List od Pandilleros

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Mój tekst pewnie nie będzie spojlerem bo wszyscy widzieli film, nie będzie też recenzją.

Ale!
W ogóle często ostatnio używam słowa „ale“, gdyż sama natura myślenia opiera się właśnie na „ale“ – czego nauczyła mnie Susan Sontag. 

Jaki smutek, że przez wszystkie lata mojej słabej, ale mimo wszystko edukacji, żaden nauczyciel nie wspomniał mi o wartości tego spójnika.

Mam wrażenie, że  nasz świat dzieli się na równych, tych z mniejszymi szansami oraz tych skazanych na brak szans na pokonywanie przeciwności losu w sposób taki, jak większość uważa za stosowne. 

 
Reklama
 
Reklama

Największą klęską naszego gatunku jest pewnie to, że nie potrafimy spojrzeć na drugiego człowieka, szczególnie tego bez szans, na równe pokonywanie owych przeciwności losu.
W ogóle, większość przeciwności losu sami sobie stwarzamy, zapominając, że tak naprawdę człowiekowi do szczęścia zwykle potrzeba miłości, którą może otrzymać od bliskiej osoby. Niezbędne jest również zdrowie oraz coś, co nazywamy spełnieniem.

Bohater filmu Joker – Arthur jest taki sam jak my, ma podobne potrzeby, chce miłości i spełnienia. Klasyfikuję go do grupy trzeciej, jako osobę skazaną na brak szans.
A to za sprawą choroby psychicznej. Najgorsza chyba dziś opcja, ponieważ osoba cierpiąca umysłowo ma związane ręce, ale tego nie widać. Czy świadomość o chorobach, których nie widać, może być nadzieją? – na częstsze użycie słowa „ale“ w ocenie spotkanego człowieka oraz rozgrzanie zlodowaciałego altruizmu, który wierzę, że każdy z nas ma, tam gdzieś głęboko w sercu?

Percepcja Jokera w odbiorze świata jest inna. Jego nabyta przez upokorzenia wrażliwość sprawia, że blisko mu do tragedii, zarówno jego samego, jak i środowiska wokół niego. Arthur chodzi do lekarza, przyjmuje leki, chce wyrównać swoje szanse. W końcu jedna decyzja i świat ludzi, od których jest uzależniony, brutalnie odbiera mu tę szansę. Myślę, że wielkim problemem naszego bohatera, oprócz codziennych upokorzeń, jest to, że nie jeździł na wózku inwalidzkim. Być może wózek inwalidzki to ostatni sygnał dla naszej znieczulicy. W jednej z pierwszych scen przemocy, nasz bohater podróżuje zapełnionym busem. Mało znaczący, chamski gest, ale przy jego poziome wrażliwości wywołał  stres, co prowadziło do niekontrolowanego ataku śmiechu oraz braku złapania oddechu. Wyobraźmy sobie taką dolegliwość, która nas atakuje w samym centrum skupiska ludzi. Wyciąga jednak kartę do świata informującą o chorobie, potrzebuje tylko zrozumienia, jakiejś reakcji, niestety otrzymuje znieczulice. 

Tak, właśnie ta sytuacja była sceną przemocy, nie ma krwi, „ale“ zaniechanie działania to również przemoc.

Być może gdyby poruszał się na wózku, społeczeństwo zareagowało by inaczej?

 
Reklama

Ten film o nas to ciągłe ciosy dla widza. Reżyser i Joaquin nie mają dla nas litości. Myślę sobie, czego bym potrzebował, siedząc w szpitalu, nad łóżkiem, w którym walczy o życie najbliższa mi osoba?

Arthur przez swoją wyobraźnię daje mi taką odpowiedz i ten wątek jest dla mnie najbrutalniejszą sceną tego filmu, bo później to już tylko chłosta nad zwłokami.

Film odbieram jako list od Pandilleros.

Dziękują nam, za ciągłe podsyłanie im bękartów społeczeństwa. Dzięki temu rosną w siłę, aż w końcu przyjdą po nas. A jeśli nawet nie zdołają, sami powpadamy w aspołeczną studnię egoizmu zapatrzeni w końcówki swoich nosów.

I jeszcze zakotwiczyłem sobie, wypowiadane z akcentem imię Ar-thur. Pięknie to brzmiało na dużym ekranie. Taki szczegół, przy wszystkich fajerwerkach kolorystycznych kadrów oraz genialnej muzyki. Nie wiem tylko czy to bardziej akcent brytyjski czy amerykański, bo średni ze mnie znawca języków. Trudno mi też zapamiętywać nowe słówka i nie wiem czy to w związku z moim lenistwem czy postępującym brain fogiem.

Czy powinienem więc nosić karteczkę z napisem „Brain fog mnie zjada“ i użyć ją w momencie, w którym trzeba się wykazać znajomością języka obcego w towarzystwie pięknych i wykształconych kobiet?

Może wstyd będzie mniejszy i zrozumieją.

Reklama