukowy, o subiektywnej jednak wadze głosów, bo jako jedyni mieli ich po trzy. I wszystkie sześć położyli, choć nie bez zawahania, na tezę. IDZIE. Maszeruje. Jan Lityński zdepeszował cały przebieg dyskusji tak. Wiadomo że PiS nie jest faszystowski. Stop. Jest raczej bolszewizmem. Stop. Zgadzam się, że pojęcie faszyzm jest łatwizną intelektualną. Stop. Z drugiej strony, czym się różni Jacek Kurski od Goebelsa? Stop. Niczym. Stop. Posługiwali się tym samym pojęciem kłamstwa. Stop. Premier tak samo, prezes partii rządzącej tak samo. Stop. Mamy do czynienia z przełomem. Stop. Donald Trump, Boris Johnson, Matteo Salvini. Stop. Ich propaganda głosi: „Jedna grupa ludzi to ludzie dobrzy, druga to źli”. Stop. Prezes Kaczyński raczył powiedzieć, że jest dobrem. Stop. A poseł Braun w Parlamencie ma wypowiedzi faszystowskie, to czy jest faszystą? Stop. Nie wiem. Stop. Faszyzm, czy idzie? Stop. Ale przecież już przyszedł. Stop.

Zresztą, najlepsza puenta, jaka padła z ust Lityńskiego, i chyba z tej sceny w ogóle — to, za Jonaszem Koftą, który powiedział: „Jesteśmy w tak zwanym międzyczasie”.

  • Tak naprawdę, co się stanie, nie wiemy — dokończył poseł.

czy słowo „faszyzm” wywołuje wilka z lasu?

„Propozycji”, czyli tym, którzy zebrali się w trio za tezą o tym, że faszyzm idzie, zależało głównie na tym, by mówić „faszyzm” nie tylko i nie dopiero „w momentach ostatecznych”, jak powiedziała pani Sawicka, ale by niejako o nim przestrzegać już wtedy, gdy być może i gdy „dopiero” słychać lub czuć od ziemi jego tętniące maszerowanie. By był słowem zaprzeczeniem, „hasłem odstraszającym”, jak chciała pani Środa. Dodała, że owszem, określenie faszyzm jest kalką językową, ale jest nią też i demokracja, bowiem też ją powtarzamy za poprzednikami — więc dalej, używajmy i kalek; czemu nie? Możemy również mówić: mikrofaszyzm, postfaszyzm, neofaszyzm. Poza tym, przypomniała, że sam faszyzm jest równolegle pojęciem normatywnym, nie tylko opisowym, a zatem rozprawianie o nim, jest jak najbardziej dostępne. „Legalne” i przynoszące nowe wnioski, a może i trochę remedium.

Naprzeciw tej śmiałości o tym, że im więcej razy wypowiemy „faszyzm”, tym bardziej go odeprzemy, powstała z widowni, prodziekan Wydziału Sztuki Mediów Akademii Sztuk Pięknych, dr Katarzyna Stanny, ostrzegając z kolei o tym, że mówienie „faszyzm” podkręca to, że idzie lub może nadejść. „O ile trudniej jest faktycznie formułować zło, bez definicji”, dodała.

Według Pauli Sawickiej, by przejść do przykładów z życia, zwiastowaniem faszyzmu, lub co najmniej przyczynkiem do podziałów w społeczeństwie, mogą być takie symptomy jak: niechęć do migrantów (który jest możliwy i bez nich, tak samo, jak był możliwy antysemityzm bez Żydów), szczególny sposób zdobywania władzy, kultu rodziny i kobiety jako matki, kłamstwo na szczeblach i teorie spiskowe, niszczenie swobód konstytucyjnych, zamierająca społecznie ochota na wolność, repolonizacja banków, zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. Do tego, symptomy według profesor Środy: antydemokratyzm, paternalizm, militaryzm, etatyzm, supremacja narodu nad jednostką, mowa nienawiści. Z widowni ktoś dorzucił: i jeszcze napuszczanie jednych na drugich.

 
Reklama

Inny z sali pan; który przedstawił się jako emerytowany inżynier, powiedział, że w Niemczech lat 30., to była inna sprawa, bo panowało w narodzie duże poczucie krzywdy, i więc łatwo było go zapalić do szaleństwa. Na jego puentę “Czy u nas, to jest w Polsce jest podobnie — to rzecz do dyskusji”, spora część widowni zareagowała nie tyle buczeniem, co odgłosem na zasadzie: „Fiu, fiu, a byś się zdziwił, panie”.

„Opozycja” raczej znów odwoływała się do historii. Pan Stempin: że na przykład Benito Mussolini. Że po dziesięciu latach przemawiania duce wybełkotał zaledwie spirytualną istotę faszyzmu, zamiast jego rzeczowej definicji. Nie mamy więc narzędzi. Mało tego, jak już zrelacjonowałam wyżej, według profesora, nie mamy — na szczęście — i „odpowiednich” okoliczności. W dawnej formie, co potwierdziła pani Krzekotowska — faszyzm nie ma szans, ale zgodziła się, że w niektórych krajach obecnie, zalęgły się neofaszyzmy. Według niej, to system prawny, polski i międzynarodowy, ma nas ochronić przed faktycznym faszyzmem, podczas gdy z kolei kuleje edukacja i wiedza „agentów”, aktorów pola prawniczego w Polsce. 

Pan Wołoszański też zresztą, mówił historyzująco. Starał się bardzo ostrożnie i obiektywnie, nie nadużywając pojęcia, z którym tego wieczora „przyszliśmy”. „Faszyzm jako pojęcie to proteza powojenna”, w ten sposób zaczął swój speech. W czasach sobie właściwych z kolei był ideologią, która podporządkowała świat; bardzo miło przyjmowaną przez choćby rząd w Vichy. Zapytał słuchaczy następnie, czy Bereza Kartuska, to co to było, nie faszyzm? A zamach majowy?

a pod choinkę logika i szacunek

Na koniec, ku świętom, bo, gdy piszę ten tekst, mijają dni bliżej Wigilii, warto położyć pod choinkę takie oto uwagi równoważne. Że na przykład inny pan z sali rzekł w te słowa: „ Oczywiście nie mamy, nie mamy faszyzmu, ale idzie mostem Poniatowskiego od kilku lat. Co z tego zresztą, jak to się nazwie. To całe rozważanie nad imieniem, to jest sofistyka”. Inny znów, tym razem, wspomniany już licealista, Michał Schab, który wszedł ze swoim głosem na scenę, w sprawie obydwu „stron” dzisiejszej Polski publicystyczno-ulicznej powiedział, że przerzucają się wyzwiskami per: „lewica używa faszyzmu do zbicia kapitału wyborczego, prawica lustrzanie, używa do tego rewolucji kulturowej”. I Agaton Koziński ponownie, Państwu, do piernika bez glutenu i karpia ekologicznego, w podarku, przypomniał słynne prawo Mike’a Godwina. Które mówi o tym, że zapędzenie dyskusji czy wywodu ad hitlerum, pokazuje, że dochodzimy do momentu, w którym brak nam argumentów.

Tyle ze sceny: teatru i polityki. Tymczasem, święta nam za pasem. Śniegu, to już w dobie planetarnej katastrofy, Wam za bardzo nie pożyczę. Ale od serca: świeckich czy duchowych, świąt pełnych logiki, szacunku w dyskusji, zrównoważonych osądów, luksusu wolnej wymiany zdań. I oby poza wszelką logiką: miłości!

a właśnie, miłość

A ! Bo jeszcze. Po skończonej dyskusji, gdy się żegnaliśmy w kuluarach, mieszkająca dotychczas w Londynie, polityczka niezrzeszona, Jolanta Duda-Skevington, podeszła do Bogusława Wołoszańskiego i zaproponowała, byłam przy tym: a może zróbmy taką z kolei debatę, w której zapytamy o to, dlaczego Polacy nie są otwarci i dlaczego nie czerpią z innych? I ja się do tego pomysłu rękoma i nogami, dopisuję. No, bo właśnie, dlaczego nam tak starszno i chmurnie? Nie tylko „dlaczego”, ale iżbyśmy mogli coś z tym dalej. Zrobić. Zakasać rękawy. Zamiast marudzić ciągle pod nosem, że to idzie, tamto idzie, coś już przyszło i siedzi — to pozapraszać tych właśnie i owych, koniecznie z różnych stron i różnych światów społecznych, nie wyłącznie wyspecjalizowanych publicystów, i przyjrzeć się na przykładach, tej naszej polskiej przezorności. Na co pan Wołoszański odrzekł, a szkoda, że nie jesteśmy otwarci, bo tak i już, bo tak nas porobiła historia, i koniec. A przecież nie, nie. Ja uważam, za panią Dudą-Skevington, i nawet łzy wzruszenia miałyśmy wtedy w oczach: że tak jak serca, tak i na pewno da się tu czy ówdzie coś w „narodzie” — pootwierać.

Autor

Magda Ruta – Urodzona w Łodzi pisarka i aktorka. Absolwentka Université Sorbonne-Paris IV, Uniwersytetu Jagiellońskiego i Warszawskiego. Aktualnie reporterka Gazety Wyborczej. Publikowała w Tygodniku Powszechnym, Kulturze Liberalnej, Twórczości. Pracowała w agencji prasowej Label News w Paryżu, Polskiej Agencji Prasowej w Krakowie oraz TVP Kultura. Kocha ciszę, taniec, pływanie, naturę, zwierzęta. Małe kina i rozmowę.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama