Tragiczny los dziecka castingów – Harry Styles – Fine Line

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Miliony nastolatków na całym świecie zaczęły się niepokoić, gdy trzy lata temu zespół One Direction zawiesił działalność. Na szczęście ten niepewny stan nie trwał zbyt długo, ponieważ dość szybko członkowie formacji podali wiarygodny powód. Grupa na chwilę wcisnęła hamulec po to, by narobić trochę szumu indywidualnymi projektami. Jak zaplanowali, tak zrobili – poszczególni reprezentanci ekipy natychmiastowo zalali rynek solowymi przedsięwzięciami.

Najlepiej przyjętym krążkiem wśród tej serii był wydany w 2017 roku debiut Harry’ego Stylesa. To właśnie w tym długowłosym młodzieńcu media widziały potencjalnego gwiazdora z krwi i kości, aspirującego do roli nowego Robbiego Williamsa albo Chrisa Martina. Niedawna premiera następcy tego albumu również wywołała podobnie pozytywne reakcje u recenzentów, a także fanów brytyjskiego boysbandu. “Fine Line” jak na razie radzi sobie całkiem przyzwoicie i umacnia pozycję wokalisty w lidze współczesnego popu.

Przyzwoitość to oczywiście element definiujący tożsamość angielskiego piosenkarza. Jest on przecież bytem zrodzonym w głowie Simona Cowella – producenta oraz jurora “X-Factora”, który od początku do końca zbudował jeden z najpopularniejszych młodzieżowych zespołów na Wyspach. Jako dziecko łona talent show sympatyczny młodzian nie ma prawa do gafy. Został przecież zaprogramowany do bycia komercyjnie bezpieczną inwestycją, przynoszącą korzyści wytwórniom samym swym oddechem. Nawet jeśli teraz próbowałby trochę poeksperymentować, to i tak nie pozwoliłby mu na to Wielki Brat. Twórca niby uwolnił się już od kontraktu z londyńskim Wojewódzkim, ale telewizyjna tresura odpowiednio uformowała jego artystyczną drogę.

Nic więc dziwnego, że charakteryzująca płytę gatunkowa żonglerka kontynuuje filozofię tzw. dobrego wykonu. Neologizm stosowany przez rodzimych ekspertów w takich programach jak “Voice of Poland” lub “Must Be The Music” odnosi się do technicznie perfekcyjnej odtwórczości występów zwycięzców kolejnych castingów. W tym przypadku również mamy do czynienia z byłym bożyszczem jury, który wciąż próbuje zadowolić teraz już wyimaginowaną ławkę sędziowską. Posttelewizyjne urojenie sprowadza “Fine Line” do kompilacji coverów. Oczywiście Styles wraz ze swoimi bystrymi współpracownikami oferuje zupełnie autorskie kompozycje, lecz ciężko nazwać je czymś innym niż odwzorowaniem nośnych motywów. Funk, soul, rock, a nawet psych-pop kreują antologię estetyk skonstruowaną na bazie czysto rzemieślniczej umiejętności grania błyskotliwych marketingowo melodii. To rozrywka tylko dla ciała, bo duszy tam raczej brak.

Najnowszy etap kariery Stylesa przypomina mi tragiczny los bohaterów opowiadania Harlana Ellisona “Nie mam ust, a muszę krzyczeć”. W tym arcydziele nihilistycznego science-fiction, wszechmogący komputer doprowadza do masowej zagłady ludzkości, zostawiając przy życiu piątkę ocalałych, tylko po to, by torturować ich w nieskończoność. Post-apokaliptyczna rzeczywistość to dla Harry’ego egzystencja tuż po popkulturowej śmierci, czyli przeterminowaniu się produktu o nazwie One Direction. Obecnie prowadzi groteskowe życie post mortem, włócząc się wśród zaułków współczesnego popu w poszukiwaniu własnej osobowości. Ma jednak świadomość, że nigdy jej nie znajdzie, gdyż został stworzony w celu służenia korporacyjno-showbiznesowym ambicjom. Brytyjczyk, podobnie jak postaci ze wspomnianej wcześniej opowieści, codziennie umiera na nowo, nieustannie próbując dogonić potencjał ukryty gdzieś głęboko w odmętach jego sterowanej przez Syco Records jaźni. Każda taka próba kończy się porażką, co stanowi piekielną, dożywotnią torturę.

Reklama