Grzegorz Damięcki i Vincent V. Severski: Aktorstwo i szpiegostwo – dobrana para cz.I

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

– Wydaje mi się, chociaż nigdy nie byłem agentem i chyba już nim nie zostanę, że to są bardzo pokrewne zawody.

– Powiem więcej: miałem oficerów, którzy byli aktorami.

 

O „Nielegalnych” rozmawiamy z Vincentem V. Severskim, autorem bestsellerowych powieści, na podstawie których powstał serial CANAL+, oraz Grzegorzem Damięckim odtwórcą głównej roli.

Magdalena Juszczyk: Materia, której dotkniemy w spotkaniu z Vincentem V. Severskim i Grzegorzem Damięckim, jest wagi państwowej. W jakim stopniu proza, na podstawie której powstał serial „Nielegalni”, ma ciężar polityczny?

Grzegorz Damięcki: Z całą pewnością taki ciężar ma.

Vincent V. Severski: Powieść sensacyjno-szpiegowska zawsze jest powieścią polityczną. Przypomnijmy książki Johna le Carré, Fredericka Forsytha, opisujące czasy zimnej wojny – ludzie wciąż je chętnie czytają, ponieważ one mówią o pewnych mechanizmach politycznych.

Magdalena Juszczyk: Poza tym, jak się okazuje, zimna wojna powróciła…


Reklama

V.S.: Otóż to. Wszystko jest wciąż aktualne. Sprawy Skripala czy Litwinienki są jak z czasów zimnej wojny.

M.J.: Spotykają się tu dziś przedstawiciele różnych roczników, co nie jest dla naszej rozmowy bez znaczenia. Kiedy pan, panie Grzegorzu, wchodził w świat zawodowego aktorstwa [1991 r. – data ukończenia studiów na Wydziale Aktorskim PWST w Warszawie – przyp. M.J.], Vincent V. Severski przeżywał zmiany w strukturach wywiadu, wynikające z transformacji ustrojowej w Polsce [Włodzimierz Sokołowski, funkcjonariusz wywiadu PRL i III RP, w 1990 r. zwolniony ze służby, następnie do niej przywrócony – przyp. M.J.]. Na ile w serialu takim jak „Nielegalni” można opowiedzieć spójną historię naszego kraju i świata, w którym żyjemy?

Grzegorz Damięcki: Chyba nic się nie zmienia pod względem pewnej wrażliwości i wariactwa, które występują na naszej szerokości geograficznej. Uprawiane przez nas zawody zanurzone są w krajobrazie, jaki mamy za oknem. Nie wiem, jak jest gdzie indziej – być może podobnie, a być może nie. Trochę rozmawialiśmy z panem Vincentem o tym, jak poukładane są inne społeczeństwa, jak pewne rzeczy działają np. w Szwecji. U nas wszystko zawsze było trochę na wariackich papierach. Być może dlatego byliśmy w wielu dziedzinach czy profesjach tak cenieni, że potrafiliśmy myśleć niekonwencjonalnie, improwizować, spadać jak przysłowiowy kot na cztery łapy i, idąc na całość, wychodzić z najgorszych opresji. Być może dlatego u nas właśnie zaczęła się cała ta ruchawka związana z demontażem byłego systemu. A jeszcze dodatkowo pisarstwo obecnego tu Vincenta V. Severskiego nastręcza tę cudowną trudność, którą od zawsze podziwiam i która mnie fascynuje, że opowiada o ludziach niejednoznacznych. To jest wspaniałe.

damiecki-severski-2

M.J.: Ukazanie ludzkiej niejednoznaczności w literaturze czy kinie jest w gruncie rzeczy najtrudniejsze.

G.D.: Ale też chyba najbardziej interesujące.

V.S.: W świecie, który opisuję, dobro i zło jest wyraźnie zdefiniowane, w podziale na dobro i zło nie ma wątpliwości.

M.J.: To imponujące, co pan mówi, bo przecież żyjemy w czasach zupełnej ambiwalencji.

V.S.: Oficer wywiadu w swojej filozofii istnienia, etyce, moralności musi mieć jasno zdefiniowane, gdzie jest dobro, a gdzie zło. Tu zatem wątpliwości nie ma. One powstają wraz z pojawieniem się ludzi. Są trudni do zdefiniowania – czy są dobrzy, czy źli.

M.J.: Człowiek jako element rozsadzający każdy koncept?

V.S.: Jeżeli weźmiemy prostą literaturę, jak opowieści o Bondzie Iana Fleminga, to nie ma wątpliwości, gdzie jest dobro, a gdzie zło. I ludzie są też tak jednoznacznie określeni – wiemy, kim jest Stavro Blofeld. Ale gdy sięgniemy po literaturę Johna le Carré, wiadomo oczywiście, kim jest Karla, że to zła postać, a Smiley jest dobry, ale oprócz nich jest cała masa postaci, o których nie wiemy, jakimi są ludźmi. To trzeba dopiero w całym procesie rozwikłać.

M.J.: W pana powieściach też tak jest. Nie dzieli pan świata na czarny i biały, jak to jest, według wcześniejszych pana słów, w filozofii agenta. Szwarccharakterowi daje pan albo jakieś powiedzonko, albo sposób bycia, który czyni go nam bliższym.

V.S.: Literatura ma swoje prawa, muszę te postaci w określony sposób tworzyć.

M.J.: Grając Konrada Wolskiego w serialu „Nielegalni”, chciał pan być Jamesem Bondem?

G.D.: Skoro mowa o dobru i złu, to moim podstawowym marzeniem jest móc następnego poranka obudzić się i spojrzeć w miarę spokojnie we własne odbicie – to codzienne marzenie, wiele osób ma z tym problem. Natomiast jeśli chodzi o całą tę przygodę i to, co się wydarzyło w ostatnim czasie w moim życiu w związku z tym serialem, to fascynująca przygoda, bo ona jeszcze raz potwierdza zasadę, że ilość zła w dobru równoważy ilość dobra w złu. Mnie jako artyście zawsze jest blisko do konstrukcji, które zakładają, że człowiek jest niejednoznaczny.

M.J.: Nie wiem, czy łatwiej się żyje z tą świadomością.

G.D.: Nie, nie żyje się wcale łatwiej. Ale jest to bardzo ciekawe. Aby bronić jakiejkolwiek postaci, w której jest zapisane jakieś zło, trzeba próbować ją zrozumieć, i, odwracając to lustereczko, jeżeli gra się postać absolutnie pozytywną, to trzeba w niej również znaleźć ciemne strony, dlatego że wszyscy je mamy po prostu. Inaczej taki bohater będzie jednowymiarowy. Już nawet nie chodzi o to, że jest to nieciekawe z punktu widzenia „marketingowego”, tylko to po prostu nieprawda, tacy nie jesteśmy. Materiał, który dostałem do czytania, absolutnie kierował moją wyobraźnię w tę stronę, dlatego stwierdziłem, że warto wyjść z domu i oddać swój czas. Jak mawiał mój mistrz, pan Gustaw Holoubek, do pracy warto przychodzić tylko wtedy, kiedy pada odpowiedź na sakramentalne pytanie: po co? W tym wypadku odpowiedź jest absolutnie jasna.

damiecki-severski-3

M.J.: Chciałoby się spreparować pytanie do pana Severskiego, czy więcej jest w nim zła czy dobra? Jako autor swoich powieści jest pan fascynujący pod kątem, o którym wspomniał pan Grzegorz. Zastanawiam się też nad tym, jakie pan musi mieć IQ, żeby to wszystko ze swojego życia wychwycić i przekuć na fikcję literacką, odpowiednio podać i odprawić pewną misję.

V.S.: Wśród nas, byłych czy aktualnych oficerów wywiadu, jest wielu takich, którzy bardzo dobrze piszą. Nawet bym powiedział, że piszą lepiej ode mnie, mają też życiorysy pełne ciekawych wydarzeń i przygód. Rzecz w tym, że tylko ja się w pewnym sensie odważyłem to zrobić – akurat taki był splot okoliczności, że mogłem. Największy opór wywołuje wśród kolegów i koleżanek tzw. wyjście z cienia.

M.J.: Albo, nazywając to brutalniej, zdjęcie kagańca?

V.S.: Raczej wyjście z cienia. Przed odejściem ze służb pełniłem już takie funkcje, że mogłem sobie na to pozwolić, natomiast wizerunek większości kolegów wciąż pozostaje tajny. Tymczasem nie da się być autorem bez twarzy, dzisiaj trzeba bronić swojej książki. Zresztą, kiedy oddawałem moją książkę wydawcy, myślałem naiwnie, że ją wydam i będę sobie cichutko siedzieć, a ludzie będą czytać. Tak się nie da.

M.J.: Na ile w swojej szczerości wobec czytelnika może pan przekraczać pewne granice?

V.S.: Są dwie szczerości. Jedna jest moja jako człowieka, nie pisarza – aczkolwiek to są moje dwie nierozerwalne tożsamości, jako pisarz jestem też normalnym człowiekiem, mam swoje ludzkie życiowe sprawy (jednak sposób na życie wybrałem inny niż wszyscy pozostali cywile). Ale jeżeli przeżyłem tyle lat w tym zawodzie i nie wpadłem…

M.J.: 27 tych lat było?

V.S.: Prawie 30. …To znaczy, że dobrze działałem, nie zrobiłem nic, co by mi zagroziło (choć było gorąco nie raz). Natomiast wiem, co mogę napisać i ta moja szczerość jako człowieka, jako autora jest wyznaczana granicami ludzkiego wymiaru. Jest oczywiście też wymiar zawodowy, w którym się poruszam. Powtarzam to, bo to bardzo dobra maksyma (zresztą przyjęliśmy ją jako swoją): wszystkie nazwiska, daty, miejsca, na podstawie których można skojarzyć konkretne fakty z naszej pracy, są tajne i idą z nami do grobu, a właścicielem tych informacji jest wyłącznie państwo polskie. My nie mamy prawa nimi dysponować, bo całą tę wiedzę zdobyliśmy w ramach służby dla Polski. Natomiast wszystko to, co pomiędzy – emocjonalność, język, ten świat, ten czar, zdarzenia, opisy miejsc, zapachy – to wszystko jest nasze i o tym możemy pisać. To prawdziwa proza. Nie chodzi przecież o to, by napisać, że facet nazywał się tak i tak, a spotkał się z tym i tym. Proza jest wtedy, kiedy miejsce jest ciekawe, ładnie pachnie, świeci słońce i jest interesująca rozmowa między dwiema osobami. A gdybym w którejś z książek zdradził jakąś tajemnicę, to byśmy tu dziś nie gadali.

M.J.: Zapewne przydatne byłyby lekcje u jakiegoś specjalisty od medialnego istnienia, jak bezboleśnie wyjść z cienia i wejść na świecznik. Dawać twarz jako ambasador własnej prozy – to bardzo trudne zadanie. Dla pana Grzegorza pewnie byłoby to łatwe dzięki dyplomowi aktora.

G.D.: Nie, nieprawda. W moim wypadku szkoła teatralna była kołem ratunkowym, które postanowiłem sam sobie rzucić, ponieważ byłem człowiekiem chorobliwie wstydliwym. Głównie to mną kierowało. Na szkołę teatralną zdecydowałem się nagle, wcale nie było tak, że pochodząc z aktorskiego domu, od dawna wiedziałem, co będę robił. A ponieważ byłem człowiekiem od urodzenia nieśmiałym i chciałem zrobić coś z tym ogromnym dla mnie problemem, zdecydowałem się na szkołę, mając nadzieję, że ona mnie w jakiś sposób otworzy. Nie otworzyła mnie, natomiast pomogła radzić sobie z tym defektem. Zresztą wydaje mi się, chociaż nigdy nie byłem agentem i chyba już nim nie zostanę, że to są bardzo pokrewne zawody.

V.S.: Powiem więcej: miałem oficerów, którzy byli aktorami.

M.J.: Aktorstwo zawsze się gdzieś przydaje, ale jeżeli chodzi o tę branżę, ten świat agentów, czy ma pan narzędzia, żeby zweryfikować kogoś takiego jak agent?

G.D.: Pewnie są to bardzo niedoskonałe narzędzia, chociaż wydaje mi się, że jestem na swój sposób, na swój własny, prywatny użytek, całkiem niezłym domowym psychologiem i może to zabrzmi buńczucznie i zarozumiale, ale na ogół się nie mylę w pierwszych swoich instynktach i wyczuwaniu drugiej strony. Kieruję się instynktem w stosunkach międzyludzkich, a także, choć to niemal nieprawdopodobne, w wyborze konkretnych propozycji zawodowych. Uważam również, że coś takiego jak doświadczenie w ogóle nie istnieje – nie wiem, jak to widzi pan Vincent i pana zdania jestem bardzo ciekaw. Każdy przypadek jest zupełnie nowy, a to, co nazywamy doświadczeniem, często mylimy z rutyną. Rutyna zaś może zgubić człowieka.

damiecki-severski

M.J. Mylimy to też z arogancją, prawda?

G.D.: Owszem. Myślę, że w obu tych zawodach rutyna i arogancja mogą zgubić człowieka. W mojej pracy posługuję się refleksem, często towarzyszy mi brak refleksu i wtedy jest słabo, dlatego uważam, że te zawody są bardzo pokrewne.

V.S.: Zgadza się, ale my bardzo często doszukujemy się pokrewieństwa akurat nie tam, gdzie ono między naszymi zawodami jest największe. Wydaje się, że każdy szpieg powinien umieć grać. Oczywiście to prawda, my też gramy. Kiedyś w naszej szkole młodzi oficerowie mieli zajęcia z gry aktorskiej. Byli do tego przygotowywani, ale nie to jest najważniejsze. Najistotniejsza jest w zasadzie inteligencja. Podstawą jest, by ten inteligentny człowiek w ocenie wyzwań, które przychodzi mu zrealizować, potrafił dokonać autoanalizy, przejrzeć samego siebie, zrozumieć swoje ograniczenia i możliwości, ocenić osobistą konstrukcję i własne deficyty oraz rzeczywistość, która go otacza. Tak jak aktor bierze rolę, której jest w stanie podołać.

G.D.: Aktor postępuje tak pod warunkiem, że myśli.

V.S.: Oczywiście są też oficerowie, którzy nie myślą. Natomiast najistotniejszy jest moment podjęcia decyzji: czy to jest rola, jaką jestem w stanie zagrać. Szpieg również dociera do takiego momentu, w którym ocenia, czy danej sprawie podoła. Dobry szpieg musi umieć powiedzieć: szefie, nie dam rady tego zrobić, albo boję się. I to jest dopiero ten prawdziwy oficer wywiadu, który zna się na rzeczy.

G.D.: A zatem jesteśmy w teatrze na etapie początku prób. Dlaczego mówię o instynkcie? Wielokrotnie sprawdzało mi się – również, gdy patrzyłem na ludzi, których szanuję, cenię i z których zdaniem się liczę – jak wielką rolę odgrywa instynkt w doborze środków (a w przełożeniu na język pracy szpiegowskiej: na wybór pewnych określonych zachowań). Jak duży wpływ mają pierwsze decyzje, podejmowane w sposób kosmiczny, niezwiązany z jakimkolwiek racjonalnym rozumowaniem. Paradoksem mojego zawodu – a przynajmniej moim osobistym paradoksem w tym zawodzie – jest fakt, że im bardziej zależało mi na czymś, tym bardziej uporczywie telefon milczał. Gdy troszeczkę odpuściłem i zacząłem bardziej akceptować to, czego tak strasznie w sobie nie lubię, pojawiły się ciekawsze propozycje. Do tego również zaczęły się przydarzać różne sytuacje życiowe, które mnie do tej pory oszczędzały, życie zaczęło odkładać jakieś blizny i szramy na twarzy, i na duszy również. Bardzo dotyka mnie dramat ludzki, bardziej niż komedia ludzka dotyka mnie dramat i wątpliwości człowieka. Myślę, że bez wątpliwości szpieg nie przetrwałby ani jednego dnia. Czy pan to potwierdzi?

V.S.: Chciałbym odnieść się do tego, co pan powiedział wcześniej. Mamy jeszcze jeden wyraźny punkt styczny. Jeżeli ktoś bardzo chce być szpiegiem, to nigdy nim nie będzie. Im bardziej tego chcesz, tym mniejsze masz na to szanse.

 

fot.: Tomasz Sagan

Autor

Magdalena Juszczyk – dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym „HeyNow na miasto”. Potem było Radio PiN, codzienny „Kalkulator kulturalny” i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu „W Dwójce raźniej”. Za emitowany w Telewizji Kino Polska „Program obowiązkowy” nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

Przeczytaj również

Walentynki

Kolokwialnie mówiąc, miłość powinna być jak dobry monopolowy: siedem dni

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter