Jesteśmy aktorami teatru absurdu – Lighthouse

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kino grozy to już od wielu lat idealny przekaźnik problemów trawiących społeczeństwo. Twórcy, sięgając po horror, często wykorzystują wpisaną w gatunek emocjonalną intensywność, żeby w bezkompromisowy sposób sportretować pokoleniowe bolączki. Ostatnio sporo filmowców flirtujących z estetyką dreszczowca komentuje toksyny codzienności takie jak wewnętrzny konflikt kulturowy w USA (dzieła Jordana Peele’a), czy degradacja znaczenia rodzinnych więzów (dorobek Ariego Astera). Tymczasem “Lighthouse”, czyli drugi pełnometrażowy projekt Roberta Eggersa wyraża jeszcze większą tematyczną zuchwałość. Autor znany z okultystycznej baśni “Czarownica” postanowił bowiem w niecałe dwie godziny streścić egzystencjalną niedolę człowieka z rozmachem, jakiego mogliby mu pozazdrościć multidyscyplinarni myśliciele.

Rozmach oczywiście odnosi się do kontekstu czysto merytorycznego, gdyż forma charakteryzuje się tu ekstremalnym minimalizmem. Cały seans upływa widzowi na obserwowaniu dwójki mężczyzn – niedoświadczonego latarnika (Robert Pattinson) oraz jego surowego przełożonego (Willem Dafoe), toczących ze sobą wojnę na słowa, miny oraz gesty. Odbiorca razem z bohaterami dławi się gęstą atmosferą spotęgowaną klaustrofobicznymi proporcjami obrazu 4:3, eksponującymi niepokojąco odludną lokalizację. Zestawienie wizualnej ciasnoty z chwilami mocno melodramatycznym aktorstwem ekranowego duetu zwraca uwagę na wrodzoną groteskowość człowieka. Wszystkie te teatralne monologi, krzyki, a nawet tańce i śpiewy odnoszą się do naszych spektakularnych prób podejmowania życiowych wyzwań, które zwykle kończą się porażką, artykułowaną przez ściskające w gardle lęki oraz kompleksy. Podobnie jak protagoniści, dążymy do mitycznego nietzscheańskiego ideału, lecz poruszamy się zbyt wąskimi korytarzami, by móc pokonać własne ograniczenia.

Będąca trzonem historii dynamiczna relacja dwójki latarników odgrzewa dobrze znany motyw polemiki młodej, ambitnej osobowości oraz nieustannie gaszącego jej zapał doświadczonego cynika. Eggers nie ogranicza się jednak do powtarzania znajomego motywu. Co prawda, postaci odgrywanej przez Dafoe blisko do monolitycznego archetypu, ale już pattinsonowa kreacja żywi się przede wszystkim intrygującą niepewnością oraz niezdecydowaniem. W jednej chwili potulnie słucha poleceń szefa, innym razem staje z nim do wyrównanego pojedynku, a czasem nawet zaczyna wręcz dominować. Zmienność tego dziwacznego męskiego związku odzwierciedla wpisany w ludzkie DNA chaos. “Lighthouse” przypomina widzom o naszym hamletyzmie. Tak naprawdę nie wiemy, czy lepiej pokornie akceptować poniżenia, jakie przynosi los, czy może toczyć batalię o autonomię. Jedno jest pewne – obie alternatywy udowadniają wyłącznie słabość Naczelnych. Pierwsza reprezentuje żenującą lękliwość, a druga komiczną pychę.

Komizm jest tu zresztą wyjątkowo istotnym elementem, nadającym ton opowieści. Eggersowki humor nie ma jednak w sobie nic z frywolności eskapistycznych dowcipów typowej komedii. To raczej absurd obnażający karykaturalność ambicji bohaterów tworzących własny mit, do którego absolutnie nie dorastają. Obaj kreują definicje mistycznej powłoki świata zewnętrznego, nie zdając sobie sprawy, że nie mają najmniejszych szans na całkowite zgłębienie jego tajemnic. Nawet powierzchowne zbliżenie się do odkrycia sensu przekracza możliwości ich niedoskonałych, ludzkich umysłów, doprowadzając duet do szaleństwa. Zupełnie jakby jakaś wyższa siła nie pozwalała prymitywnemu gatunkowi na pozaświadome doświadczenia.

Eggers ukazuje człowieczą ułomność również dzięki interesującemu stylistycznemu zapożyczeniu. Czarno-biała, oniryczna estetyka przywołuje na myśl dokonania niemieckich ekspresjonistów lat dwudziestych. Gdy wraz z protagonistami kąpiemy się w hipnotyzującym światłocieniu, odczuwamy prawdopodobnie podobne emocje jak widzowie podczas pierwszych pokazów “Gabinetu Doktora Caligari” albo “Nosferatu”. Wtedy surrealistyczne filmowe wizje odnosiły się do nastrojów spowodowanych powojenną rzeczywistością, a dziś bliźniacze techniki audiowizualne eksplorują wewnętrzną walkę jednostki z samym sobą. Obrazy rodem z koszmaru sennego symbolizują zdeformowaną optykę, przez którą wszyscy filtrujemy otaczający nas świat. Tłumaczymy sobie przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość werbalnymi szablonami, zawsze w jakimś stopniu skażonymi fałszem. Następca “Czarownicy” porównuje wspomnianą egzystencjalną iluzję do fantazjowania na jawie, od którego nigdy nie będziemy w stanie się uwolnić.

“Lighthouse” można nazwać beckettowskim spektaklem absurdu sfilmowanym przez natchnionego ducha F.W. Murnaua. Drugi film w karierze Roberta Eggersa zbliża tego twórcę do wychodzącej poza gatunkowe podziały, kinematograficznej ekstraklasy. W tym roku nie było jeszcze obrazu, które aż tak mocno konfrontowałoby się z odbiorcą, jednocześnie akcentując unikalną, reżyserską wizję. Jeżeli następna dekada zagwarantuje nam równie stymulujące intelektualnie horrory, to ekranowa groza na pewno stanie się bodźcem do natchnionych debat na temat kondycji współczesnego człowieka.

Dziękujemy za udostępnienie sali Kino Kameralne Cafe.
https://www.kinokameralnecafe.pl/

Reklama