Przewodnik bezpiecznego turysty po Tajlandii

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Pędzę jakieś 50km/h w wagonie klasy drugiej.

Mój przedział przypomina mi te z lat 90-tych i wczesno-poranne relacje Rybnik-Katowice.

Reklama
Advertisement

Zimne, bezduszne, skórzane siedzenia, zakończone nierdzewką, na suficie migające jeszcze nocą neonówki, oraz dwa niedziałające wiatraki, bez których trudno tutaj wyobrazić sobie życie w podróży, czy też w każdym domu.

Pierwsze promienie słońca rysują mój kadr, odkrywając przede mną nowe kolory oraz ukryte w ciemnościach detale mojego pojazdu. Trochę czuję się jak na planie filmowym, całość staje się wyreżyserowana. 

W przejściu dwóch aktorów, mnich palący fajki oraz człowiek z bujną fryzurą i dżinsową  stylówką w trampkach.

Są tez statyści, paru. Ich głowy nie ruszają się i ciągle patrzą przed siebie. Moi współtowarzysze podróży przysypiają, to była krótka noc.

Wczoraj, nocnym pociągiem, przy bardzo normalnych i wszechobecnych tutaj dźwiękach przypominających odkrztuszanie kończącej się infekcji gardła, dotarliśmy do Surat Thani.

W nocnych relacjach Bangkok-reszta świata, konduktor ma więcej obowiązków. W sprawnych pięciu ruchach, z Twojego siedzenia składa i ścieli łóżko.

I tak fotel po fotelu, wagon po wagonie.

Budzi mnie jak zwykle słońce z okna, tym razem balans kolorów podchodzi pod zieleń, a to za sprawą egzotycznej roślinności, długich liści które blendują mroźne poranne strugi światła w coś ciepłego, egzotycznego.

Po betonowym Bangkoku to wspaniałe doznanie i kolejna emocja, nawet powaga sytuacji. Tutaj pojawia się prawdziwa, często jeszcze nie do końca ruszona, natura.

Surat Thani wita nas innym światem, pojazdy jakby z filmów, indianin o twarzy człowieka, którego chce się czytać tylko na podstawie zmarszczek na twarzy. I ciągnie ten swój motocykl w sandałach, i rześkość powietrza, i wolność w głowie.

Znajdujemy hotel o epickiej nazwie Queen, ale nie ma nic wspólnego z księżniczką o jakiej myślimy, przenosi nas za to w klimat Desperados i spojrzeń tego barmana, który sprzedaje siki zamiast piwa. Korytarz, hol, migające neonówki oraz odgłos zamka do drzwi, który powoduje uczucie bezpieczeństwa, tak bardzo potrzebnemu nam, turystom z Europy.

Krótka noc, wstajemy po trzeciej na pociąg, którym obecnie jadę, pisząc dla Was.

A pociąg jedzie jakby wolniej, na każdej stacji swoje pięć minut mają handlowcy, kurczaki, owoce, napoje noszone na głowach, w koszykach, gdziekolwiek, aby tylko jak najwięcej.

Piękne jest to, że są skuteczniejsi w swoich działaniach niż tanie linie lotnicze, które gwałcąc nasz spokój podczas 2h lotu, przekształcają go w nachalny, niekończący się, głośny i tandetny bazar z wyjątkowymi promocjami o każdej porze roku.

Tutaj ludzie kupują te owoce, kurczaki i inne rzeczy. To ma sens, kręci się.

Udajemy się do Khao Sok, można googlować, szukać informacji o tym miejscu ale, lepiej złapać Francuza z dwiema pannami i na spółkę wsiąść na łódź, która zabiera nas do raju na końcu świata.

Nasze kolejne noce spędzimy na ruchomych domkach na wodzie, wyposażonych w zużyte materace. Cisza, bo pozostali turyści, woleli wykupić objazdy motorówkami z gratisowym piwem.

Metafizyczne i zakotwiczone, pewnie na zawsze już w każdym z nas przeżycie, pojawia się wcześnie rano, budzą nas odgłosy natury i otaczającej dżungli. Swój koncert rozpoczynają małpy, ale prawdziwym królem przedstawienia jest słońce. Oświetleniowiec tej sceny jest prawdziwym mistrzem, układa światło najpierw delikatnie na nieruchomej, niekończącej się tafli wody, potem delikatnie podnosi swoje lampy, zwiększa kontrast i uderza w las, las który szumi i patrzy swoimi oczami 

Długo się nie zastanawiamy i wskakujemy w kajaki, pędzimy przed siebie, bliżej lądu, zobaczyć te zwierzęta, ale im bliżej, tym głosy milkną, ktoś czuwa i daje znak pozostałym muzykom, aby schowali swe instrumenty, bo podpływa intruz, widz zbyt blisko podszedł sceny. Pozostajemy na chwilę i patrzymy w oczy wielkiej i mocnej naturze. 

Ruchomy bar serwuje nam świeże ryby z warzywami i owocami. Tutaj nic nie ma, jest tylko uderzający spokój, wyciszenie, bardzo nienaturalne miejsce dla nas, trochę jak na odwyku, po dłuższym czasie można dostać drgawek, nie ma internetu, elektryczność tylko 2-3h dziennie, około 22 nagle gaśnie i to koniec. Ja wracam tam na pewno.

Tę podróż odbyłem cztery lata temu, wtedy jeszcze nie pisałem ani nie robiłem notatek. Piszę z głowy.

Ryszard Kapuściński też nie robił notatek. Twierdził, że zapamiętujemy najważniejsze dla nas rzeczy, reszta jest nieważna uwagi, więc dzielę się z Wami tym, co we mnie pozostało.

Autor

Piotr Sobik –Fotografuję, podróżuję, przyglądam się ludziom czasami coś napiszę.Odżywiam się kuchnią wegetariańską, dużo pływam, dużo rozmyślam, lubię stare Mercedesy.Autor projektu “Najważniejszy dzień w życiu”

Przeczytaj również

90’s Kid

Odległa galaktyka. Świat, w którym rządziły przegubowe Ikarusy i Jelcze

Reklama