Promocja, marketing, kliknięcia. To ja – patointeligencja

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Niemal natychmiast, bo pierwszego dnia po premierze swojego najnowszego singla, Mata był na ustach wszystkich. Jego “Patointeligencja” zatrzęsła opinią publiczną i zdobyła poklask, dzięki któremu warszawski MC błyskawicznie wdrapał się na olimp YouTube’a. Ja muszę jednak przyznać, że kilkuminutowe dzieło nowego ulubieńca elit rodzimej kultury odbija mi się już czkawką.

W tym numerze nie widzę odkrywczej prawdy o współczesności ani też bezkompromisowego pokoleniowego traktatu. Widzę natomiast mało satysfakcjonującą quasi-publicystyczną optykę w całości opartą na socjologicznych kliszach. Mata kreuje portret generacji grubą kreską i nadmiernie jednorodnymi barwami, więc nie potrafię dojrzeć w nim potencjału, o którym mówią inni.

Będące głównym budulcem utworu, krzykliwo-płaczliwe flow przypomina mi mało przekonujący rekwizyt. Emocjonalna temperatura zwrotek oraz refrenu, mimo żywiołowej intonacji, pozostaje co najwyżej pokojowa. Może to dlatego, że o problemach młodzieży opowiada uprzywilejowany podmiot liryczny, który niezależnie od rodzaju sytuacji podbramkowej zawsze ma zapewnione miękkie lądowanie?

A może to dlatego, że autor wraz z jego menedżerskim sztabem eksploatują przymiotnik “patologiczny”, w celu osiągnięcia komercyjnego sukcesu? Popularność “Patointeligencji” tylko utwierdza mnie w przekonaniu o potędze hiperkapitalistycznej religii XXI wieku. Ci, którzy są “lepsi” zawsze zabiorą “gorszym” ich własność, a potem skutecznie sprzedadzą im ją z powrotem. W tym groteskowym przypadku, bogaci, młodzi i wykształceni kradną nomenklaturę obrazującą czyjeś traumatyczne doświadczenia, a następnie transformują ją w ekskluzywną, opłacalną estetykę.

Odczytuję hit Maty jako trochę wysiloną próbę zbudowania świeżej idei z niczego. Kierujący nim oraz poczynaniami jego kolegów pusty hedonizm myli mu się z realną codzienną bitwą toczona przez pozostałą, mniej zamożną część społeczeństwa. Szukając punktów wspólnych między nowobogackim dekadentyzmem i destrukcyjnymi realiami codziennie walczącej o życie klasy, artysta brzmi po prostu niewiarygodnie. Wyczuwam w tej pozie tylko i wyłącznie protekcjonalny ton człowieka, chcącego ekspresowo zdobyć szacunek ulicy, nosząc transparent z konfekcjonowaną empatią oraz zrozumieniem.

Wygląda na to, że problematyka poruszana przez popkulturę od wielu lat (również, ale nie tylko w polskim rapie), zasługuje na uwagę magnatów mediów dopiero teraz, gdy jest przedstawiona z perspektywy człowieka będącego produktem ich macierzystego środowiska. Karykaturalny rap chłopaka z dobrego domu, traktującego słowo “patologia” jako część werbalnej konwencji od razu trafił w gusta polskiego show-biznesowego panteonu, pragnącego poudawać wrażliwość na ludzkie krzywdy. Natomiast te same treści w ustach kogoś o kompletnie innym statusie, są już zbyt ordynarne, by brudzić sobie ręce.

Reklama

Jestem chamką!

Jestem chamką. To nie zostało powiedziane wprost, ale zarysowane grubym