Piotr Metz: Co widać za radiowym oknem?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Ultimate Video Player with preset id 8 does not exist!
O rewolucyjnym projekcie Polskiego Radia z historią w tle opowiada Piotr Metz, szef muzyczny Radiowej Trójki i dyrektor muzyczny Lato z Radiem Festiwal 2018.

Czy pamięta pan swoje pierwsze spotkanie z radiem? Jeszcze nie twórcy, a słuchacza?

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z prawdziwym radiem, bo była to Trójka. Stało się to, kiedy dostałem od ojca tranzystorowe radio przywiezione zza wschodniej granicy, czyli z byłego Związku Radzieckiego. Bardzo brzydkie, ale bezcenne, bo z zakresem fal ultrakrótkich FM, na których nadawała Trójka. Do tego momentu byłem niewolnikiem Programu Pierwszego Polskiego Radia, pierwsza piosenka, którą pamiętam stamtąd, to „Kaczuszka i mak” Mieczysława Wojnickiego. Pamiętam bardzo dokładnie ten moment, to musiał być 1970 rok, kiedy obudziłem się rano, zobaczyłem przy łóżku prezent od ojca, który przyjechał w nocy, włączyłem radio i usłyszałem tę niesamowitą ciszę, bo zakres fal ultrakrótkich odróżniało od długich to, że nie szumiało, tylko cudownie było słychać głos spikera i, przede wszystkim, muzykę. Traktuję to jako moje pierwsze spotkanie z radiem. Miałem wtedy 13 lat.

Ten odbiornik był najbrzydszy, ale pewnie też i najpiękniejszy.

Był najfajniejszy – przenośny, mogłem go schować pod kołdrą, mogłem go zabrać wszędzie ze sobą, bo był na baterie. Pamiętam też pierwszą piosenkę świadomie usłyszaną w Trójce, to było „All The Young Dudes”. To są takie momenty, które zostają, bo po pierwsze – są w takim okresie życia, a po drugie – przeskok na fale ultrakrótkie to był przeskok do prawdziwego radia.

PIOTR METZ _ FOT. TOMASZ SAGAN _ ANYWHERE _ IMG_7389

Czy wtedy pojawiła się myśl, że bycie w studiu radiowym, czyli po drugiej stronie odbiornika, może być równie, jeśli nie bardziej interesujące niż bycie słuchaczem?

Myślę, że byłem za młody. Radio było dla mnie fascynujące, ale w tym wieku, w zupełnie innych realiach, chyba nie śmiało się o takich rzeczach marzyć. Trudno mi określić dokładnie, kiedy zacząłem o tym myśleć, być może miałem taką intencję, kiedy jechałem z Krakowa do telewizji na Woronicza na eliminacje „Wielkiej Gry” o Beatlesach, której szefem jury był Wojciech Mann. Z jakiegoś powodu zabrałem ze sobą trochę płyt winylowych, niedostępnych nigdzie na świecie, choć wstyd się przyznać – „piratów”, ale bezcennych w tamtych czasach. Na pewno chciałem je pokazać panu Wojtkowi, po co? Tego nie pamiętam, być może, żeby się pochwalić. Zaczęliśmy rozmawiać o zaprezentowaniu tego na antenie i stało się to najpierw w „Lecie z Radiem”, a potem na 1982 roku na antenie Trójki.

Wielu radiowców mówi o zjawisku magii radia i jest to określenie, które wymyka się słowom. Podejmijmy jednak próbę zdefiniowania, czym jest ta magiczna radiowa aura.

Na pewno będę mniej obiektywny, bo już zacząłem o tej magii radia mówić – to pierwsze radio. Bo mówimy o epoce niedostępności muzyki w sklepach – choć po latach doszedłem do tego, że nasz polski wkład w światową fonografię i przemysł fonograficzny pod postacią pocztówek dźwiękowych miał znaczenie socjologiczne i psychologiczne, ponieważ w słabej jakości, a jednak w dostępnej cenie można było kupić każde nowe nagranie. Doskonale pamiętam moment, kiedy wyszedłem z kina z pierwszego filmu o Beatlesach i poszedłem po pocztówkę dźwiękową z ich nagraniem. Oczywiście mówimy o skandalicznej jakości, bo to bardziej wspomnienie muzyki niż muzyka. Dlatego radio było dostępnym źródłem świeżej muzyki, poza tym było – znacznie bardziej niż telewizja – oknem na świat. Szczególnie w Programie Trzecim, który stał się dla mnie jedynym, prawdziwym radiem i tak zostało do dziś. Tak jak miesięcznik „Ty i ja”, który w latach 60. był dla nas źródłem informacji o światowym kinie, światowej literaturze, światowej modzie, urządzaniu mieszkań, tak Trójka była intelektualną dziurką od klucza, przez którą można było zobaczyć to, czego na co dzień u nas raczej nie było. Ten świat był na tyle inny i ciekawy, że brało się ten tranzystor pod kołdrę i przenosiło się gdzieś zupełnie indziej, do tajemniczego ogrodu. Tamtych czasów nie da się przenieść we współczesność i porównać, podobną rolę Trójka pełniła w stanie wojennym, kiedy, na przykład, jako jedyna grała zakazany Maanam z bębenkowym intrem do „Tanga”. Mam bardzo specyficzny stosunek do magii radia, bo mówię właśnie o tym momencie, kiedy radio było czymś znacznie więcej niż tylko stacją radiową, której się słuchało. Było nieodzownym kompanem do tego, żeby dowiedzieć się, co się dzieje, jak jest naprawdę. Natomiast w tej uniwersalnej postaci magia radia według mnie sprowadza się tak naprawdę do wyobraźni. Radio jest wspaniałym medium dlatego, że nie dopowiada i trzeba sobie wszystko uzupełnić we własnej głowie.

Czy w takim razie po latach jest pan w stanie jeszcze poczuć tę magię?

Oczywiście, choć przywołam trudny przykład.
Moment, gdy obudziłem się nad ranem na pięknym katowickim osiedlu Nikiszowiec z informacją, że odeszła Kora. Musiałem błyskawicznie przeformatować program, który miałem robić na inny temat, z innymi gośćmi, na wspomnienie o Korze, odgrzebać rozmowę, która była ostatnim długim wywiadem dla Trójki, wywiadem bardzo trudnym, robionym w trudnych warunkach. I przez cały dzień myśleć, jak to zrobić, żeby mieć spokojne sumienie, że lepiej się nie dało. I kiedy uruchomiliśmy korespondencję ze słuchaczami, którzy nie tylko przysłali kilkaset maili, ale przysyłali je też długo po programie, to jest właśnie to, o czym rozmawiamy, prawda?

PIOTR METZ _ FOT. TOMASZ SAGAN _ ANYWHERE _ IMG_7389

To jest magia radia.

Dokładnie. Wtedy na chwilę czas się zatrzymał. Tylko radio może to przestawić na chwilę w inny wymiar czasowy, bo ten program był programem bez scenariusza. On się po prostu dział i tworzył.

Wspomniał pan, że te pierwsze radiowe doświadczenia zahaczały o „Lato z Radiem”. Ono w tym roku powraca na antenę Polskiego Radia, nieco odkurzone, bo wraca w bardzo innowacyjnej odsłonie.

Stwierdziłbym, że nie tylko nieco odkurzone, ale wymyto okna i jeszcze je otwarto na oścież, żeby wpuścić powietrze i słońce. To być może przypadek, że moim pierwszym występem na antenie było właśnie „Lato z Radiem” z Wojciechem Mannem, kiedy prezentowaliśmy niepublikowane nagrania Beatlesów. Ale gdyby ktoś dwa lata temu zapytał mnie, czy będę się zajmował „Latem z Radiem”, to pewnie bym uśmiechnął się z przekąsem, mówiąc, że to głupi dowcip. Jak widać, nie ma rzeczy niemożliwych. Pomysł, żeby stała się to wspólna marka całego Polskiego Radia, z jednym dużym koncertem, na którym będą występowały zespoły o niewątpliwie wysokim poziomie artystycznym, które dobrano tak, żeby praktycznie każdy z nich mógł pojawić się na antenie Jedynki, Trójki i Czwórki, jest pomysłem na tyle prostym i na tyle sensowym, że dziwne, że nikt na to wcześniej nie wpadł. Nie było to zrobione drogą ewolucyjną, była to rewolucja, z szerokim otwarciem okien z dnia na dzień, ale być może czasem tak radykalne pomysły są potrzebne. Ja, gdy o nim usłyszałem, bardzo grzecznie zapytałem, czy dobrze słyszę, kiedy się potwierdziło, to doszedłem do wniosku, że jest to wyzwanie, któremu należy stawić czoła. W moim przypadku trochę podobne jak to, które miał Andrzej Smolik, który dostał na warsztat słynną „Poleczkę”, czyli jingiel „Lata z Radiem”. Nie chcę zdradzać za dużo z kuchni radiowej, ale byłem tak nakręcony tym pomysłem, że polski lineup koncertu potwierdziłem w 72 godziny. I jest to dowód na to, jak bardzo ci, którzy wystąpią w Gdyni, są zaprzyjaznieni z Polskim Radiem. Bardzo bym chciał i wszystko na to wskazuje, że się uda, żeby to był koncert pod wieloma względami inny. Jak na razie moje rewolucyjne pomysły dobrze się sprawdzają. Mając kłopot z ustaleniem kolejności, zaproponowałem najpierw trochę żartem, a potem zupełnie serio, żeby wylosować kolejność. I tak się stało. Wszyscy się zgodzili, wszyscy się podporządkowali.

Dlatego własnie, co dla niektórych jest wielkim zaskoczeniem, Brodka gra na samym początku.

To jeden z pomysłów, który wywrócił to, jak zazwyczaj układa się koncerty. Mam też trochę nowych pomysłów na samo prowadzenie koncertów, ale najważniejsze jest to, że usłyszymy artystów związanych z radiem. To muzycy, z którymi się znamy i widujemy na co dzień. Ludzie, którzy często u nas bywają, grają w Studiu Osieckiej, są obecni w czasie różnych festiwali na naszej antenie, często z nimi rozmawiamy, prezentujemy ich nowe płyty. To trochę taka nasza muzyczna rodzina i bardzo bym chciał, żeby na koncercie było to widać.

To artyści, którzy w większości są już z pokolenia bardziej serwisów streamingowych niż analogowego radia. Jak pan, jako dyrektor artystyczny i wszyscy biorący udział w tym przedsięwzięciu nawiążecie do historii tej kultowej audycji? Audycji, która dla milionów słuchaczy ma wymiar sentymentalny.

Nawiązujemy przede wszystkim nową wersją „Poleczki” i tym, że koncert będzie obecny na wszystkich antenach Polskiego Radia. Wydaje mi się, że to czas na tupnięcie nogą i rewolucję, a nie ewolucję, bo ewolucja byłaby stratą kolejnych lat. Jeszcze nigdy nie mieliśmy tak ogromnej szansy na pokazanie nie tylko siły, ale i wielu kolorów Polskiego Radia. Programy mocno się od siebie różnią, ale nie konkurują ze sobą, tylko współpracują.

PIOTR METZ _ FOT. TOMASZ SAGAN _ ANYWHERE _ IMG_7389

Czy to oznacza, że Polskie Radio ze swoją wieloletnią historią musi jednak iść z duchem czasu, dostosować się do nowej rzeczywistości i do nowego słuchacza?

Polskie Radio nie tylko powinno, ale wręcz musi przestawić się na nowe czasy. Jeśli nie robiło tego ewolucyjnie, to taka rewolucja, która jest bardzo odważnym eksperymentem, jest dobrym testem. Jeżeli okaże się, że w Gdyni będzie na tych koncertach 500 osób, to znaczy, że to chyba pomyłka, ale wydaje mi się, że frekwencja zaskoczy nawet nas, optymistów. Mamy na to coraz większe szanse. Mówię tak także dlatego, że dzwonią do mnie zespoły, które naprawdę trudno utożsamiać z mainstreamem, z pytaniem, czy nie mogłyby zagrać w Gdyni nawet za darmo.

I co pan na to?

Mówię, że z całą pewnością tak, ale pewnie w przyszłym roku. Gdynia jest miastem, które wizerunkowo pozycjonuje się bardzo wysoko. Władze wiedzą, czego chcą i o co nas proszą. Spotkały się ze sobą dwa brandy – Gdyni i Polskiego Radia. W tym nowym obliczu muzycznym, bardziej trójkowym niż starego „Lata z Radiem” rozumiemy się na tyle, że nie ma zadawania zbędnych pytań, bo spotkali się partnerzy, którzy doskonale wiedzą, dlaczego się spotkali i raczej zastanawiamy się nad wisienką na torcie niż nad samym tortem, bo on już jest.

PIOTR METZ _ FOT. TOMASZ SAGAN _ ANYWHERE _ IMG_7389

Czy w takim razie rok 2018 to nowy początek „Lata z Radiem”?

To oczywiście formalnie nowy początek „Lata z Radiem”, podsumowania wolałbym robić po koncercie, ponieważ on ciągle jeszcze się tworzy. Wiem też, że ten koncert ma bardzo duży procent nieprzewidywalności i improwizacji, ku przerażeniu wszystkich agencji produkcyjnych, reklamowych i wszystkich ludzi, którzy zjedli na tym zęby. Na szczęście prezes Polskiego Radia kieruje myśli raczej w tę stronę, w którą ja i daje nam carte blanche na to, żeby ta impreza właśnie była inna, trochę nieprzewidywalna i wiele wydarzy się dopiero na scenie.

 

fot.: Tomasz Sagan

Lato z Radiem Festiwal 2018
26 sierpnia 2018
Gdynia, Skwer Kościuszki
Scena „Polski Top”: Smolik/Kev Fox, Brodka, Kortez, Coma, Fisz Emade Tworzywo, Ørganek, Krzysztof Zalewski
Scena „Idzie nowe”: Oxford Drama, Król, Rebeka, Daria Zawiałow, xxanaxx, Tulia, Majko i Barbara Wrońska
Wstęp wolny

Reklama