Hiperklops – Beck – Hyperspace

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Beck Hansen to wyjątkowo barwna postać współczesnej muzyki rozrywkowej, która niestety swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Kiedyś pochodzący z LA muzyk rzeczywiście proponował nam coś świeżego, miksując stylistyki, które kilka dekad temu nie miały prawa się ze sobą łączyć. Pierwsze albumy twórcy lawirujące między hip-hopem, rockiem, funkiem i elektroniką, na tle innych płyt końcówki pierwszego tysiąclecia naprawdę zachwycały unikalnym sznytem.

Niestety ostatnio z jakiegoś nikomu nieznanego powodu, autor hitu “Loser” postanowił na stałe osiąść na laurach. Mniej więcej w okolicach premiery płyty “Modern Guilt” było wiadomo, że popkulturowy łobuz nie ma już ochoty pozytywnie nas zaskakiwać. “Hyperspace” kontynuuje tę konsekwentną tendencję spadkową, sprzedając odbiorcy kompozycje, które są po prostu martwe w środku. Całość brzmi jak dzieło programu komputerowego sterowanego algorytmami rodem ze spotifajowych playlist “do porannej kawy”. Aż ciężko uwierzyć, że tak bezduszne piosenki powstały w głowie artysty z krwi i kości, a nie sponsorowanego przez Google’a robota.

Przerażająco nudne kompozycje wiele mówią o kondycji nowoczesnego popu. Rynek w końcu wyprodukował produkt tak skrajnie mdły oraz nieinwazyjny, że nawet użycie go jako muzycznego tła w galerii handlowej byłoby niewybaczalnym faux-pas. Nokautująca miałkość pomysłów Becka nie pozwala też na błogi eskapizm, gdyż obcowanie z tymi wątłymi melodiami mogłoby być przyjemne chyba tylko dla naprawdę odważnego masochisty. Mamy więc do czynienia z fenomenem na skalę światową – albumem uniwersalnie bezużytecznym.

Następca równie nieudanego “Colors” odzwierciedla zagubienie artysty w postmodernistycznym etosie. Przez prawie dwadzieścia lat Beck nurkował w oceanie odniesień i nawiązań, zbijając kapitał na intertekstualnej erudycji. Jednak intensywny rytm XXI wieku zdecydowanie przerósł jego możliwości. Nagle z pastiszowego eksperta stał się nienadążającym za trendami laikiem. Facet, który pół życia trenował bycie specjalistą od wszystkiego, przeobraził się w specjalistę od niczego. Niestety, pupil wczesnego MTV nie potrafi uaktualnić swej artystycznej tożsamości, bo taka po prostu nie istnieje – zawsze była pożyczona od innych.

Nie dziwi więc to, że dominujący na albumie synthpop jest eksploatowany tak ciężką ręką. Powierzchowne rozeznanie w teraźniejszej kulturze masowej prowadzi “Hyperspace” w rejony stereotypowych, gatunkowych uproszczeń, ignorujących ewolucję, jaką przechodzi ta ostatnio zmartwychwstała estetyka. Rezultatem irytującej beckowskiej niewiedzy jest antologia utworów rodem z alternatywnej rzeczywistości. Nie ma czegoś takiego jak alt r&b, nikt nie kombinuje z różnymi odmianami electropopu, a pisanie piosenek na podstawie syntezatorowego elementarza jest równoznaczne z wynalezieniem koła.

Reklama