Rewolucja na niby – Coldplay – Everyday Life

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Po czteroletniej przerwie o swoim istnieniu przypomniała formacja Coldplay, czyli jeden z największych poprockowych gigantów początku XXI wieku. Mimo że ostatnio autorzy hitu “Talk” konsekwentnie zawodzili nieudanymi flirtami z taneczną elektroniką oraz quasi-ambientową medytacją, to wierni fani i tak przywitali ekscytacją wiadomość o premierze “Everyday Life”. Zapowiedzi następcy miernego “A Head Full of Dreams” były zresztą całkiem elektryzujące, bo przewijały się w nich chwytliwe slogany sugerujące stylistyczną woltę. Rzeczywiście, na swojej ósmej płycie, chłopcy bardzo mocno próbują zerwać ze wpisaną w ich DNA boysbandową retoryką i porywają się na formalne oraz treściowe eksperymenty. Na pewno należy docenić ambitne chęci, lecz ci sympatyczni dżentelmeni z Londynu chyba nie mają odpowiednich narzędzi, by ulepić coś zgrabnego z tak akrobatycznych kombinacji.

Przede wszystkim, Chris Martin i spółka po raz pierwszy wykazują zapędy publicystyczne. Większość tekstów piosenek bezpośrednio nawiązuje do światowych problemów takich jak rasizm, przemoc czy konflikty zbrojne. Jednakże wyliczanka palących globalnych kwestii wcale nie gwarantuje interesującej społeczno-politycznej diagnozy. Można wręcz odnieść wrażenie, że nagła chęć pisania muzycznych manifestów jest jedynie pomysłem na spektakularny komercyjnie powrót. Kolekcja fasadowych haseł, urozmaiconych udającym bezkompromisowość jednym, czy drugim “fuckiem”, kojarzy się z przemyślanym marketingiem. Nie ma w tym nic dziwnego. W epoce zdefiniowanej przez światopoglądowe starcia eksploatacja motywu “sztuki z przekazem”, to jeszcze lepszy model biznesowy niż kiedyś celebracja hedonizmu.

Z kolei unikalność brzmienia jest tu symulowana poprzez wykorzystanie arabskich i afrykańskich wpływów. Kolaż estetyczny miał prawdopodobnie wyrażać pochwałę kosmopolityzmu, lecz jego błahość znowu każe wątpić w szczere intencje członków zespołu. “Everyday Life” przepuszcza szlachetne inspiracje przez popową maszynkę do mięsa, produkując tę samą, zachodnią mielonkę co zawsze. Brytyjczycy wcale nie oddają hołdu sztuce innych kontynentów, a wręcz traktują ją równie protekcjonalnie, jak przeciętny Europejczyk albo Amerykanin. Ograniczają jej rolę do funkcji egzotycznego ozdobnika, dekorującego “cywilizowane” dobra kultury Wielkiego Zachodu.

Słuchając tego albumu, od razu zapomniałem o szumnych zapowiedziach artystycznej transformacji. Najnowszy projekt Coldplay zbyt mocno pachnie pierwszoligowym show-biznesem, bym mógł traktować jego socjopolityczne ciągoty na poważnie. Walka o prawa człowieka mija się z celem, gdy jest zaklęta w pustosłowiu, a brzmieniowa otwartość nie ma sensu, jeśli służy jedynie pobieżnemu zatuszowaniu kaukaskiego poczucia winy. Londyńczycy rozczarowali więc już po raz trzeci, tym razem dlatego, że zrównali moralne dylematy dekady z wartością modnego hashtaga.

Reklama