David Lowery: Oddać hołd legendzie

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
David Lowery poczyna sobie w Hollywood coraz odważniej. W „Wydarzyło się w Teksasie” reinterpretował mit Bonnie i Clyde’a, w „Ghost story” pod prześcieradłem schował Caseya Afflecka. Właśnie zrealizował film, który ma być ostatnim aktorskim zadaniem samego Roberta Redforda. Zupełnie nieoczekiwanie „Gentleman z rewolwerem” to hołd dla aktora, jego ekranowej partnerki – fenomenalnej Sissy Spacek, ale i takiej Ameryki, której już nie ma.

Photo-28-Forrest-giving-up

Wydaje się, że podobne historie do tej w „Gentlemanie z rewolwerem” widzieliśmy już wcześniej. Zarówno Robert Redford, jak i Sissy Spacek powtarzają w pewnym stopniu swoje najbardziej znane wcielenia. Redford z „Żądła” i „Więźnia Brubakera”, Spacek – z „Badlands” Malicka czy „Córki górnika”. Mimo tego nostalgicznego zabarwienia film wydaje się niezwykle świeży i aktualny. Jest też niezwykle zabawny. A to chyba nie bardzo w twoim stylu.

Tak, momentami wydaje się, jakbyśmy cofali się w przeszłość. Bardzo chciałem w jakiś sposób pokazać dawne, legendarne wcielenia Roberta i Sissy. Mniej więcej pięć lat temu to Robert przyniósł mi tę historię w formie prasowego artykułu Davida Granna z „New Yorkera” i powiedział, że chce koniecznie zagrać Forresta. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa, to w końcu sam Robert Redford! Wiedziałem, że nie ma co dłużej szukać odtwórcy głównej roli. Jeśli natomiast chodzi o rolę Jewel – tu nie miałem nikogo szczególnego na myśli. Może poza Meryl Streep (śmiech), ale to by było chyba zbyt oczywiste. Potem zdałem sobie sprawę, że na półce mam prawie wszystkie filmy z Sissy Spacek! Scenariusz zacząłem pisać już z nią w głowie. Wysłałem jej pierwszy draft, modliłem się, żeby chciała go przeczytać. Umówiliśmy się też na rozmowę na Skypie, co samo w sobie było trochę nierealne. I trzymałem kciuki, żeby się zgodziła. Miała bardzo dużo świetnych pomysłów co do scenariusza, różnych rozwiązań narracyjnych, doskonale „czuła” Jewel. Nawet lepiej ode mnie. Zresztą, co ja – prawie czterdziestolatek – wiem o kobietach (śmiech). Sissy i Bob wnieśli do swoich ról doświadczenie zdobywane przez lata pracy na planach hollywoodzkich produkcji. Oni już nic nie muszą, a mogą bardzo wiele. Postanowiliśmy się tym pobawić. Mam wrażenie, że całe moje dotychczasowe życie prowadziło mnie ku temu filmowi, tym rolom i tym aktorom. Filmy z Redfordem oglądałem za dzieciaka z moim tatą, widzieliśmy pewnie wszystko. Podobnie z Sissy. „Badlands”, „Córka górnika”, „Rzeka” – nawet jeśli wcześniej się nie znaliśmy, dzięki tym właśnie filmom i rolom miałem wrażenie, że wiem o niej wszystko. Oboje są legendami w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Nie czułeś się wobec tego trochę dziwnie, udzielając im wskazówek na planie?

W ogóle oboje maksymalnie skracają dystans, pozwalają wejść w ich specyficzny świat. Jestem pewien, że widzieli już niejedno i niewiele jest też ich w stanie wyprowadzić z równowagi. Dopuścili mnie do siebie w najbardziej słodki ze wszystkich możliwych sposobów. Lubię myśleć, że może choć przez krótką chwilę traktowali mnie jak członka rodziny.

Photo-6-Forrest-and-Jewel-as-service-station

„Gentleman z rewolwerem” w ogóle nie wygląda jak film Davida Lowery’ego. Wydaje się na pierwszy rzut oka wyjątkowo tradycyjny, z nutką melancholii. A ty jesteś przecież znany z zamiłowania do eksperymentów formalnych i narracyjnych. Jak udało się pogodzić te, wydawałoby się, sprzeczne interesy?

Też mi się czasem wydaje, że to jest film niemal jak ciepły koc – koi i leczy. Z drugiej strony „Wydarzyło się w Teksasie” czy „Ghost Story” wcale nie wydają mi się dużo bardziej eksperymentalne od „Gentlemana z rewolwerem”. Pokazuję w końcu starszych ludzi, którzy cieszą się życiem i czerpią z niego garściami, co w dzisiejszych czasach wcale nie jest takie oczywiste. Ta historia znajduje się z dala od mojej strefy komfortu i w tym sensie to dla mnie kolejny eksperyment: w tonie, tempie, atmosferze, bohaterach. Po raz pierwszy w życiu starałem się zrobić coś w miarę lekkiego i zabawnego, co mi się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Po raz pierwszy też na podobne ekscesy namawiałem swoich aktorów, a to zupełnie inne, nowe terytorium. W dodatku kogo – prawdziwe legendy aktorstwa. Uwierz mi, nie było lekko powiedzieć Robertowi Redfordowi, żeby próbował zachowywać się jak nastolatek na pierwszej randce, kiedy umawia się z Sissy Spacek (śmiech). Jest w filmie taka scena: znajdujemy się w przydrożnej knajpie. Kamera odjeżdża, dystansuje się od Boba i Sissy, a widzowie obserwują, że tradycyjna amerykańska restauracja pełna jest dzieciaków i gdzieś pośrodku siedzą oni, dorośli ludzie, w jesieni życia. Przyszli na kawałek ciasta i słabą kawę, ale cieszą się swoim towarzystwem i to zdaje się im w zupełności wystarczać. Uciekają wzrokiem, rumienią się, próbują czymś zająć ręce. Czyż to nie wspaniałe? Bohater Boba poszedł pierwszy raz do więzienia w wieku 13 lat, więc tak naprawdę nigdy nie był zwyczajnym nastolatkiem. Nie chodził na pierwsze randki, nie wygłupiał się z kolegami. Dla niego prawdziwe życie zaczęło się zdecydowanie zbyt wcześnie. Chciałem, żebyśmy wszyscy uwierzyli, że ta dwójka może być równie szalona i nieprzewidywalna, że jest możliwy powrót do przeszłości i poczucie się znowu młodym, pięknym i ciekawym świata szesnastolatkiem. 


Reklama
Advertisement

Nastolatkiem, czy inną, trochę starszą wersją Bonnie i Clyde’a?

Ach, masz na myśli tę scenę u jubilera! Nie zdradzajmy zbyt wiele, wystarczy powiedzieć, że oczywiście w „Gentlemanie z rewolwerem” nawet nie staraliśmy się unikać nawiązań do Bonnie i Clyde’a. Porównania same się nasuwają. I dobrze!

Na konstrukcję mitu Bonnie i Clyde’a wpływ miały także miejsca, w których się z impetem pojawiali. Z Forrestem i Jewel jest chyba podobnie. Małomiasteczkowa Ameryka to wspaniały trzeci bohater. Ale skąd pomysł, żeby tytułowy gentleman mieszkał naprzeciwko cmentarza?

Z potrzeby wolności! Tyle tam przestrzeni, ciszy i spokoju! Poza tym, z daleka widać, czy na horyzoncie nie pojawia się policja. I mnie i Robertowi lepiej oddycha się na wolnej powierzchni, w otwartych przestrzeniach, których nie ogranicza szkło i beton. Kiedy byłem w liceum, jedyne, o czym marzyłem, to żeby pojechać do Nowego Jorku i tam osiąść na stałe. Potem kiedy spędziłem tam trochę czasu, okazało się, że to miejsce niesamowicie klaustrofobiczne i po prostu nie pasowało do mojej wrażliwości. Uwielbiam przebywać w Nowym Jorku, uwielbiam Londyn, ale to nie są moje miejsca na świecie. W skrócie: dużo lepiej mi się pracuje, jeśli wokół siebie mam dużo miejsca, powietrza, natury. To moje strefy komfortu, tam po prostu oddycham pełną piersią.

Photo-83-David-Lowery-speaking-to-Sissy

Odczuwasz czasem sentyment za starymi czasami, dawną Ameryką, jaką znamy ze starych filmów, pocztówek i piosenek? Czasami, kiedy wszystko wydawało się prostsze?

Chyba jak każdy. Może się już zresztą starzeję, ale uwielbiam stare, przydrożne knajpy, „diners”, odległość od dużych miast, niespieszne życie na wsi. Naoglądałem się w życiu sporo kina drogi. Myślę jednak, że moim podstawowym punktem odniesienia były tak naprawdę filmy, w których zagrali Sissy i Bob. One mnie ukształtowały i sprawiły, że jestem takim człowiekiem, jakim jestem. Ogromne wrażenie wywarło na mnie „Badlands” Terrence’a Malicka. Moim zdaniem Sissy wciąż ma w sobie tę dziewczynkę, którą była, grając u boku młodego, pięknego, buntowniczego Martina Sheena. Albo „Córka górnika” – cały czas mam przed oczami scenę, kiedy Sissy siedzi na ganku z gitarą w ręku. To jest to, co chciałem pokazać w „Gentlemanie z rewolwerem”, nie dosłownie, ale duchy tamtych ról wciąż są w obojgu. Wokół nich budujemy naszą historię. Zresztą, sama dobrze wiesz, że kiedy da się Bobowi do ręki rewolwer, nawiązania do „Butcha Cassidy i Sundance Kida” są nieuniknione. Nic na to nie poradzimy! (śmiech)

Trochę chyba jednak oszukujesz z tym rewolwerem, bo go właściwie nigdy nie widać! Bohater grany przez Redforda zazwyczaj blefuje.

Rzeczywiście, to rodzaj ukrytej metafory. Mieszkam w Teksasie, choć pochodzę z Wisconsin i wiem, że tam broń jest po prostu wszędzie! Nie musisz jej widzieć, ale dobrze wiesz, że noszą ją absolutnie wszyscy: w sklepie, w barze, w kościele. Z pistoletu strzelałem tylko raz i kompletnie mi się to nie podobało. Potem pomyślałem, że to w sumie ironiczne, żeby w filmie z rewolwerem w tytule nie było żadnej broni. Nie chciałem jej w żadnej mierze fetyszyzować, więc jej nie pokazujemy. 

W porządku, to blef, ale zdradź, proszę, czyj to był pomysł, żeby włączyć do filmu ten jeden słynny, charakterystyczny gest sugerujący tożsamość z „Żądłem”? Mam na myśli oczywiście to legendarne dotknięcie palcem czubka nosa przez Caseya Afflecka.

Kiedy kręciliśmy tę scenę, nie miałem pojęcia, że Casey to zrobi. Scenę z nim i Bobem filmowaliśmy dwiema kamerami, ja przyglądałem się tej skierowanej na Boba. Kiedy skończyliśmy ujęcie, Casey spytał, czy widziałem, co zrobił. Nie miałem pojęcia, więc wspólnie obejrzeliśmy tę scenę. Wygląda to cudownie i jest piękną klamrą wszystkiego, co zrobiliśmy do tej pory. Potem Casey przyznał się, że zawsze chciał zrobić ten gest, tylko czekał na odpowiedni film i odpowiedni moment. Nie wyobrażam sobie piękniejszego hołdu dla „Żądła” i Roberta niż ten jeden drobny gest Caseya Afflecka w tamtym konkretnym momencie.

Photo-81-David-Lowery-in-Jewels-house-with-Forrest

Czy kiedy zaczynaliście prace nad „Gentlemanem…”, wiedzieliście już, że to będzie ostatni film, w jakim zagra Robert Redford? 

Nie miałem pojęcia o jego decyzji, dopóki mi sam nie powiedział, już w trakcie zdjęć. Chyba trochę mnie to wszystko w pewnym momencie przerosło. To olbrzymia odpowiedzialność pojawiać się w filmografii Redforda na ostatnim miejscu. Nie było jednak żadnych rzewnych pożegnań. Robert wydawał się bardzo szczęśliwy, kiedy powiedzieliśmy na koniec „Mamy to”. Takiego szczęśliwego go jeszcze nie widziałem. Kiedy po jego ostatniej scenie powiedziałem „Cięcie”, odparł tylko: „To kończymy” i już. Kiedy rzeczywiście mieliśmy się już rozjechać do domów, Bob stanął na środku i powiedział kilka słów do ekipy. Potem wsiadł do samochodu i tyleśmy go widzieli. Myślę, że dzięki tej roli dostał szansę pięknego pożegnania. Starałem się mu ją dać najlepiej, jak umiem. Myślę, że jest zadowolony z naszego wspólnego wysiłku.

 

fot. M2 Films

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama

Reklama