Biznesmen bez smartfona

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kariera Dirka Rossmanna zaczęła się od wojny z Bundeswehrą. W 1964 r. dostał powołanie do wojska. Ponieważ cała rodzina utrzymywała się z dochodów jednej rodzinnej drogerii, w której i on pracował, martwił się o jej byt. Powołując się na prawo niemieckie, bezskutecznie wnosił o zwolnienie ze służby. Nie stosował się do żadnych rozkazów. Podkreślał, że jeśli państwo lekceważy własne prawa, obywatel nie ma obowiązku mu służyć. Przeszedł przez szereg żołnierskich upokorzeń, łącznie z zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym. Ostatecznie swój bunt wyraził spektakularnym wejściem na drzewo. Jego przełożeni, bezradni wobec siły woli rekruta, zwolnili go ze służby. Tym samym ostatni rozkaz, który go dotyczył, był pierwszym, który wykonał. Przyjaciele mówią o nim, że nie znają nikogo, kto byłby bardziej wolny od niego. 

W życiu kieruje się zasadą wziętą wprost z pism Schopenhauera: „ludzie nie odnoszą w życiu sukcesu, bo za wcześnie się poddają”. Pisma filozofa przeczytał jako czternastolatek, korzystając ze słownika języka niemieckiego i słownika filozoficznego. Pochłaniał książki od zawsze, szczególną estymą darzył klasykę literatury, głównie Balzaka, Goethego, Zolę i Dostojewskiego. Z książek i rozmów z ludźmi uczył się ich psychologicznej obsługi.  

Niezamożny i bez pozycji, wiedział od dziecka tylko jedno: pieniądze dają spokój i wolność, ale jego mottem życiowym było: „zarabiać pieniądze, żeby pomagać innym”.

„Dla kogoś z zewnątrz być może zabrzmi to dziwnie, ale już jako dziesięciolatek wiedziałem, co chcę w życiu robić. Moje życie miało być, po pierwsze, pełne przygód – chciałem po prostu coś przeżyć. Po drugie, chciałem dobrze zarabiać. Nie dla samego posiadania pieniędzy, tylko żeby być wolnym od przymusów i zależności, jakie nękały moją rodzinę. Człowiek potrzebuje pieniędzy, żeby być wolnym. To prosta prawda. Chciałem zarabiać tyle, żeby być niezależnym i móc o sobie decydować. A później zrozumiałem, że od zawsze chciałem być samodzielny: nikomu nie musieć się tłumaczyć, nie słuchać niczyich poleceń. Wolałem raczej prowadzić skromny kiosk na ro-

 
Reklama
 
Reklama

gu ulicy, niż wziąć dobrą posadę w większej firmie, gdzie musiałbym wykonywać rozkazy szefa.”

Jak się łatwo domyślić, w domu się nie przelewało. Do dziś Dirk woli się pocić niż marznąć. Nad sklepem jego rodziców nieustannie wisiała groźba bankructwa. W codzienny handel i obsługę klienta był zaangażowany już jako dziecko: za pakowanie próbek dołączanych do zakupu otrzymywał feniga. Raz w tygodniu kupował za zgromadzone pieniądze czekoladę, którą miał obowiązek podzielić się z bratem Axelem. 

Kiedy miał trzynaście lat, opracował pierwowzór programu lojalnościowego drogerii, obejmującego dowóz produktów do klienta i jego gratyfikacji. Samodzielnie dostarczał ludziom zamówiony towar – rowerem. Jego pierwszym pracownikiem był brat Axel, dziś ma ich 50 tysięcy. Kiedy przybywa do placówek firmy, wita się z pracownikami podaniem ręki i wzorem XIX-wiecznych fabrykantów – zamienia z nimi kilka słów. 

Za wzór zarządzania stawiał sobie trzy hanowerskie rodziny: Beindorffów, właścicieli m.in. marki piór Pelikan, Sprenglów – fabrykantów czekolady i Bahlsenów, których herbatniki chrupie dziś cały świat. 

Pierwszą drogerię otworzył 17 marca 1974 r., a mieściła się na 120 metrach kwadratowych. Ludzie ustawili się przed nią w gigantycznej kolejce, bo Dirk wcześniej zadbał o odpowiednie nagłośnienie wydarzenia, sprytne opracowanie akcji promocyjnych i sprawnie zorganizowaną sprzedaż. Ludzi było tak wielu, że miejsce musiała ochraniać policja, a Rossmann naprędce zaimprowizował drugą kasę – na pudełku po persilu. 

Dziś potęga sieci Rossmann to 4002 sklepy, 25 tys. różnych artykułów, 50 tys. pracowników i przekroczone 9 mld euro obrotu w 2017 r. Dirk Rossmann nie ma smartfona, jeździ ośmioletnim samochodem i nie bawi się w tabelki w Excelu. Nie kryje swojej słabości do gry na giełdzie i kasyn, choć tych ostatnich już teraz unika. Podkreśla, że w życiu decydował się na wiele szaleństw, ale nigdy nie zawiodły go intuicja i kierowanie się w biznesie emocjami, a nie – tylko głową. 

„Mój styl kierowania ludźmi dzisiaj? Swobodnie, ale konsekwentnie, czasami bardzo serio, a czasem wesoło. Czuję, kiedy jestem napięty do granic albo kiedy zawalam, kiedy nie jestem dobrym szefem. Najważniejsza jest przede wszystkim autentyczność i umiejętność przyznania się do tego, że ma się z czymś problem. Moim celem jest stworzenie dobrego zespołu, w którym przy jasnej hierarchii będą panować otwartość i uczciwe relacje. Najmniej mam w sobie z klasycznego patriarchy. Gdybym miał patriarchalny styl rządzenia, już dawno byśmy splajtowali.”

Fascynująca jest historia rozwoju sieci Rossmann w Europie, szczególnie, że autor prezentuje ją na tle intensywnych przemian ostatnich trzech dekad na kontynencie. Podział Niemiec, upadek muru berlińskiego, powolne dźwiganie po opadnięciu żelaznej kurtyny i polskie przemiany kapitalistyczne obserwujemy nie tylko z perspektywy przedsiębiorcy, ale nade wszystko – humanisty. Rossmann dużo czyta i samodzielnie myśli – nie konstatuje jednak ani nie poucza. 

Nietuzinkowy i pełen kontrastów jest jego życiorys i tak samo pełna sprzeczności osobowość. Lubi iść na udry koncernom perfumiarskim, potrafi ryzykować, nie kwestionuje, że wielokrotnie spekulował na giełdzie, ale ponad wszystko ceni honor i długofalowe relacje. Znaczną część książki stanowią opisy historii jego przyjaźni z ludźmi, którzy z czasem stali się więcej niż tylko partnerami biznesowymi i kontrahentami. Żonie Gerharda Schrödera we własnej osobie oraz jej suczce Holly zawdzięczamy dziś całą linię produktów dla psów – Winston. Za to żona Dirka, Alice, zapoczątkowała linię Rossmann Ideenwelt. 

Najciekawsze bodaj zjawisko w publikacji to obszerne omówienie współczesnych problemów cywilizacyjnych: przeludnienia, globalizacji, problemów uchodźców i konfliktów zbrojnych, a nawet problem kościoła katolickiego i jego (milczącego) wpływu na chociażby kwestie regulacji narodzin w Afryce. Sieć Rossmann słynie z działalności charytatywnej, ale to, co w Polsce obserwujemy ze szczególną mocą w mediach przed świętami – to tylko ułamek szerokiej działalności przedsiębiorcy. Warto dowiedzieć się, jakiej pomocy Rossmann udzielił w Rosji, Ugandzie czy Etiopii, a także dlaczego fascynuje go magia. Oprócz tego nigdy nie wiadomo, kiedy intuicja powie mu, że kierowca taksówki, która go wiezie, to wielki talent informatyczny, który może się przydać w jego firmie. 

Jak każda autobiografia, i ta książka głównie opowiada o drodze do sukcesu, jak się pewnie Państwo spodziewają, usłanej nie tylko różami. Nie ma tu wielu szczegółów i jeśli szukają Państwo gotowego przepisu na sukces finansowy, ostrzegamy, że Rossmann w swojej autobiografii go nie zawarł. Podpowiada za to, jakie humanistyczne i humanitarne postawy mogą znacznie ułatwić współpracę z ludźmi, a tych, póki co, nawet rozwój cywilizacyjny nie jest w stanie wyeliminować z łańcucha biznesowego. Ufny w moc charakteru, jako jeden z pierwszych szefów na świecie zainwestował w seminaria rozwoju osobistego dla pracowników. Przepisu na trwałość biznesu upatruje niezmiennie w harcie ducha:
„Podczas gdy majątek albo szacunek ludzki, znaczenie i popularność to skarby nietrwałe, naprawdę niezrównana i najcenniejsza jest osobowość. Nikt nikomu jej nie odbierze. Mamy ją albo jej nie mamy. Kropka.” 

Dirk Rossmann, „…i wtedy wspiąłem się na drzewo”. Opowieść o karierze, odwadze i życiu”, tłum. Urszula Poprawska, Wyd. Znak, Kraków 2019.

Reklama

Smak umami

Umami to jeden z pięciu podstawowych smaków, odczuwalnych przez człowieka