Lepiej spłonąć niż zapomnieć. Relacja z koncertu promującego Fallen Icon Hall of Fame

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

To był ambitny i szalony pomysł. Ponad dwugodzinny koncert promujący nowy album, wraz z gośćmi, wielkimi nazwiskami, sytymi i spełnionymi artystami.

Każdy przecież przyjdzie posłuchać Portera, Myslovitz, Happysad czy reggae rytmów Tabu chętniej niż mniej znany zespół.

Nieważne, czy mniej znani mają coś wielkiego do powiedzenia, ich dźwięki wolniej kotwiczą się w naszych głowach. Coś chyba poszło nie tak, zachwycamy się sztuką przez pryzmat statutu autora. Dobrego artystę rozczytujesz długo, w samotności, w skupieniu nocą. Dobra sztuka zatrzymuje Cię na dłużej, budzi Cię do refleksji, interpretujesz ją na swój sposób, kradniesz ją dla siebie, jest nieoczywista, uzdrawia Twoje serce, to jest to!

Posiedziałem trochę z dotychczasową twórczością grupy z Rybnika.

 
Reklama
 
Reklama

Ballada Sheila. Kim jest bohaterka tych listów miłosnych, pełnych wyznań, nadziei i cierpienia? Zamieniłem tytułową Sheila na słowo ‚marzenie“. „Sheila zadzwonię nawet setny raz, by móc usłyszeć chociaż głos, w bezdechu gardło ściska coś“

„Twój zapach na poduszce mam, wraz z Tobą odszedł cały świat“

Sheila, jak tam jest?

Niektóre teksty Braci Bartkowiak czuję jako głos niewinnego, osamotnionego skazańca, wykluczonego, bez atencji. Artysta bez publiczności cierpi, domaga się jej, bo sztuka bez odbiorcy tęskni. Sporo w nich również poezji, nadziei, bezkompromisowej wolności i siły.

„popłyńmy niżej, lecz pod prąd, trochę dalej niż sięga wzrok“..

“so come on, left the world just fall asleep

and hold on, we`re gonna sweep them off their feet“

Całość potrafią ubrać w zapadające w naszych głowach dźwięki, inspirowane Myslovitz, Oasis.

Oj, tęskniłem za tym.

Ale nawet analizując ich muzykę bez tekstów słyszę głosy kogoś z odległej, bezludnej wyspy, otrzymuję listy, w których anonim pisze „jestem, odkryj mnie, mam Ci tyle do powiedzenia“

Lata twórczości, miesiące przygotowań i nadszedł listopadowy wieczór sławy.

Premiera Fallen Icon Hall of Fame.

Sala wypełniona po brzegi, zaczyna się show!

Słyszymy pierwsze rockowe rytmy „The world to live“. Wokal jeszcze oswaja się ze swoim brzmieniem, krew nie płynie jeszcze wystarczająco szybko, aby w pełni pobudzić ciało, które dziś będzie świątynią emocji. 

Rozgrzewka trwała tylko minutę i czterdzieści pięć sekund, bo wtedy w moim ciele pojawiły się pierwsze dreszcze, słyszę rytmiczny, świetny bas, który uderza prosto w najwrażliwsze punkty mojego ciała. Ten moment tego kawałka powoduje u mnie nieprzespane noce.

Z tylnego siedzenia rytm wybija perkusja, słychać ją wtedy, kiedy jest potrzebna, talerze słuchają się swojego mistrza, pojawiają się na zmianę z basem, nie ingerując w wokal i gitarę, cała maszyna działa bez zarzutu. Jakby urodzili się we czworo, tego samego dnia.

Pierwsze dwa utwory za nami, powoli na scenę wchodzi prawdziwy Wilk, świetna osobowość i charyzma, w kilku splecionych po polsku zdaniach rozśmiesza jeszcze stonowaną publiczność i pokazuje kto tu będzie rządzić i jak poruszać się na scenie.

Krótki występ Wilka kończy wspólnie wykonane Fallen Icon Hall of Fame zespołu z Rybnika.

To zdecydowanie moment przełomowy. Prócz wokalisty, na oczach wszystkich, rodzi się kolejnych czterech (w zasadzie pięciu) drapieżników. Bezczelni, pewni siebie, w sposób naturalny uderzyli wprost do serc publiczności i sięgnęli po swoje show.

W swoim, uważam, najlepszym kawałku na płycie, wyrósł na scenie gotowy zespół. Opadły wszelkie kompleksy i wspaniały John mógł wreszcie poczuć się jako gość na koncercie zespołu The Octoberleaves.

Widownia pobudzona, oni to czują, artysta poczuł odbiorcę, ale przed nami ktoś wyjątkowy, ktoś kto inspirował naszych bohaterów od zawsze.

Każdy melancholijny dźwięk chłopaków z Mysłowic to historia, to nienaruszalne dobro, tutaj wszystko już zostało powiedziane. Kilka kawałków dostarczyło nowych przeżyć, nowej podróży, tym razem w przeszłość.

Odniosłem wrażenie, że schodząc ze sceny ktoś przekazał pałeczkę komuś, kto jest głodny, pełen chęci, zapału i prawdy w tym co robi. I tak z kawałka na kawałek rosła nowa jakość, rósł też nowy król sceny, prawdziwy lider, szalony, jak dziecko, które reaguje emocjonalnie na każdy bodziec. Ileż młodszy z braci Bartkowiak ma nam do przekazania.

Teraz czas na zmianę rytmów, po paru kawałkach z nowej płyty, pojawia się reggae! 

„Jak dobrze Cię widzieć“ grupy Tabu wraz z The Octoberleaves od razu razem porywa tłumy. Widownia chce wstać z miejsc, wyrywać krzesła i oddać się temu szaleństwu które dzieje się na scenie. Siedzę na balkonie, ale mam ochotę rzucić się na te tłumy. Euforia.

 
Reklama

Ja jebie, dzięki chłopcy – odpłynąłem.

Nie zdążyłem ochłonąć, a od razu trzeba było przenieść się w inna rzeczywistość, porwać blond dziewczynę obok i zacząć się namiętnie całować, a to za sprawą ballady Sheila. 

Ten utwór brzmi i smakuje jak odgłosy drewnianych schodów na klatce, kiedy wraca się z pierwszej randki z dziewczyną do własnego mieszkania.

Ten koncert to sinusoidalna orgia emocji.

„Nadzy na mróz“ w wykonaniu Happysad  to ostatni kawałek zaproszonych gości koncertu.

Potem już finisz głównych bohaterów dnia.

Koncert był świetnym pomysłem, świetnym wykonaniem i promocją wielkiego albumu Fallen Icon Hall of Fame.

Puma, Foka, Kozioł, Sajmon – do zobaczenia w Valhalli, bo „Lepiej spłonąć niż zapomnieć“ kim się jest.

Reklama