Kolejny odcinek gospelowego serialu – opera Kanye Westa “Nabuchodonozor”

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Niedawne dokonania Kanye Westa testują cierpliwość nawet jego największych fanów. Legenda współczesnej popkultury ostatnio wypuszcza na światło dzienne zaskakująco niedopracowane albumy, a na dodatek metodycznie pogrąża się w mało przekonującym flircie z quasi-gospelową estetyką. Natłok przestrzelonych pomysłów w połączeniu z niedbałością ich wykonania można zaobserwować także w najnowszym przedsięwzięciu artysty – operze “Nabuchodonozor” opowiadającej historię inspirowaną biblijną parabolą o życiu nawróconego króla Babilonu.

Niezbyt ekscytujące przedstawienie to nic innego jak godzina bezlitosnego recyklingu. Nie dość, że Yeezy powtarza melodie swoich starych hitów, to jeszcze ubiera je w formę religijnych pieśni sklonowaną z jego tegorocznego projektu “Sunday Service”. Ponadto, szkicowa jakość poszczególnych kompozycji przywołuje płytę, która przeterminowała się już po miesiącu, czyli “Jesus Is King”. Zdaje się, że Ye traktuje tę operę jak kolejny materiał promocyjny tożsamy z nową linią obuwia czy ozdobionym lśniącym logiem, pięknym t-shirtem za kilkaset dolarów.

Reklama

Samo istnienie tego spektaklu ukazuje absurdalność ery, w której żyjemy. Współczesna popkultura umożliwia wprowadzenie w życie konceptów, przypominających tweeterowe żarty. Globalne uwielbienie dla gościa, który kiedyś zmienił krajobraz hip-hopu, pozwala na powstanie projektu służącego jedynie karmieniu ego pomysłodawcy. Napędzane przez adorację publiczności samouwielbienie Westa chroni go przed jakąkolwiek krytyczną refleksją, więc wynik natchnionego procesu twórczego jest tyleż brawurowy, co niedorzeczny.

W “Nabuchodonozorze” widać narrację pożyczoną od Chance’a the Rappera i telepastora-celebryty Joela Osteena. Chrześcijańska estetyka niezwykle skutecznie przykrywa wszelkie merytoryczne niedostatki spektakularną, pseudomistyczną chmurą demagogii. Kanye niczym wprawny magik, wpycha słuchaczowi do głowy wrażenie spirytualnego przeżycia, przesłaniającego sztampowość opery. Jest to taktyka nie tylko wyjątkowo sprytna, ale przede wszystkim niesamowicie cyniczna.

Mimo wszystko megalomańska natura i skrajna nieoryginalność wcale nie są największymi mankamentami przedstawienia. Seans tej audiowizualnej klęski zostawił mnie z jeszcze straszniejszą refleksją. Otóż autor “My Beautiful Dark Twisted Fantasy” już w ogóle nie panuje nad uprawianą przez siebie sztuką. Producent oraz raper, który niegdyś dyrygował dziesiątkami współpracowników, prowadząc ich ku jednolitej, spójnej wizji, obecnie jest aktorem trzeciego planu we własnym filmie. Gwiazdami biblijnego spektaklu są bowiem członkowie chóru, a Mr West funkcjonuje jako potykający się o własne akapity, niezdarny narrator.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Reklama