ROZMOWY W OCZEKIWALNI – 100 % TESTOSTERONU „GT”

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

W życiu szedł zawsze drogą, wyboistą jak po kocich łbach, ale ważne, że była jego. Już w podstawówce miał odmienne zdanie niż to zapisane w kajecie nauczycielki. Kończyło się to z reguły oceną 3= , z dopiskiem – „uczeń formułuje swoje własne wnioski, znacznie odbiegające od przyjętych w Zeszytach interpretacji dla nauczycieli klas 5-8, wydanie marzec 1996 r”. Mając 19 lat odkrył swój własny zeszyt z tym krwisto-czerwonym dopiskiem nauczycielki, który oprawił w grubą metalową ramę, którą chroniło szkło z wtopionym w jego strukturę stalowym drutem, przypominające trudną do zbicia szybę w drzwiach szkolnej stołówki. Sam dopisek wyeksponował przezroczystym szkłem, który łączył się z tym zbrojonym. Taki oto obrazek byłby może jedynie lekko niecodzienny, ale zdecydowanie nie w tej ILOŚCI i w TYM domu.

 

Wyszedł ze swojej kuchni. Korytarzem, w którym stała zamocowana rura przypominająca tę do tańca. Kiedyś kolega jego kumpla wyszydził go, rechocząc, że pewnie jako właściciel tańczy tutaj sobie „pole dance”.

 

– Tak – powiedział – pokażę ci – choć zagotował się w sobie niczym grzałka z dawnego ZSRR jaką używało się w schronisku górskim – Chwyć ją tutaj – powiedział delikatnie, a potem zasyczał ostro – JAK TE TWOJE KOLEŻANKI Z KLUBU XXX.

Po czym przestawił z wściekłością wajchę przymocowaną do ściany. W ciągu sekundy podłoga uległa rozsunięciu, a cwaniaczek, którego teksty ostatni raz rozbawiły jakąkolwiek imprezę, z rykiem zawodzenia wpadł w szczelinę. Poza szokiem, wyszedł z tego bez szwanku. Rura była bowiem 6 metrową szybką ścieżką dotarcia do garażu, jak ją nazywał sam właściciel. Rurę sprzedał mu jakiś złomiarz-inżynier, który najwidoczniej wymontował ją z nieczynnej jednostki Państwowej Straży Pożarnej.

Baletowym odbiciem wskoczył na rurę i zjechał prostu do garażu. Wylądował w lekkim podskoku na antywibracyjnej macie, która była leżała na przezroczystej, szklanej posadce. W równych odstępach na każdej ze ścian zamontowano ramkę z sentencją nauczycielki, której, jak twierdził, zawdzięcza całe swoje życie. To, kim był i przede wszystkim kim się nie stał. To był niezwykły garaż. W formie długiego na kilkadziesiąt metrów tunelu, z półokrągłym sufitem – właściwie przypominał wykutą w skałach sztolnię, gdzie pod koniec II Wojny Światowej w okolicach Wałbrzycha, Wehrmacht miał ukryć pociąg ze wielką ilością złota.

 

Stał na szklanej podłodze, dosłownie na dachach samochodów, kolekcji jaką zgromadził jeszcze jego ojciec, a on stale ją powiększał. W garażu–tunelu odpoczywały sobie również unikalne modele aut z gwiazdą na masce, które on wypożyczał wielu dealerom „Benza” w Polsce i Europie. Jego przyjaciel, znany gdyński dealer Mercedesa, namówił centralę Mercedes Benz na szczególny prezent. Podobno, właściciel koncernu osobiście zszedł w kombinezonie technika na linię montażową i marketem zaznaczył – o, ten Mercedes GT będzie dla tego osobliwego Polska. Ten żółty i żaden inny.

 

– Dobra, dziś, kurczak, czas właśnie na ciebie – przesunął w dół wajchę podobną do tej, która uruchamiała zapadnię do rury strażackiej. Samochód został wypchnięty przez hydrauliczną  windę ponad inne pojazdy i bezpiecznie niczym dziecko w nosidełku przetransportowany w specjalną otwieraną szczelinę w szklanej posadzce.

Nie używał żadnych perfum. Tylko woń Mercedesa GT. Wszystkie drogie zapachy zastępował mu kontakt z tym pojazdem. To był osobliwy mix. Prawdziwa skóra tapicerki, jakbyś powąchał pasek z przedwojennego zegarka. Gdy otwierał silnik po ostrej jeździe, wyczuwał aromat stalowych elementów napędu, który mógł znieść naprawdę ostre traktowanie. Inhalował się nim, dosłownie siedział przy otwartej masce i wdychał prawdziwie męski bukiet zapachów. 100% testosteronu!

 

Włożył prawdziwy rajdowy kask, który dla efektu pewien mocno emerytowany kaletnik obciągnął mu prawdziwą skórą. Wślizgnął się do auta przez niewielkie drzwi, zwiększył obroty, wyłączając wcześniej wszystkie systemy wspomagające kierowcę. Nie uznawał ABS-u i kontroli trakcji. To, czego nie mógł wyłączyć fabrycznie, zrobił mu jeden z hakerów, łącząc się zdalnie z jego samochodem przez WiFi. Teraz był wolny. Drzwi tunelu garażowego z grubej na 5 cm stali otworzyły się z hukiem przesuwanych rolek, które były kołami z oryginalnych wagonów górniczych przedwojennej niemieckiej kopalni na Śląsku.

 

Droga prowadząca do jego domu na wzgórzach Gdyni była całkowicie prywatna, z zewnętrznym szlabanem. Mimo tego, przed tym, co miał teraz zrobić, zawsze włączał systemy alarmowe. Sprawdził na podglądzie smartfona czy kamery reagujące na ciepło nie wykrywają jakichkolwiek intruzów – żadna postać nie czerwieniła się na ekranie, niczym w oku Terminatora, w którego rolę wcielał się Arnold Schwarzenegger.

Otworzył okna, żeby słyszeć. 557 KLACZY MECHANICZNYCH ruszyło do galopu. Tunel rezonował rykiem, niczym najlepszy system głośników stereo. To zawsze była próba dla jego umiejętności. Ze strzałką prędkościomierza przekraczającą 100 km/h wypadł z tunelu, zakręcił kierownicą w odpowiednim miejscu hamując i przekręcił się o 180 stopni tak, że wielkie rybie usta atrapy chłodnicy stały w kierunku jazdy. Niecałe 4 sekundy – katalog nie kłamie, uśmiechnął się delikatnie.

Teren przed domem był żwirowy, a susza spotęgowała nagłą ulewę w postaci poderwanych, małych kamyczków z nieodłączną chmurą pyłu.

– Kurczaczku – poklepał GT pieszczotliwie po kierownicy – Wybacz, prawdziwie męskie auto nie może być zbyt czyste.

Ruszył znów ostro, by dokładnie po 800 metrach zatrzymać się, zdjąć kask, włączyć wszystkie ABS-y, ASR-y i inne systemy bezpiecznej jazdy i dołączyć do ruchu spacerowym tempem. Miał taką zasadę, że na drodze publicznej niestosowanie się do znaków drogowych to jak chodzenie z odbezpieczonym pistoletem po butelce rosyjskiej wódki.

Kokpit GT doskonale otulał jego sylwetkę, jak odpowiedni na zimę ciuch kultowego cytatu „Ta Pani przyszła w tym kożuchu i w nim wychodzi”. Podjechał ulicą Morską pod dawny budynek Polskich Linii Oceanicznych. Ten manifest modernizmu „mniej znaczy więcej” w gdyńskiej  architekturze, był również jego mottem w wielu obszarach, również w tym prywatnym. Tam, na najwyższej kondygnacji mieszkała jego dziewczyna, jak ją nazywał – Moderna. Jako jedyna w klubie, w którym się poznali, nie miała na swojej ślicznej buzi kilograma szpachli i wygładzającego cekolu. Chciał bowiem jadać śniadania, biegać po plaży, jeździć na nartach z kobietą, która będzie zawsze czarująca. Kiedyś bowiem, w eleganckim barze, sztuczne rzęsy nieskazitelnej czarnulki, wylądowały w jego drinku. Wyglądały jak kocie kłaki, które dachowiec zmienia na zimę. To mógł przeżyć. Ale jak przy buziaczku na dobranoc została mu w ręce kiść jej sztucznych doczepionych włosów, tego już było poza limitem jego wytrzymałości.

Z rozmyślań wyrwała go Moderna. – Hej, zrób ten show, który wykonałeś, żeby mnie sobą zainteresować. Wiesz, pianinko bez warstwy śpiewanej. Patrz, przygotowałam ci podkład.

– Ok, ale to wyłącznie dla CIEBIE – zastrzegł. W prostocie tego kawałka jest siła – pomyślał.

 

They say, “Oh my God, I see the way you shine”
Take your hands, my dear, and place them both in mine
You know you stopped me dead while I was passing by
And now I beg to see you dance just one more time

 

Wszelkie postacie i wydarzenia, które miały miejsce w opowiadaniu są fikcją literacką.

Wszelkie postacie i wydarzenia, które miały miejsce w opowiadaniu są fikcją literacką. Perfect Smile Clinic Wrzeszcz wręcz odwrotnie – jest jak najbardziej prawdziwa – zapraszamy ciepło, gorąco, a nawet upalnie. 

Autor

Marcin Głuszek– człowiek u którego w gabinecie zamiast obrazów – dwanaście 65 cm płaskich stoczniowych kluczy zdobi ścianę. Codziennie biega, zmagając się ze wzgórzami lasów Gdańska Wrzeszcza. Wraca i ze spoconej głowy kapią z niego pomysły. Te literackie i marketingowe.

Przeczytaj również

Reklama