Tom Phillips: Ludzkość jest jak pijany James Bond

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Mówi się, że historię piszą zwycięzcy. Tom Phillips uważa inaczej. Jego książka „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” to opowieść o największych porażkach ludzkości, które miały wpływ na kształt współczesnego świata. Autor powiedział nam skąd u niego taka fascynacja klęskami, cynizmie podszytym optymizmem, a przede wszystkim jak to się stało, że jeszcze nie wyginęliśmy.

Studiowałeś archeologię i antropologię, a także historię i filozofię nauki. Te kierunki podobno jakoś Ci pomogły przy pisaniu „Ludzi. Krótkiej historii o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”.

Reklama

Kiedy tak to wymieniasz, brzmi jakby tych kierunków było całkiem sporo. Tak naprawdę były tylko dwa. Zaczynałem od archeologii i antropologii. Były to studia skupione wokół naszej historii przefiltrowanej przez różne spojrzenia. Dzięki antropologii kulturowej dowiedziałem się jak działają społeczeństwa. Miałem wtedy też zajęcia z biologii więc wiem, jak wyglądała nasza ewolucja. Zetknąłem się z wieloma różnymi dyscyplinami, a wszystkie dotyczyły człowieka. Łączyły w sobie zarówno nauki ścisłe, pełne różnych teorii, jak i nauki nieco luźniejsze. Zawsze lubiłem takie połączenia. Na ostatnim roku na naszym wydziale doszło jednak do sprzeczki wśród profesorów. Sprzeczka to nawet zbyt lekkie określenie. Nie mogli oni przebywać w jednym pomieszczeniu. Nie porozumiewali się już ze sobą i zajęcia nie były tak ciekawe jak wcześniej. Z tego powodu przeniosłem się na historię i filozofię nauki. Co kręci się wokół podobnych tematów, tylko ujmuje je z innych perspektyw. I byłem zdziwiony, kiedy podczas pisania tej książki okazało się, że korzystam z każdej dyscypliny, z jaką miałem do czynienia na studiach! Nie planowałem tego. Skąd mogłem wiedzieć, że 18 lat po skończeniu studiów napiszę książkę, w której zawrę wszystko, czego się uczyłem? To był ciekawy zbieg okoliczności. Może napisanie „Ludzi…” było moim przeznaczeniem?

Skoro napisałeś tę książkę tyle lat po studiach, co Cię do tego zainspirowało?

Prawdopodobnie przez ponad dekadę szukałem opowieści o dziwnych, ciekawych i zabawnych porażkach. Nie wiem dlaczego, ale to mnie naprawdę interesowało, fascynowało i śmieszyło. Znajdowałem je w różnych miejscach. Jako dziennikarz czasami o nich pisałem. To był obszar tematyczny, w którym się zatraciłem. Zebrałem kilka tysięcy takich ciekawostek. Potem straciłem pracę i miałem mnóstwo wolnego czasu. Zacząłem więc rozmawiać z agentami literackimi. Chciałem stworzyć powieść. Aż w końcu jeden z agentów poinformował mnie, że rozmawiał z wydawnictwem, które miało tytuł. Tylko tytuł książki. Nie wiedzieli, o czym ma być. Chcieli wydać coś, co będzie się nazywało „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”. Co więcej, chcieli zrobić to jak najszybciej. Wtedy mnie olśniło. Przecież to mój konik. Mogę napisać o żołnierzach austriackiej armii, którzy byli tak pijani, że zaatakowali samych siebie. Mogę napisać o facecie, który dodał ołów do benzyny i freon do zamrażarek, zaliczając dwie wpadki mające wpływ na nasz klimat. Postanowiłem po prostu opowiedzieć historię ludzkości z perspektywy największych porażek. 

A były jakieś historie, które Ci się podobały, ale z jakichś powodów nie trafiły do tej książki?

Oczywiście! Zawsze trzeba gdzieś postawić granicę. Wiele rzeczy w książce jest okropnych. Pisząc nieraz sobie myślałem, że dane zdarzenie nie jest tak naprawdę zabawne, tylko okropne. Ale! Były też historie, które wydawały się aż nazbyt paskudne i obrzydliwe. Na przykład rzeźnia bydła w Afryce Południowej. Nie pamiętam teraz roku. Chodziło o to, że opierając się na wizjach nastoletniej dziewczyny mówiącej o skażonej ziemi, ludzie postanowili zabić większość hodowanego bydła. Doprowadziło to do wielkiego głodu. Co za tym idzie, ułatwiło Anglikom kolonizację terenów. Brytyjczycy wygonili miejscowych z należących do nich terenów i się tam osiedlili. Jest to jeden z najdrastyczniejszych przykładów społecznej autodestrukcji, o jakim wiem. Brzmi to jak spektakularna porażka. Jednakże, według jedynej książki, na jaką trafiłem, gdzie opisano, co się wtedy stało, to nie była porażka, ale protest. Oni byli przekonani o skażeniu tych terenów. W ich głowach ziemię skaziła obecność Brytyjczyków. To było o wiele bardziej świadome niż przypuszczałem. Sytuacja wydała mi się zbyt skomplikowana. Zrezygnowałem też z działu o naukowcach, którzy zginęli z powodu własnych eksperymentów. Był jeden, który właściwie nie zginął. Chciał odkryć, w jaki sposób można zarazić się żółtą febrą. Choroba roznoszona jest oczywiście przez komary, ale on twierdził, że chodzi o coś, co znajduje się w organizmach zarażonych. Przeprowadził na sobie mnóstwo eksperymentów, wykorzystując wymiociny tych osób. Pił je, kropił nimi oczy, a nawet wdychał ich opary. Gdy to pisałem, aż odzywał się mój refluks. Musiałem odchodzić od klawiatury, żeby samemu nie zwymiotować. Przeczytałem to z agentem i doszliśmy do wniosku, że to za dużo. Mnie natomiast fascynowało w tej historii to, że on przeżył, a facet, który odkrył, w jaki sposób można się zarazić żółtą febrą, umarł. Też eksperymentował na sobie. Pozwolił się ukąsić komarom. Potwierdził swoją teorię i zaraz potem zginął. 

Przez to, co teraz powiedziałeś i wspominając treść książki, aż muszę zapytać, jak to się stało, że wciąż żyjemy? 

[Śmiech] Niektóre żarty w książce bawią tylko dlatego, że czytelnicy zdają sobie sprawę, że pomimo tych wszystkich klęsk i porażek udało nam się przetrwać. Gdyby ludzie wyginęli, ta książka przecież w ogóle by nie powstała. To daje nam nadzieję. Przesłaniem „Ludzi…” jest więc to, że potrafimy się ogarnąć. Że potrafimy wyciągać wnioski ze swoich błędów. Chociaż jest to cyniczne spojrzenie na nasz gatunek, niekiedy nawet może wpędzić w depresję, nie jest to pesymistyczna opowieść. Wynika z niej, że niektóre rzeczy robimy też dobrze. Cieszę się, że żyję właśnie dzisiaj. Widać, że jest lepiej w porównaniu do czasów, o których piszę. Mamy umiejętność uczenia się z własnych porażek i podejmowania lepszych decyzji niż w przeszłości. Dotarliśmy do punktu, w którym jesteśmy, bo czasami, naprawdę tylko czasami, potrafimy przestać popełniać te same błędy. Potrafimy je wyłapać i czerpać z nich naukę.

Ale przecież o wiele częściej tego nie robimy…

Tak, to prawda. Historia postępu ludzkości bardzo często jest opowieścią o błądzeniu i podejmowaniu złych decyzji. Mierzenia się z ich konsekwencjami. Nie popełniamy błędów bez powodu. Coś nas ciągnie do zrobienia tego, a nie innego. Może się wydawać, że ciągle ponosimy porażki. Jesteśmy jednak jak ci ludzie w różnych firmach, którzy wspinają się po szczeblach kariery, chociaż nie wypełniają dobrze swoich obowiązków. W końcu dostają wysokie stanowisko i zarządzają działem albo nawet całą firmą, ale wciąż są nieudolni. To właśnie my. Bo nawet jeśli zaliczamy porażkę za porażką, tworzymy jednocześnie możliwości dla przyszłych pokoleń. Mamy przed sobą jakąś przyszłość. Możemy być idiotami, ale wciąż może czekać na nas szczęśliwe zakończenie. 

Czyli mamy po prostu szczęście?

Dokładnie! Jesteśmy jak James Bond. On pije wódkę, a potem wykonuje jakieś akrobacje, zwisa z balustrady i nic mu się nie dzieje. Jesteśmy pijanymi ludźmi, którzy są niezniszczalni. Chwiejemy się na krawędzi, a jednak wciąż żyjemy. Jeszcze z niej nie spadliśmy. Lubimy myśleć, że współczesny świat wygląda jak wygląda, bo jesteśmy mądrzy i sprytni. Ale może to było tylko szczęście. I może szczęście będzie nam sprzyjać jeszcze trochę. 

Zrobiło się nazbyt optymistycznie. Dlatego, żeby popsuć nam humor, zapytam, czy po napisaniu książki zdarzyło się coś, co mogłoby do niej trafić, gdyby miało miejsce wcześniej?

To podchwytliwe pytanie. Pisząc, specjalnie unikałem wydarzeń z naszej najnowszej historii. Uważam, że żeby wyciągnąć z czegoś odpowiednie wnioski, potrzebna jest odrobina dystansu. Nie brakuje przecież przykładów decyzji, które okazały się fatalne w skutkach dopiero po jakimś czasie. Na pewno coś się zdarzyło. Naszym głównym problemem dzisiaj są zmiany klimatyczne. To była poważna kwestia, już kiedy pisałem książkę, a od tamtej pory jeszcze urosła. To problem, który ciągle powraca i którego wciąż nie możemy rozwiązać, bo wymaga, abyśmy zrobili coś natychmiast. Musimy zrobić coś teraz, aby nie miało to konsekwencji za kilka dekad. Musimy podjąć decyzję i musi to być dobra decyzja. Wymaga też współpracy, a z tą jak zawsze jest trudno. Jestem więc ciekaw, co się będzie działo w tym temacie w ciągu najbliższych pięciu lat. Ludzie przecież o tym mówią, a jednak wciąż popełniamy jakieś błędy. Jest jeszcze jedna kwestia, która mnie fascynuje. Chodzi o zrzucanie swoich obowiązków na technologię. Nie możemy robić tego bezmyślnie. Jest takie dziwne przekonanie, że skoro robi coś algorytm, to nie popełni błędu. Jest od nas mądrzejszy. Nie! Algorytm jest tak samo głupi jak człowiek, który go napisał. Już niedługo pewnie zobaczymy, jakie taki outsourcing będzie miał konsekwencje. Chciałbym, żeby puentą tej rozmowy było to, żebyśmy nie popełniali tych samych błędów, jakie opisuję w książce. Nie wiem, jakie decyzje powinniśmy podjąć. Gdybym wiedział, pewnie bym komuś powiedział albo startował na prezydenta. Żyjemy jednak w czasach, kiedy możemy ponieść podobne klęski co lata temu. Każdy człowiek u władzy powinien więc zadać sobie jedno ważne pytanie – „co jeśli się mylę?” Mam wielką nadzieję, że tak się stanie.

Przeczytaj również

Reklama