Historia trudnej braterskiej miłości. Wywiad z reżyserem filmu “Jak pies z kotem” Januszem Kondratiukiem

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Przez kilkadziesiąt lat swoich zawodowych karier darli ze sobą koty. Mimo sukcesu filmów znajdujących uznanie w oczach publiczności i krytyków nie potrafili znaleźć ze sobą wspólnego języka. Połączyła ich dopiero śmiertelna choroba Andrzeja, który ostatnie miesiące swojego życia spędził pod opieką brata. W filmie „Jak pies z kotem”, w swoim humorystycznym stylu, Janusz Kondratiuk opowiada o trudach wspólnego egzystowania. W rozmowie z Anywhere.pl zdradza, dlaczego podjął się próby zekranizowania tak trudnego momentu swojego życia, jak film odebrali jego bliscy, a także jak postrzega dzisiejsze pokolenie młodych ludzi.

Skąd wzięła się potrzeba zrobienia tego filmu?

Takie decyzje podejmują się same. Jeśli reżyser dobrze zna jakąś sytuację, to może o niej opowiadać. Ja znałem ją od podszewki, więc stwierdziłem, że jest to dobry materiał na film.

Nie miał Pan obaw, że bliscy mogą mieć do Pana pretensje o zbyt duży ekshibicjonizm?

Oczywiście były takie obawy, ale bliscy rozumieli mnie bardzo dobrze. Jeśli opowiada się o takiej historii, trzeba robić to odważnie. A co inni powiedzą? Mam nadzieję, że zrozumieją.

Postaci w filmie są dość ambiwalentne. Dziś na seansie była Iga Cembrzyńska (żona Andrzeja Kondratiuka – red.) Jak odebrała film?

Bardzo dobrze. Iga jest artystką, która rozumie konieczność wiążącą się z tym, że jeśli podejmujesz się opowiedzenia jakiejś historii, to powinieneś opowiedzieć ją do końca ze wszystkimi wynikającymi z niej konsekwencjami, a nie jedynie ślizgać się po temacie.

janusz_kondratiuk

Podobno miał Pan nawet pomysł, aby zagrała samą siebie.

Tak, ale nie chciała tego zrobić. Uważała, że kosztowałoby ją to zbyt wiele smutku i rozpaczy. Ja też nie chciałem grać siebie, bo to nie jest dokument, tylko film fabularny. Nie rodzinny tylko uniwersalny. Z aktorami, i to świetnymi, pracowało się cudownie. To jakby mieć w ręku stradivariusa – wystarczy dotknąć i wydobywa się z niego piękny dźwięk.

Ostatecznie Pan oraz Iga Cembrzyńska nie zagraliście w filmie, ale zdecydował się Pan scenograficznie wykorzystać swój dom.

Tak i nie żałuję tego. Stłukli mi parę szklanek, ale za to miałem komfortową sytuację, nie musiałem pędzić taksówką pół dnia na plan ani pracować w dekoracjach, czego nie lubię. Znam mój dom, wiem, gdzie się przechodzi, gdzie można usiąść, porozmawiać. Tym samym miałem opracowaną całą „choreografię”.

W filmie ukazuje Pan także relacje zawodowe, jakie łączyły Pana z bratem.

Myślałem, że dobrze byłoby, gdybyśmy razem robili filmy, ale on miał inne zdanie na ten temat. Jeśli już angażowałem się w jego projekty to miał do mnie o wszystko ogromne pretensje. Współpraca nie była więc możliwa.

Mimo całej goryczy wypływającej z filmu ujął Pan to w komediowej formie.

W życiu tak już jest, że bywamy raz tragiczni, a raz śmieszni. W kinie sztuką jest połączyć te dwa zupełnie oddzielne gatunki.

W „Jak pies z kotem” jest scena, w której wykrada się Pan z seansu „Dziewczyn do wzięcia”. Jak Pan postrzega swoją twórczość z perspektywy czasu?

Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z wczesnych filmów odbieram jakąś fajną energię, którą posiadałem, i to mi się podoba. A wykradam się, bo znam moje filmy od podszewki, więc zmykam.

janusz_kondratiuk_2

Seansu tego filmu też nie wysiedzi Pan na widowni?

Na Festiwalu w Gdyni nie. Z publicznością widziałem ten film w Kazimierzu. Ludzie odebrali go z wielkim wzruszeniem, niektórzy wychodzili ze łzami w oczach. Myślę, że odebrali ten film jako historię uniwersalną, która każdego spotka albo już spotkała.

W „Jak pies z kotem” poza wątkami rodzinnymi pojawia się nawiązanie do Pana okresu belferskiego. Krytykuje Pan w nim młode pokolenie – ich ignorancję wobec wielu spraw.

Poniekąd rozumiem młode pokolenie. Różnica między nimi a moją generacją jest tylko taka, że to, co ja mam w głowie, oni mają w Wikipedii. Nie muszą obciążać umysłu. Jeśli nie wiedzą, kim jest Bergman, to w kilka sekund mogą się dowiedzieć. Uważam jednak, że wiedzę trzeba czerpać z wielu źródeł, a nie tylko z tych dostępnych w Internecie – często mylących.

Wszystkie szkoły uczą różnych zawodów, ale nie docierają do istoty sprawy, nie zadają pytań: „po co człowieku to robisz?”, nie ułatwiają drogi do zrozumienia swojego powołania. Reżyserii można nauczyć w parę miesięcy, tylko potrzebny jest jeszcze background kulturowy, znajomość muzyki, literatury i malarstwa. Umiejętność przekonywania ludzi, żeby wykonywali ciężką pracę niekoniecznie dla pieniędzy. Poza tym trzeba mieć energię, żeby produkcję filmową wprawić w ruch jak ogromne koło zamachowe. No i talent by się przydał.

janusz_kondratiuk_3

Gdyby mógł Pan jeszcze raz podjąć decyzję – być czy nie być reżyserem to?

Szczerze mówiąc, wolałbym przeżywać niesamowite, fantastyczne przygody w rzeczywistości, a nie za kamerą.

 

Zdjęcia: Hubert Komerski 

Reklama