Sebastian Stankiewicz: Na wznak

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Sebastian, jak Ci się podoba ta konwencja, bo tak mi się wydaje, że to jest pierwszy wywiad nie na klęczkach, tylko na leżąco.

Bardziej pozycja mi się podoba, konwencja mi się od dawna podobała, dlatego tutaj jestem, ale pozycja jest bardzo dobra. Ostatnio naprawdę mam natłok pracy, wrażeń i wyjazdów, więc ta pozycja jest bardzo wskazana. 

Bo wszędzie Cię nagradzają, odbierasz laury, ostatnio Cię widziałem w Toruniu. 

Tak, w Toruniu była przepiękna impreza, byłem na festiwalu Energa Camerimage, pierwszy raz w życiu, wiele słyszałem na temat tego festiwalu, mnóstwo pozytywnych opinii o klimacie, że jest niewymuszony itd. Oczywiście, jest tam także mnóstwo wspaniałych ludzi kina, szczególnie operatorów, bo to festiwal poświęcony sztuce operatorskiej i bardzo się cieszę, że jest on w Polsce. To niewiarygodne co się tam działo, ponieważ można było na jednej scenie, podczas jednego wieczoru spotkać takie nazwiska jak Richardson, Tarantino, Norton czy Richard Gere, obłęd. Mnóstwo wspaniałych operatorów, Lech Majewski odbierał nagrodę za całokształt. Bardzo się cieszę, bo zagrałem w jego kolejnym filmie, który premierę będzie miał w przyszłym roku.

Dla mnie Lech Majewski to artysta pełną gębą, człowiek robi takie rzeczy, które są trudne do pokazania, a jednak dla ludzi, którzy oczywiście mają pewien poziom intelektualny. To nie jest dla mas, choć może dla mas to może być jako obraz. 

Reklama
Advertisement

Jego rzeczy moim zdaniem można odbierać na wiele sposobów, niekoniecznie tylko intelektualnie, ale też wrażeniowo, emocjonalnie, podskórnie. Czasami komuś coś zostanie, jakiś obraz, który można sobie zostawić w sercu na całe życie. Sztukę odbieramy i podziwiamy. Ona na nas wpływa i działa. Czasami niekoniecznie ją rozumiemy.

Odbijając już od Lecha, w Twojej roli jest coś takiego, co przyciąga uwagę. To drugoplanowa rola, ale bardzo mocna. 

Starałem się właśnie, żeby pewne rzeczy u Filaka wychodziły spod skóry, żeby to nie było takie 1:1.

Ja polubiłem tę postać.

Chciałem, żeby wynikało to nieświadomie, bo ten chłopak jest trochę nieświadomie wrzucony w ten cały wir tego systemu socrealistycznego, sam nie wie tak naprawdę kim jest i dopiero spotkanie z Panem T., moim zdaniem, tworzy i wzmacnia jego kręgosłup moralny. Ostatnio też usłyszałem od mamy: Synu, Ty jesteś takim Filakiem. Z małego miasteczka, z Głogowa, pojechałeś do Warszawy w poszukiwaniu i spełnianiu marzeń. Myślę, że tę postać da się lubić, bo jest ona ludzka swojska i prawdziwa.

A propos, byłem ostatnio w Głogowie. 

Naprawdę?

Naprawdę i powiem Ci w jakim celu, powstaje tam reaktywowany teatr.

Tak. Wiem.

Czy Ty w nim wystąpisz? Zrobiłem o tym materiał do Dzień dobry TVN.

Świetnie. Jest moim marzeniem oczywiście, żeby tam zagrać. Bardzo się cieszę, bo za niedługo jest otwarcie i powiem Ci, że jak byłem małolatem to chodziłem często obok zburzonego teatru. Obok został odbudowany też ratusz. 

Tak.

Wcześniej odbudowywali ten stary, jak my to nazywamy, „nowy rynek”, potem powstał ratusz. Marzyłem o tym, że kiedyś powstanie teatr, że zostanie odbudowany, choć nigdy nie myślałem, że tak będzie. Jestem bardzo związany z moim miastem. To tam się wychowałem.

A bywasz w rodzinnym Głogowie? 

Bywam. Raz na jakiś czas, na święta.

Ja tam chodziłem do szkoły też.

Naprawdę?! 

Ponad 3 lata, a znasz takiego Suchara? 

Oczywiście! 

Te klimaty to były. Reggae.

Wolność, miłość, braterstwo. 

Pierwsza prywatna szkoła plastyczna.

To było niecodzienne na tamte czasy w tym górniczo-hutniczym mieście. On miał bardzo długie dredy, był charakterystyczny. Taki niebieski ptak. 

On w tych dredach, służył w armii, w artylerii. Widziałem jego zdjęcie w mundurze, w tych dredach, w polskiej armii.

Suchar to jest historia Głogowa! 

Zobacz ile wspólnych ścieżek odkryliśmy.

To niesamowite. To Ty byłeś w plastycznej tam?

Tak, pomaturalna szkoła plastyczna. Licencjat tam robiłem.

Niewiarygodne. Świat jest naprawdę mały.

Malowałem i rysowałem non stop.

A chodziłeś na międzynarodowe głogowskie spotkania jazzowe? 

Tak, od lat renomowana impreza.

Tak, tam pierwszy raz spotkałem się z takim „Zachodem”, gdzie przyjeżdżali ludzie z całego świata. Poznawałem muzykę jazzową. Pamiętam, redagowałem z kolegami na czas festiwalu gazetkę. Marek Karewicz, świetny fotograf jazzmanów opowiadał nam mnóstwo przepięknych historii. Pamiętam też koncert Tadka Nalepy, niezapomniane chwile. Mam kolegę z Głogowa, wspaniałego artystę, Wojtek Garwoliński się nazywa, który grał z bluesmanami. Niesamowicie utalentowany gitarzysta. Założył wtedy swój zespół Pivo. Obecnie ma zespół G.Wolf i ostatnio poprosił mnie, żebym wpadł do Głogowa zrobić teledysk do numeru „Mistrzowski plan”. Zgodziłem się od razu. Powiedziałem, że chciałbym pokazać moje miejsca, z którymi jestem emocjonalnie związany, czyli szkołę podstawową, podwórko, na którym się wychowałem i pomnik Dzieci Głogowskich.

Zresztą bułgarskiego artysty.

Tyle lat mieszkałem tam i nie wiedziałem tego. 

Głogowskie dzieci. 

Dokładnie. Cieszę się bardzo, że mogłem wziąć udział w tym teledysku. Lubię pracować z fajnymi ludźmi, z artystami, którzy mają coś do powiedzenia, którzy są wolni w tym, co robią. Wiadomo, że robi się rzeczy też komercyjne, bo to też jest ważne. Jeżdżę z dwiema komediami, też się bardzo cieszę, że będę w Głogowie i tam zagram, a z drugiej strony to też jest świetne, że ma się cały czas kontakt z tymi ludźmi, którzy przychodzą na spektakle. Poczucie widza, który jest naprzeciwko ciebie jest bardzo dobre, to zupełnie coś innego niż kino. Czujesz od razu wymianę tych energii.

Kiedy ruszasz w trasę?

Można powiedzieć, że cały czas jestem gdzieś w trasie.

Cały rok?

Tak, farsa i komedia. Oczywiście z przerwami.

Czyli można Cię zobaczyć wszędzie.

Tak, lubię to robić. Wyrwać się z Warszawy i pojechać w Polskę. Jak tylko odwiedzam Głogów serwuję sobie sentymentalny seans w kinie Jubilat.

Słynne.

Moja babcia miała kino objazdowe, pracowała w nim i wysyłała mi takie bilety darmowe albo za złotówkę, 5 osób wchodziło i zawsze brałem kolegów. Tam się wychowałem w tym kinie, oglądałem te wszystkie filmy.

Też tam chodziłem.

Gremliny rozrabiają, Krokodyl Dundee, Poszukiwacze zaginionej arki. 

I tam lepszy repertuar szedł, bo to jednak górniczo-hutnicza okolica, bogate miejsca.

Tak. I w Miejskim Ośrodku Kultury był Dyskusyjny Klub Filmowy. Tam szła klasyka.

Ale trują bardzo powietrze.

Trują, mówi się o tym, walczą z tym. Słyszałem, że jest tam dość nieciekawa sytuacja, ale są społecznicy, którzy starają się to zmienić.

Z metalami ciężkimi. Kto się będzie później rodził? W jakim stanie? 

Ja jeszcze jestem poczarnobylowy chłopak.

Ja też.

Piłeś?

Nie piłem.

A ja piłem płyn lugola w szkole nr. 7.

Nie wiem na co zaliczę zgon.

Na coś zaliczymy, każdy na coś zaliczy. 

Trzeba odpoczywać, relaksować się. 

Niewiarygodne jest to  życie i to, że czasem przychodzi taka myśl, że nas nie będzie i niekiedy ona jest taka dojmująca, ale jak to się mówi: Nikt z nas jak tu siedzimy.

Czy leżymy.

Nikt nie zna zapisu swojej przyszłej historii i to jest piękne, że może ją tworzyć. 

Myślę, że jak najbardziej.

Powiem Ci, że jak byłem w Toruniu, na festiwalu to był moment na gali, gdzie puścili klip z osobami, które odeszły w ciągu tego roku, filmowcy: operatorzy, reżyserzy, aktorzy. Quentin Tarantino mówił, że tutaj jest mnóstwo ludzi obdarzonych niesamowitym talentem, pełnych miłości i to było coś takiego ulotnego i pięknego, że sobie pomyślałem – faktycznie, my jednak coś zostawiamy po sobie, zostawiamy coś, co jest zapisane na tych taśmach…

Reklama
Advertisement

Jak książka.

To zostaje w naszych głowach, emocjach i potem to przepisujemy w genach na kolejne pokolenia, więc wydaje mi się, że rozwój kultury i sztuki odbywa się na wielu poziomach. To jest przepiękne, że coś jednak wszyscy po sobie zostawiamy, ten storytelling.

Ja ostatnio oglądałem właśnie film Billy Wella, Mroczny obiekt pożądania i stwierdziłem, że niektóre rzeczy są tak ponadczasowe i pięknie zapisane na taśmie filmowej, w grze aktorów, w kadrze, w operatorskim arcymistrzowstwu, w tych wszystkich elementach, które składają się na wspólny obraz jakim jest kino.

Mark Cousins zrobił „The Story of Film – Odyseja Filmowa”, od początku kina do 2000 roku. Pokazał jak my się inspirujemy, jak potem przepisujemy pewne kadry, jak kradniemy od siebie świadomie. Andrzej Wajda powiedział kiedyś, że można kraść, tylko żeby to robić z klasą. 

Jak Picasso mówił.

Tak. I tak się tworzy historia malarstwa i kina. W tym przypadku możemy znaleźć wiele podobieństw.

Kiedy Ty, w małym miasteczku, uświadomiłeś sobie, że nie pasujesz do małego miasteczka, że musisz iść gdzieś w świat i tam chcesz szlifować swoje talenty i chciałbyś zagrać w filmie, na scenie? 

To się bardzo naturalnie wydarzyło. 

Samo?

Tak, bo jeśli w Głogowie byłaby szkoła teatralna to ja najprawdopodobniej zostałbym w tym mieście i tam się starał dostać, ale że nie było jej to siłą rzeczy zdawałem do najbliższego miasta, czyli Wrocławia, potem Łódź, Kraków. Do Warszawy nigdy nie zdawałem i tak się potoczyły losy, że nie udało mi się dostać do łódzkiej filmówki. Tam byłem pod kreską i kolega, którzy też się nie dostał, namówił mnie, żebyśmy pojechali do Wrocławia na wydział lalkarski. Pojechałem tam, dostałem się i skończyłem tę szkołę. Potem pojechaliśmy do Warszawy z myślą, że może tam się powiedzie. I udało się. 

To lalkarstwo dało Ci dużo? Czy to tylko epizod?

Na pewno mi coś dało, na pewno otworzyło wyobraźnię. Zmieniło moje patrzenie na przestrzeń i formę. Oprócz zajęć dramatycznych mieliśmy głównie zajęcia związane ze sztuką lalkarską, czyli pacynkę, jawajkę, marionetkę czy grę aktorską w masce.

Pantomimy się uczysz.

Też się uczyłem. Wszystkiego. Pamiętam, że Janusz Gajos był w Teatrze Jana Dormana w Będzinie. Jan Dorman to wielka postać, jeśli chodzi o teatr lalkowy w Polsce. Kiedyś w wywiadzie słyszałem, że Janusz Gajos buduje rolę od podstaw, jakby powoływał do życia lalkę. Od poruszania się do tego co masz w głowie i sercu. Ja lubię takie aktorstwo, kreacyjne. Jak Philip Seymour Hoffman, Daniel Day-Lewis, wielu innych.

Bardzo wcieleniowe.

Tak, teraz Joker. 

Na ustach wszystkich jest Joker.

Tak, bo Joaquin Phoenix pokazał nam genezę powstania postaci, która zawsze była z natury zła. Wyprowadził ją.

A teraz wiemy dlaczego.

Tak, pięknie to wygląda. Miałem możliwość uściśnięcia dłoni, zrobienia zdjęcia z Lawrencem Sharem, który dostał Złotą Żabę w Toruniu za ten film i to było niesamowite. Może to nic, ale jak robiliśmy sobie zdjęcie to akurat mój producent Marcin Imach powiedział do Lawrenc’a: To jest aktor, który grał w filmie „Mister T.”  Lawrence od razu skojarzył i pogratulował, to miłe. Tuż przed Richarsdonem i Tarantino odbierał nagrodę za nasz film Adam Bajerski, autor zdjęć do „Pana T.”. Wiadomo, że za oceanem są wielkie pieniądze, jest przemysł, ale to wszystko tworzą ludzie, nie bogowie, ludzie.

Nie stoją za nimi posągi.

To, co mamy w głowach, to że jesteśmy obdarzeni wyobraźnią, oczywiście, przy tym trzeba dołożyć do tego ciężką pracę, bo to się samo nie wydarzy, trzeba usiąść i napisać scenariusz, wymyślić bohaterów, story, przygotować się do roli, zagrać, scenografia, kostiumy, stworzenie całego świata….

I jeszcze przekonać tych, którzy mają pieniądze, żeby w to zainwestowali i żeby to powstało.

Ten festiwal to namiastka Hollywood. Trochę jak w przysłowiu: góra nie mogła przyjść do Mahometa, to Mahomet przyszedł do góry. Mieliśmy niesamowite osobistości na tym festiwalu, to jest fajne, jak się okazuje, że można stać na jednej scenie z takimi filmowcami odbierać nagrodę za bardzo piękny film, którego jest się integralną częścią. W uzasadnieniu jury napisało, że „Pan T.”  to jest historia kafkowska ukazana w poetycki sposób. I za tę poezję zamkniętą w obrazach, Adam Bajerski odebrał nagrodę.

To ja, w imieniu poezji, jako najwyższej ze sztuk dla mnie, chciałbym prosić Cię, żebyś znowu znalazł czas na pół godziny dla mnie, tym razem może będziemy nie na klęczkach, ale też w dziwnej pozycji.

Na pewno. Dziękuję Ci bardzo.

Do zobaczenia. 

 

fot.: Michał Buddabar

Reklama