Tylko ja i ekran. I hipokryzja

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Siedzimy sobie czasem wieczorami i piszemy o tym, że ludzie się już ze sobą nie komunikują. Na innym ekranie lubimy wskazywać, że wszyscy są przyklejeni do ekranów, żeby wszyscy inni użytkownicy wyżej wymienionych wiedzieli jak bardzo jesteśmy nonkonformistami.

Niekiedy bierzemy ekran pod prysznic, żeby się nie nudzić przecież, bo te kilkanaście minut spędzonych pod bieżącą wodą przyprawia o strach, że przyjdą myśli, na które przecież nie mamy czasu, bo zarobieni jesteśmy. Przed tym ekranem zresztą.

Patrząc w ekran piszemy również niekiedy, że ludzie krzyczą o tym, że są wolni, a tak naprawdę uciskają ich podatki, ubezpieczenie, obywatelstwo czy władza. Jesteśmy wtedy z moim ekranem, który może nie ma jabłuszka, ale też jest ok, jesteśmy wtedy bardzo dumni z tego, że doszliśmy do takowych wniosków. Że to społeczeństwo głupie jest jakieś, a my to wiemy. Nie widzimy w tym nic dziwnego, że sugerujemy ludziom komunizm. Myślimy, że to śmieszne, bo prawdziwe. Albo smutne, bo prawdziwe. Cokolwiek.

Czasami z ekranem robimy sobie głupie zdjęcia. Najlepiej trzydzieści. Wtedy mamy pewność, że znajdziemy jedno, na którym wyglądamy na tyle głupkowato, żeby widać było dystans, a na tyle dobrze, żeby być jeszcze atrakcyjnym.

Ja i mój ekran jesteśmy w orwellowskim dwumyśleniu, kiedy to wierzymy sobie w jakieś tam idee, zupełnie nieprzemyślane zresztą, a jednocześnie większość rzeczy robimy przeciw nim. A gdy ktoś nam mówi, że tak jest, wypieramy się, bo to chyba oni, bo to chyba nie mogą nas oceniać, bo to chyba nieładnie jest, by w człowieka wplatać jakieś swoje problemy i to w ogóle jest przeniesienie. Prawie wiemy co to przeniesienie, bo kiedyś czytaliśmy kogoś, kto czytał Freuda.

Codziennie natomiast martwimy się o planetę. To robimy z ekranem często. Podobnie jest z naszą niepohamowaną potrzebą picia słodkich napojów, jeżdżenia samochodem czy korzystania w tym kraju z prądu, który wciąż pochodzi z węgla (naprawdę).

I jak tak już to wszystko zrobiliśmy i przychodzi ten moment na sen, w słuchawkach i ciepłej pościeli, nasz ekran się wyładowuje, a nie mamy kontaktu przy sobie. I to jest najgorszy moment dnia. Prawda?

 

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Reklama