Katarzyna Zawadzka: Primabalerina polskiego kina

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Filigranowa, ale uścisk dłoni ma stalowy. Piękna zewnętrznie i wewnętrznie. Delikatna i silna jednocześnie, tego wymaga zawód, który wybrała. Wie, czego chce – małymi krokami osiąga cele. Delektuje się sukcesami. Miała być primabaleriną, została aktorką. Dziś nie żałuje, bo aktorstwo daje jej namiastkę dziecięcych marzeń i dużo więcej, niż chciała. Idzie pod prąd. Kiedy wszyscy marzą o Hollywood, ona chce grać za wschodnią granicą. Katarzyna Zawadzka – aktorka, o twarzy, której nie da się zapomnieć.

Jako że telewizja kłamie, a my w Anywhere.pl mówimy prawdę, to mam prośbę, wstań, proszę, na chwilę. Ile masz centymetrów wzrostu?

Bez kłamstw, 164 centymetry.

A na stopach są szpilki. Zaczęłam ten wywiad w ten sposób nie bez powodu. W zawodzie aktorskim nie potrzebujesz wysokiego wzrostu, ale do aktorstwa dojrzałaś później. Najpierw wzięłaś udział w konkursie Miss Polski. Co Cię w tym kierunku pociągnęło?

Wychowałam się w małej miejscowości, urodziłam się w Kołobrzegu, ale od siódmego roku życia mieszkaliśmy niedaleko Kołobrzegu. Byłam więc żądna przygód, wielkiego świata, pragnęłam doświadczać różnych rzeczy. Niewiele się działo w mojej miejscowości, a kiedy się coś wydarzało, to lubiłam w tym uczestniczyć. Myślę, że w kierunku konkursu piękności popchnęła mnie ciekawość, co to jest i na czym polega, oraz chęć przeżycia fajnej przygody. Chyba tylko o to chodziło. Umówmy się, mój wzrost jest bardziej pożądany w filmie, przed kamerą, niekoniecznie na wybiegu. Mimo to dotarłam do finału konkursu. Dzięki niemu trochę podróżowałam, pojechałam np. na Wyspy Kanaryjskie. To był fajna przygoda.

Na szczęście modeling Cię nie wciągnął.

Pamiętam dokładnie, jak ogłosili, sponsorów i nagrody w konkursie. Było tam kilka wycieczek, a mnie się marzyły wyjazdy, tego byłam głodna. To był bodziec do wzięcia udziału w konkursie piękności.

katarzyna_zawadzka_1

Może właśnie dzięki temu narodziła się pasja, którą do dziś kontynuujesz. Lubisz zwiedzać ciekawe zakątki, piękne miejsca.


Reklama

Pochodzę z takiego domu, gdzie nie zawsze można było sobie na to pozwolić, więc mobilizowałam się do udziału w różnych konkursach. Jednym z nich był konkurs piękności, innym – recytatorski. Wygrałam kilka wyjazdów, w tym jeden do Szwecji. Poza tym przez 14 lat tańczyłam w zespole tańca ludowego, z którym co roku wyjeżdżaliśmy na występy do Danii, Francji i Niemiec. To mi dawało możliwość podróżowania, poznawania świata, poszerzania horyzontów. Myślę, że od zawsze miałam pragnienie, żeby tak wyglądało moje życie. Teraz kiedy tylko czas mi na to pozwala, staram się dużo podróżować. Daje mi to potężny reset, ogromny dystans do wszystkiego i poszerza świadomość.

Skąd w dziewczynie z okolic Kołobrzegu znalazła się chęć studiowania w krakowskiej szkole teatralnej? Cudownym zrządzeniem losu trafiłaś na mocny rok. Studiowałaś m.in. z Dawidem Ogrodnikiem i Mateuszem Kościukiewiczem.

Faktycznie, zacne grono się trafiło. Ogromne talenty i szczęście, że mogliśmy razem pracować. To jest bardzo ciekawa historia, bo nie myślałam o aktorstwie. Jak sobie przypominam siebie jako dziecko, czy w późniejszym etapie, przez to, że tańczyłam w zespole ludowym, to moim największym marzeniem był taniec. Oczami wyobraźni widziałam siebie jako tancerkę baletową. Chciałam nią być. Pamiętam kilka sytuacji, w których potrafiłam moim rodzicom powiedzieć, że żałuję, iż nie urodziłam się w Rosji. Gdybym urodziła się w Rosji, to na pewno zostałabym wysłana przez rodziców do szkoły baletowej, bo tak najczęściej się tam dzieje. Taniec był częścią mnie, marzeniem, czymś, w czym widziałam przyszłość, a w tej przyszłości siebie. Rzeczywistość zweryfikowała marzenia, ponieważ posłanie mnie do szkoły baletowej nie było takie oczywiste. Najbliższa była w Poznaniu. Nie pojechałam, ale temat tańca cały czas się przewijał, urabiałam rodziców nieustannie. Mój Tato swego czasu miał własną grupę kabaretową, jeździł na różne przeglądy. Na jednym z wyjazdów poznał Halinę Puc, choreografkę i szefową Zespołu Pieśni i Tańca Ludowego w Kołobrzegu. Pamiętam, że kiedyś pojechałam z ojcem na taki przegląd i totalnie odjechałam, zakochałam się w tym, co zobaczyłam, bo zobaczyłam ukraiński taniec, tzw. hopak. Żywioł tej muzyki, energia, która płynęła z tego tańca, oczarowała mnie, byłam pod ogromnym wrażeniem. Nie dawałam rodzicom spokoju. W końcu, w wieku 7 lat Tata zawiózł mnie na pierwsze zajęcia i tak zostałam w zespole 14 lat. Później nie miałam na siebie pomysłu. Wiedziałam, że chcę zajmować się pracą artystyczną, chcę tańczyć, chcę mieć kontakt ze sceną, ale też wiedziałam, że nie mogę przyszłości wiązać z tym zawodem, ponieważ nie mam podstaw, czyli edukacji ze szkoły baletowej. Bez tego ani rusz, więc postanowiłam znaleźć sobie substytut tańca i pomyślałam o szkole teatralnej. Taniec, ruch, kontakt z ciałem, świadomość ciała są wpisane w ten zawód.

Tak, uczycie się tego na różnych etapach szkoły teatralnej.

Poczułam, że mogłabym zostać aktorką, że ten zawód da mi to, o czym marzyłam i wiele innych przestrzeni, które poznałam, będąc już w szkole teatralnej. Postanowiłam zdawać do tej szkoły, co też nie było oczywiste, bo dostałam się do niej w wieku 23 lat. Łatwo policzyć, że moje próby i wysiłki trochę trwały.

A ile ich było w sumie?

Zdawałam dwa razy do Warszawy i tu nie przeszłam nigdy pierwszego etapu.

Poważnie? Kto Cię skosił?

Nie wiem. Mało co w ogóle pamiętam z tych egzaminów, byłam tak zestresowana. Wymyśliłam sobie i czułam głęboko, że miejscem docelowym będzie Warszawa, że chcę tu być, więc po technikum ekonomicznym.

Umie pani liczyć? Świetnie (śmiech). 

Powiedzmy, kiedy trzeba, to się to przydaje (śmiech). Miałam rok w plecy, bo to trwało 5 lat i zdarzyło się tak, że gdy po technikum byłam zdecydowana, że będę zdawać do szkoły teatralnej, to troszkę pomyliły mi się terminy i nie zdążyłam zgłosić papierów.

katarzyna_zawadzka_2

Biedactwo.

Roztrzepana byłam, widocznie tak miało się ułożyć. I oczywiście marzyła mi się Warszawa i tylko Warszawa. Wiedziałam, że kończę technikum i chcę wyjechać do stolicy. Ale nie złożyłam na czas papierów do Akademii Teatralnej, więc znalazłam prywatną szkołę. W prywatnej szkole Machulskich byłam dwa lata, a w międzyczasie zdawałam jeszcze raz do szkoły teatralnej. Moje pragnienie było tak silne, że nie było konstruktywne, a wręcz spalające. Niewiele z tych egzaminów pamiętam, jedynie to, że wchodzi się na egzamin, siedzi szanowna komisja, ktoś proponuje szklankę wody. Pamiętam, że brałam tę wodę i ręka okropnie mi drżała.

Myślę, że oni są do tego przyzwyczajeni. Są przyzwyczajeni do nerwów młodych, przyszłych aktorów.

Myślę, że są. Nie pamiętam dokładnie, co się wtedy zadziało, byłam tak zestresowana. To był niewyobrażalny, ogromny poziom stresu. Poległam. Kontynuowałam więc naukę w szkole u Machulskich i po roku jeszcze raz postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Zdawałam do Łodzi, tak przeszłam trzy etapy egzaminów, ale też się nie dostałam. I tak naprawdę to było super, ponieważ pewnego pięknego dnia, będąc u Machulskich na zajęciach, przechodziłam koło gabloty, w której były różnego rodzaju ogłoszenia. Zobaczyłam ogłoszenie, że szkoła baletowa w Warszawie organizuje casting do musicalu „Dirty Dancing” w Niemczech. Informowali, że jest to kontrakt na prawie rok, trzeba wyjechać i jest się tam na miejscu najpierw przez okres dwóch miesięcy na próby, a potem odbędzie się tournée po Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Ja jestem pokoleniem, które się wychowało na „Dirty Dancing”, był to jeden z moich ulubionych filmów, widziałam go naprawdę wiele razy. Postanowiłam sobie, że pójdę na casting. Dostałam się do tego musicalu. Grupa tancerzy składała się z pięciu mężczyzn, pięciu kobiet i głównie byli to ludzie po szkołach baletowych, tańcach towarzyskich. Ja byłam jedyną po tańcach ludowych, więc czułam się na początku trochę jak z innej bajki, ale to jedno z moich bardzo ważniejszych doświadczeń życiowych. I było spełnieniem marzenia o tańcu.

Połączeniem jednego z drugim, aktorstwa z tańcem.

Tak. Myślę, że to była największa rzecz, jaką mogłam zrobić bez szkoły baletowej, jedynie po tańcach ludowych. Znaczyło to dla mnie bardzo dużo i na pewno dodało mi skrzydeł, poczucia wartości. Wspaniały czas, cudowny pod względem ludzkim, pod względem przygód, intensywności. Pracowaliśmy z cudownym choreografem z Nowego Jorku. Kiedy wróciłam z Niemiec, postanowiłam zawierzyć losowi. Miałam pomysł, byłam dowartościowana po rocznej pracy z fantastycznymi ludźmi, a przede wszystkim zrobiłam ogromny postęp, jeśli chodzi o taniec. To było niesamowite, bo wtedy poczułam, że ostatni raz powinnam zawalczyć o szkołę teatralną. Był we mnie niespotykany wcześniej spokój dotyczący przyszłości i wtedy złożyłam dokumenty do Krakowa.

I to był strzał w dziesiątkę.

Dokładnie. Dostałam się za pierwszym razem, mając 23 lata, będąc już dosyć dojrzałą przyszłą aktorką w porównaniu do moich kolegów. Niektórzy z nich dostali się do szkół od razu po maturze, więc dzieliły nas jakieś cztery lata. Ja stwierdziłam, że tak po prostu musiało być. Może właśnie przez ten wewnętrzny spokój, przez to doświadczenie musicalu i naukę mogłam podejść do egzaminów na PWST w Krakowie. To był najlepszy czas, kiedy mogłam się tam znaleźć. Z perspektywy widzę, że jakoś się to wszystko ułożyło.

Wszystko jest gdzieś zapisane. Gdybyś dostała się do szkoły teatralnej w Warszawie, nie ruszyłabyś w taneczny tour, nie nabrałabyś doświadczenia. Kiedy skończyłaś szkołę teatralną, to zdaje się, że profesor Jan Peszek powiedział bardzo ważne zdanie, które trochę mi się kłóci z tym, czego uczycie się na studiach. Aktorzy grają głównie emocjami, a Jan Peszek powiedział, że musicie się uzbroić w grubą warstwę pancerza. Przecież jedno wyklucza drugie. 

Jeszcze jego słowa, że trzeba mieć twardy tyłek, mimo wszystko. On nam bardzo często to powtarzał, że to jest świat piranii i rekinów i żeby z jednej strony pielęgnować tę wrażliwość i dziecko w sobie, żeby cały czas mieć otwartość i ciekawość świata i tego, co nas otacza, z drugiej strony trzeba się naprawdę uzbroić w pancerz, żeby nie zostać skrzywdzonym. Nie znam odpowiedzi na to pytanie, jak to się łączy, i myślę, że nie ma takiej odpowiedzi. To wszystko zależy od tego, w jakim momencie życia jesteśmy, jaka jest nasza struktura, czy pewne sytuacje mogą po nas spłynąć albo przestoje, które się zdarzają w naszym zawodzie. To bardzo trudne. Nagle telefon nie dzwoni i tego czasu masz tak dużo, że na początku nie wiesz co z nim zrobić. Poukładać sobie to wszystko wcale nie jest łatwo.

katarzyna_zawadzka_3

Jednak mam wrażenie, że masz dużo szczęścia do ciekawych ról. W „Chce się żyć” na jednym planie z Maciejem Pieprzycą i Dawidem Ogrodnikiem, z całą wspaniałą obsadą. Z Barbarą Sass, Twój debiut, za którego dostałaś Złotego Lwa podczas festiwalu w Gdyni. Kolejne odsłony Twojej kariery to pasmo sukcesów. Chyba nie ma na co narzekać? Myślę sobie, że urodziłaś się pod szczęśliwą gwiazdą.

Dziękuję, że tak to widzisz. Oczywiście, bardzo to doceniam i naprawdę jestem niezmiernie wdzięczna losowi za sytuacje, które miały miejsce. Masz rację, miałam ogromne szczęście. Oczywiście w sytuacjach, kiedy jesteś rok dalej w swojej karierze, pewne rzeczy się zmieniają, nie ma takiej intensywności, albo dzieje się coś, co jest nie po twojej myśli. Wydaje ci się wtedy, że coś ci umyka, np. castingi, na które bardzo chciałabyś dostać zaproszenie. Zależy ci na nich, bo wiesz, że masz w sobie takie pokłady emocjonalne, czujesz, że naprawdę do tej roli pasujesz. W takich momentach trudno przypomnieć sobie sukcesy, wtedy się myśli inaczej. Czasem jest tak, że super się zaczyna i niespodziewanie kończy. Na tym też polega życie, nie wszystko jest jednostajne. To są pewnie oczywistości, ale trzeba się do tego ustosunkować z jakimś spokojem.

Kiedyś powiedziałaś, że aktorstwo jest tu i teraz, to jest taki zawód, w którym musisz się skupić na tym, co jest tu i teraz, bo inaczej można zwariować.

Tak, niekiedy muszę z tym walczyć, żeby jednak być w tym, o czym sama mówiłam. Ale kiedy to się nie wydarza, to ciężko być tu i teraz, głowa wyjeżdża w przyszłość czy przeszłość, pojawiają się sentymenty, lęki związane z przyszłością. To jest niepewny zawód. Myślę sobie, że z drugiej strony wiele jest niepewnych zawodów i żyjemy w takim świecie, w którym jest masa sytuacji niepewnych. Pewnie dużo osób by powiedziało, że w wielu przestrzeniach zrobiło się mało stabilnie. Ale tu jest o tyle niepewne, że nigdy nie wiesz, co będzie dalej, masz projekt, film, serial, to się kończy i nigdy nie wiesz, czy będzie druga transza, czy coś się wydarzy zaraz po, a z drugiej strony myślę, że jest to ciekawe z racji takiego nieosiadania, tylko życia na energii, która nie pozwala ci rozkokosić się w życiu, tylko musisz cały czas myśleć co dalej, próbować wybiegać w przyszłość i kombinować.

Wracając do tego, co wydarzyło się na początku Twojej kariery, wyobrażam sobie, że współpraca z Barbarą Sass musiała być niesamowita. Jak się układała współpraca z tą wielką polską reżyserką?

Mówią o niej, że to jest reżyserka kina kobiecego i to jest w punkt. Ona szalenie potrafi prowadzić kobiety i role kobiece. Ja czułam się absolutnie zaopiekowana na tym planie, a byłam na maksa zestresowana. Ciekawe, to taka historia, że ja nie do końca wierzyłam, że dostałam tę rolę. Poszłam na casting i dotąd to był jeden z najlepszych castingów, w jakich brałam udział. Dostałyśmy habity, była pełna charakteryzacja. Zazwyczaj tego nie ma na etapie zdjęć, czasem nawet nie ma partnera, tylko reżyser castingu podrzuca ci tekst. A tutaj było tak profesjonalne, że ja wyjeżdżając z tego castingu, myślałam tylko o tym, jaki był wspaniały. Wiedziałam, że będzie tam dużo ról kobiecych i myślałam o tym, że fajnie będzie zagrać u Barbary Sass, cokolwiek. Marzyłam, żeby w ogóle tam być. Na castingu roztaczała aurę spokoju, opanowania, wiedzy. Wiedziała, do czego dąży, wiedziała, co chce od nas uzyskać, już na etapie tego castingu.

Cudowny komfort. Ale dla równowagi, powiedzmy o castingu, który był dla Ciebie najgorszy? Np. casting do „Chce się żyć” zdawał się nie mieć końca. Maciej Pieprzyca długo wybierał aktorów, z którymi chciał pracować.

Nie był to najgorszy casting, ale faktycznie był bardzo długi. Fajnie, jak to się dzieje w miarę szybko, bo wiesz, na czym stoisz. Możesz się z tym zmierzyć, a tu faktycznie było tak, że niby tak, a potem znowu nie. Przez głowę przechodzą różne myśli, np.: Ludzie podejmijcie decyzję, nie trzymajcie mnie dłużej w niepewności! Maćkowi bardzo zależało na tym filmie, to była delikatna historia, tematyka. Nie dziwię się, miał do tego prawo, żeby ten proces był taki długi, żeby się upewnić w swoim wyborze. I myślę, że to miało sens, że akurat w tym przypadku tak długo trwało.

Musiałaś wrócić z wakacji, żeby wyrobić się na ostatni casting.

To prawda.

Ale wróciłaś z emocjami, które nie pasowały do klimatu filmu?

Tak, to w ogóle było ciekawe, że ja byłam totalnie gdzie indziej. Witaminy, słońce, relaks – wszystko się zgadzało, totalny reset, i na drugi dzień po przylocie każą mi wchodzić w najmroczniejsze meandry natury ludzkiej, emocji. Maciek potem do mnie zadzwonił i powiedział, że moja próba była za jasna, promieniowałam, a tu chodziło o inne emocje. Produkcja dała mi tydzień. Polska zima zrobiła swoje, mogłam w sobie znaleźć te przestrzenie, o które chodziło reżyserowi.

Kasiu, powiedzmy jeszcze o Twoich marzeniach. Wiem, że chciałabyś bardziej zaprzyjaźnić się z filmem, choć np. w serialach bardzo dobrze się Ciebie ogląda. Masz taką urodę, że można pokazać Cię w odsłonie kobiet lat 40. XX wieku, 50. Szykuje się jakiś plan filmowy?

Z tymi marzeniami jest tak, że co jest ciekawe, zazwyczaj chce się tego i marzy się o tym, czego się nie ma. Faktycznie nie miałam przez jakiś czas kina, to się wydarzało, ale w mniejszym nasileniu. Jeśli chodzi o seriale, to daje mi to oczywiście jakąś stabilizację i cieszę się, że te seriale są różnorodne. Gram w serialach, w których można poszaleć epokowo, z charakteryzacją, pracą nad rolą i to jest cudowne.

katarzyna_zawadzka_4

Teatr też Cię kocha. „Frankenstein” w Teatrze Syrena, Teatr Polski w Warszawie, krakowska scena teatralna. Zawodowo jednak ciągnie Cię bardziej na Wschód niż na Zachód, to niecodzienne.

Starałam się swego czasu, żeby powalczyć o role na wschodnich planach filmowych. Wysyłałam swoje demo i zdjęcia na castingi, a wszystko dlatego, że gdy byłam na czwartym roku w Szkole Teatralnej, to wybrano mnie ze zdjęcia do jednego z seriali rosyjsko-ukraińskich i jeździłam co jakiś czas do Kijowa. Miałam 25 dni zdjęciowych. Grałam po polsku, bo grałam Polkę. Podobała mi się ich plan filmowy, ten etos pracy, poszanowanie dla artystów, dla aktorów, dyscyplina. Wtedy pomyślałam, że super byłoby iść dalej w tym kierunku. Jedyną przeszkodą była nieznajomość języka. Zaczęłam się uczyć rosyjskiego. Wychodzę z założenia, że jak coś ma przyjść, to się wydarzy, i jeśli mam mieć jakieś połączenie zawodowe ze Wschodem, to cudownie. Natomiast cierpliwie patrzę sobie na to, co się dzieje dokoła mnie i chyba to jest najlepszy stosunek do zawodu i zdrowe podejście.

Czekać – to prośba do Ciebie. Dzwonić do Kasi z propozycjami filmowymi – to prośba do Państwa, którzy nas oglądają. Czy jest w życiu aktorki, miejsce na dziecko? Kiedy to miejsce i odpowiedni czas przychodzą?

Myślę, że dla kobiety jest to ważne doświadczenie i abstrahując od tego, czym się zajmujemy, fajnie jest znaleźć ten czas i przestrzeń, żeby doświadczyć macierzyństwa i dopilnować, żeby pojawił się w odpowiednim czasie.

Zdrowe podejście do zawodu, to lubię. Uwielbiam Cię! Życzę Ci powodzenia i dużo wielopłaszczyznowych ról. À propos, w jakim filmie zobaczymy Cię od marca?

Zapraszam serdecznie na film „Dzień czekolady”, w reżyserii Jacka Bławuta Juniora. To kino familijne, gram tam matkę, po raz pierwszy w życiu. Myślę, że jest to kino przyjemne i z fajnymi treściami. Ocieramy się np. o temat śmierci, odchodzenia, straty. Polecam z całego serca.

Trzymam za Ciebie kciuki.

Dziękuję bardzo.

Autor

Dagmara Kowalska – 181 cm wzrostu, tyle samo optymizmu, uśmiechu i pozytywnej energii składa się na niskociśnieniowca z silnym uzależnieniem od medialnej adrenaliny. Mówi, od kiedy pamięta, więc wybór drogi zawodowej był naturalny. Prócz słowotoku, ma ważną umiejętność słuchania. Zawodowo raczkowała w bydgoskim radiu i telewizji, szkołę dziennikarską przeszła w mediach publicznych: Jedynce i Czwórce. Warsztat telewizyjny doskonaliła w TVN Warszawa, TVP 1, TVP Polonia i TVP Warszawa. W Chillizet codziennie nastawia słuchaczy na chillout i dzieli się historiami swoich gości. Na papier przelewa wszystko to, co nie zmieściło się w eterze. Uzależniona od teatru, kina i motoryzacji. Scena eventowa jest jej żywiołem, wszędzie jej pełno. Działa zgodnie z zasadą: im więcej zadań, tym więcej kreatywności. Zaprasza do swojego świata pełnego inspirujących ludzi. Zajrzycie?

Przeczytaj również

Sky&more

Liderzy polskich lotnisk regionalnych będą rozmawiać o przyszłości branży na

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter