Rozmowy w oczekiwalni – to był dziki kraj

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

W 1991 roku w liceum ogólnokształcącym liczyła się siła. Na tak zwanym mieście zresztą też. W gdańskim Wrzeszczu, gdzie dziś strzelają w niebo wieże Quattro Towers, w Centrum Handlowym „Sukces”, które powstało w halach fabrycznych dawnej zajezdni tramwajowej, chodziło się do tak zwanego „Martensa”. W końcu kupił tam za pół pensji matki COŚ, czego zazdrościła mu cała szkoła. Konkretnie – buty Dr. Martens. Pachnące skórą, które pastował ruchem bardziej delikatnym niż głaskał swoją aktualną dziewczynę Justynę, aby absolutnie nie nanieść czarnej pasty na kultową żółtą nitkę, będącą jednym z najważniejszych atrybutów tych arcybutów. 

Co z tego, jeśli już uciułał kasę dumnie wychodząc ze sklepu z, dziś byśmy powiedzieli, ekologicznym szarym kartonem z czarno–żółtym logo Martensa, kiedy już kilka dni później stało się to, czego obawiał się najbardziej. Pojechał na piwo do pubu do Gdańska – wtedy, aby napić się tego trunku nikt nie śmiał jak dziś szukać miejscówki do wypicia go lokalnie, obok bloku z wielkiej płyty. Skroili go od razu. Dwóch, może Skinów, może Punków, nawet nie protestował, kiedy kazali zdjąć „Marteny”, na początek wybijając mu kilka zębów pięścią uzbrojoną w czerwoną zakrętkę hydrantu będącą popularnym kastetem. 

Jego dom rodzinny stanowił zimny chów i słowo empatia było dla jego matki jak z innej galaktyki. Od razu dostała napadu wścieklizny, że pieniądze na te głupie buciory przecież w połowie pożyczyła, a przede wszystkim, że co to za wstyd na cały 10–cio piętrowy blok, że syn beksa i słabeusz, że pewnie dziewczyna go rzuci itd. Czuł się 25 razy gorzej niż wtedy, jak matka wróciła wcześniej z drugiej zmiany, kiedy już prawie uporał się z zapięciem biustonosza Justyny. Ojciec, który czasem wpadał do ich, jak ją nazywał, nory, czyli mieszkania na 11. piętrze przekształconego z ogólnodostępnej suszarni, wysilił się tylko do bełkotliwego – synu tak już jest. Lepiej siedź w domu.

Wziął sobie to mocno do głowy, choć telewizja mówiła coś zupełnie innego. W serialu „Drużyna A”, pułkownik Smith z cygarem, uwodzicielski i przystojny Buźka, czy obwieszony złotem potężnie zbudowany Mr. T. udawali słabych, by przejść metamorfozę i dokopać tym ZŁYM. Potem zaraz zaczynał się McGyver, który z blond fryzurą, jak śpiewał Kazik „długo z tyłu, krótko z przodu”, z mąki, cukru i wody robił bomby, których używał do wyswobodzenia się z lochów, gdzie więzili go jego wrogowie. 

***

Minęły kolejne nudne lata, dawne seriale zastąpiły nowe, mieszkanie w suszarni, po ostatecznym zniknięciu ojca zamienił na pokój w hotelu pracowniczym w dzielnicy Przeróbka. Elewacja tego przybytku była zbudowana z płyt azbestowych. W zimie lodówka była na parapecie za oknem, latem w wydrążonej obok dziurze, którą nawet nie można nazwać ziemianką.

Był listopad, słuchał stutysięczny raz November Rain Guns N’ Roses, kiedy rozległo się walenie do jego drzwi. Były z czegoś tekturopodobnego, więc pięść uderzająca w nie prawie weszła do wnętrza. Po czym ktoś wszedł do środka. Zaraz przypomniały się mu teksty jego kolegów, którzy szydzili „twój stary maluje płot pachami” czy „twój stary czyta Bravo”. Teraz stał sobie w drzwiach, właśnie ON. JEGO STARY. Pakuj się, rzucił tylko – czekam na zewnątrz. To był jak jakiś trans. Wyszedł w listopadowy deszcz, gdzie, niczym w modnej sesji fotograficznej w kontraście do hotelu robotniczego, niczym z bulwarów Rio de Janeiro, stało najnowsze Porsche 911. Rzucił jeszcze okiem na oblepione zmęczonymi, brzydkimi twarzami zaparowane okna hotelu, prawie czując smród oddechów zepsutych zębów jego mieszkańców. Ojciec, dostojniejszy od celebrytów, płacząc jednym okiem, ponieważ drugie było całkiem nieruchome powiedział – Popełniłem błąd, ale dam ci teraz siłę, z którą tu wrócisz. Za dwie godziny mamy samolot do Brazylii. Wiem, że jesteś gotowy.

***

10 lat później. 

W letni wieczór, Doktor Tomasz Zarański codziennym rytuałem pił małą białą z podwójnym szotem espresso, kiedy jego telefon wydał z siebie jęk powiadomienia z serwisu informacyjnego. Kliknął w link i zaczął oglądać video w bardzo wysokiej jakości. Nagranie wyglądało tak, jakby sferyczna kamera była przyczepiona do głowy nagrywającego, z takim efektem jak google street view, tylko właśnie transmitując obraz video live. Na początku myślał, że to jakaś nowa produkcja Quentina Tarantino, czy kolejna część Johna Wicka. 

W jakiejś podrzędnej knajpie, gdzie testosteron można było przyjmować wziewnie, oglądano mecz. Około 40 letni mężczyzna w kombinezonie firmy energetycznej oznajmił, że mecz piłki nożnej jest w tym miejscu oglądany nielegalnie, ponieważ nie została zaksięgowana ostatnia FV za prąd. Podszedł zupełnie spokojnie do ogromnego ledowego telewizora i go wyłączył. Potem było już tylko jak na filmie. Jeden z kibiców chciał wymierzyć mu cios, lecz stało się coś nieoczekiwanego, właściwie mogącego być materiałem poglądowym dla studentów medycyny. Kibic został kopnięty jednocześnie w oba piszczele, w tym samym momencie, dociśnięty za barki do ziemi, tak że jego kolana wygięły się w całkowicie drugą stronę. Wyglądał jak bezwładna pacynka, którą dziecko ustawiło w nienaturalnej pozycji. Kolejny atakujący był wysoce konserwatywny. Obił o bar butelkę i podszedł do przedstawiciela firmy od prądu. Nagłe kopnięcie odrzuciło go do góry, gość od prądu zdołał jeszcze złapać butelkę i klinując napastnika udami, kilkoma sprawnymi ruchami ogolił mu głowę całkowicie na łyso, bez kropli krwi, niczym sprawny przedwojenny golibroda jedynie pozbawiony brzytwy.

Wybiegł na zewnątrz i w tym momencie jego zęby zderzyły się z ostrzem łopaty, która nagle eksplodowała w jego ustach. Obraz wyostrzył się momentalnie, teraz plac przed pubem było widać z góry, kamera zamontowana przy przedstawicielu firmy energetycznej uchwyciła jeszcze filmującego niesamowicie wielkiego drona. Samochody kibiców wyraźnie ruszyły na leżącego energetyka. Nagle, olbrzymia radziecka ciężarówka KRAZ wyjechała z hukiem swojego napędu 6×6. Zgrabnie niczym monster truck olbrzym przejechał po maskach osobówek tak, aby nie naruszyć strefy kierowcy. Szofer wysiadł, pomógł wejść energetykowi do środka i wyjąc 14-litowym silnikiem diesla, dostojnie odjechał.

***

4 godziny później

Doktor Zarański skończył ostatni zabieg, kiedy otrzymał SMS z zastrzeżonego numeru. – Szanowny Panie Doktorze mam kłopot. Przekopując ziemię na działkach ROD Spokojna Jesień niefrasobliwie wybiłem sobie kilka zębów. Gapa ze mnie. Czy mogę umówić się na wizytę?

Wszelkie postacie i wydarzenia, które miały miejsce w opowiadaniu są fikcją literacką. Perfect Smile Clinic Wrzeszcz wręcz odwrotnie – jest jak najbardziej prawdziwa – zapraszamy ciepło, gorąco, a nawet upalnie. 

Autor

Marcin Głuszek– człowiek u którego w gabinecie zamiast obrazów – dwanaście 65 cm płaskich stoczniowych kluczy zdobi ścianę. Codziennie biega, zmagając się ze wzgórzami lasów Gdańska Wrzeszcza. Wraca i ze spoconej głowy kapią z niego pomysły. Te literackie i marketingowe.

Przeczytaj również

Reklama