Ile jest seniora w juniorze – Mowa ptaków

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Wrześniowa premiera “Mowy Ptaków” Xawerego Żuławskiego wywołała w naszym kraju sporo kontrowersji. Już po pierwszych pokazach krytycy oraz widzowie podzielili się na dwa zwalczające się obozy. Jedni wychwalali ten osobliwy eksperyment za odwagę w przełamywaniu granic, a inni uznawali go za pretensjonalny, pseudoartystyczny bełkot. Pytanie więc brzmi, gdzie tak naprawdę leży prawda? Otóż tak jak to zwykle bywa, znajduje się ona gdzieś pośrodku.

Powierzchnia fabularna tego projektu jest, mówiąc delikatnie pretekstowa. Główny bohater to nauczyciel polskiego, który po obronie kolegi przed hordą krwiożerczych uczniów, zostaje zwolniony z pracy i w pewnym sensie zmuszony do odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Co więcej, po tej dyscyplinarnej karze, polonista Marian nagle staje się niesamowicie wyczulony na otaczający go społeczno-polityczny krajobraz Polski.

Reklama

Oparty na niedokończonym scenariuszu Andrzeja Żuławskiego film jest przedsięwzięciem donkiszotowskim. Sięgające gwiazd ambicje reżysera, próbują zmieścić interpretację kilku poprzednich dekad historii naszego kraju w dwóch godzinach i osiemnastu minutach szalonej fabuły. Idea stworzenia nowoczesnej epopei jest równie obłąkana, jak dokonania ojca autora, które zawsze wykraczały poza schematyczne myślenie czołowych twórców danej epoki. W tym przypadku również mamy do czynienia z konceptem uwodzącym ryzykownym rozmachem i nieokrzesaną brawurą.

Oprócz zbudowania wielopiętrowego komentarza na temat dziejów najnowszych Rzeczpospolitej, “Mowa ptaków” usilnie stara się doprowadzić polską kinematografię do implozji. Występująca w filmie plejada znanych i lubianych gwiazd robi wszystko, by całkowicie zerwać z dotychczasowym emploi. Takie nazwiska jak Żmuda-Trzebiatowska, bracia Mroczek, czy grający protagonistę Fabijański, ukazują widzom skrajny negatyw swojego ekranowego wizerunku. Reguły narzucone przez rodzime kino, do góry nogami stawia też obecny na każdym kroku metakomentarz. Żuławski z lubością aranżuje sceny obnażające banalność lokalnych filmografii, czasem odnosząc się do bezkrytycznych inspiracji kulturą Zachodu (świetna sekwencja parodiująca “Thriller” Jacksona), a innym razem kpiąc z fetyszyzacji naturalistycznej, “chodnikowej” sztuki (groteskowa scena, w której protagonista mówi wierszem w towarzystwie huczących tramwajów i przechodzącego lumpa).

Trochę więc szkoda, że w parze z przebojowością idzie momentami nieznośna dosłowność. Doceniam Żuławskiego za bezkompromisowe podejście do wszelkich krajowych świętości, ale trochę za często ta artystyczna bezwzględność przekłada się na łopatologię. W ekstatycznym, teledyskowym kolażu, obok zręcznego pastiszu i drwiny, znajduje się też spora dawka pozbawionej wyobraźni bezpośredniości. Ujęciom szkolnym przedstawiającym uczniów zakładających nauczycielowi kosz na głowę albo fragmentom manifestacji w takt rymowanki o Polsce “nie dla lewaków”, bliżej do przeciętnej gazetowej publicystyki niż artystycznych rozliczeń z mentalnością społeczeństwa.

Młody Żuławski próbuje także pożyczyć od legendarnego seniora pomysł na kierowanie poczynaniami aktorów. Jego postacie, podobnie jak w filmach ojca, poruszają się w opętanym tańcu, zacierając granice pomiędzy żartem i powagą oraz groteską i horrorem. Problem jest jednak taki, że w przeciwieństwie do dorobku autora “Na srebrnym globie”, wszystkie te kreacje pozbawione są emocjonalnej intensywności. Owszem, bohaterowie dwoją się i troją, żeby dorosnąć do przerysowanej karykatury archetypu polskiego kina, jakim jest “Mowa ptaków”, ale zapominają przy tym, że powinni również wywołać u widza jakąkolwiek szczerą reakcję. Tymczasem, ich działania można potraktować jedynie jak oryginalny, ale jednak mało poruszający sen wariata.

Xawery Żuławski postawił sobie poprzeczkę daleko poza zasięgiem wzroku zwykłych śmiertelników. Godne pochwały jest to, że przez kilka długich godzin z całych sił próbował do niej doskoczyć. Mimo że ostatecznie nie udało mu się sięgnąć nieba, to miejmy nadzieję, że tym chojrackim gestem zachęci koleżanki i kolegów do częstszego podejmowania artystycznego ryzyka.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Reklama