Pan z telewizji mówi, że mi śmierdzi z ryja

Jakub Wejkszner

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Pisany na zlecenie felieton, choć też na pewno bliskie to memu sercu. Otóż, przyglądając się z Angeliką Naszą, ale Waszą również półświatkowie środowisko reklamowe, doszliśmy do wniosku, że trudnym było ominąć tak trudny problem konsumpcjonizmu jakim są gównoreklamy.

Gównoreklamy bowiem to element naszej codzienności, który przez swoją gównianość, przenika na naszą rzeczywistość. Promocje krzyczą na Ciebie, Pani chodzą na czterogodzinne zakupy w szpilkach, w których są w stanie przetrwać pół, żeby kupić na wszelki wypadek rzeczy, których nigdy nie założą. Bo, według reklam, status człowieka zależy od statusu tego, co ma na sobie, w sobie i u siebie. I w ten sposób Pani siebie definiuje poprzez odpowiednią torebkę z odpowiednim napisem, a siatki kupuje tylko w kiosku ruchu z wielkim napisem Hugo Boss, siatki swoją drogą, których w Hugo Bossie nie sprzedają.

Następnie taka Pani, oglądając reklamę pt. śmierdzi Pani z ryja i pochwy, kupuje sobie preparaty na smród pochwowo-zębny (przypomina się słynna vagina dentata), bo przecież jeśli nie kupi to niechybnie w środowisku towarzyskim nie dość, że wyczują, bo to norma, ale też skomentują, co tym gorzej.

Perpetuum gównobile innymi słowy, ponieważ owe wzorce, które te panie (i panowie #feminizm) mają i do których owi panowie się odnoszą, szukając dla siebie własnych rozwiązań, pochodzą z niezgody lub niemożliwości dostosowania się do standardów już zastanych. Toteż – jesteśmy więźniami wyzwolenia z wzorców reklamowych, by tylko nałożyć na siebie kajdany czegoś innego, co akurat nie należy do sfery uznawanej przez naszą grupę społeczną za faux pas.

 
Reklama
 
Reklama

I choć brzmi to paskudnie, a śmierdzi jeszcze gorzej niż ten problem pochwowo-zębny, trudno jest znaleźć na to rozwiązanie. Można bowiem być porządnym członkiem społeczeństwa z dala od brudu myśli naszych i waszych, myśli przestrzeni publicznej i tej uwięzionej idei wolności, do której wszyscy dążymy. Można żyć sobie w dżungli, pustelni, z dala od świata zastanego, jak Tarzan szukać swojej Jane (lub małpy, bo być może, gdy ów felieton się okaże to okaże się również, że to jest ok), ale jest to cokolwiek mało prawdopodobne. Możemy jedynie zachować część siebie w cieniu jednej ze swoich masek w nadziei, że może nasz talent się okaże prawdą i zrobimy na tym tyle mamony, że już nawet nieważne. Chyba, że nasz talent to robienie gównoreklam. Wtedy to już można tylko skorzystać super promocji, dwa w jednym, trzy w czterech, pół duszy za pół dupka. Polecam Krzysztof Rozenek-Ibisz-Małysz-Tokarczuk

Reklama