Daria Ładocha: Na wszystko jest patent i metoda

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Podróżuje, edukuje, uświadamia i zaraża pomysłami na łatwiejsze życie bez schematów. O idei kobiecości, rysowaniu tęsknot i karmieniu swojej świadomości rozmawiamy z Darią Ładochą – marką samą w sobie.

Jakim smakiem jesteś dzisiaj?

Świetnie, że o to pytasz! Dzisiaj jestem zupą tom yang ung, czyli tajską, ostro-kwaśną zupą. Wczoraj byłam np. lodami śmietankowymi z musem truskawkowym. A dwa dni temu jajkiem na miękko.

Nie ma wątpliwości, że w Twoim menu króluje różnorodność. Co to znaczy jeść zdrowo?

Jeść zdrowo to jeść świadomie. Bo coś, co jest zdrowe dla jednej osoby, nie musi być wcale zdrowe dla innej. Co innego mieć świadomość tego, co spożywamy i jakie czerpiemy z tego korzyści. Jedzeniem możemy sobie pięć razy dziennie zrobić coś albo dobrego, albo złego.

Mamy na wyciągnięcie ręki cały świat, bo jej przedłużeniem jest smartfon. Zewsząd otaczają nas informacje o zdrowym żywieniu, życiu. Można oszaleć, bo wiadomości z różnych źródeł nieraz się wykluczają. Jak w tym wszystkim zachować zdrowy balans i przekazać go dzieciom?

To dwa bardzo trudne pytania. W szumie informacyjnym rzeczywiście jest szaleństwo. Zapominamy, że istnieje tylko jedna prawidłowość i jedna osoba, która wie wszystko najlepiej o własnym zdrowiu i kondycji – to my sami. Przeglądamy internet, czytamy książki, uczymy się języków, mamy po pięć fakultetów, studia podyplomowe razy sześć, ale najmniej informacji gromadzimy o sobie samych. Nasz organizm dyktuje nam warunki. Chwila skupienia na sobie, uważności daje odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania. Żeby wiedzieć, czy gluten nam szkodzi, nie musimy udawać się na specjalistyczne badania – wystarczy przyjrzeć się, jak po glutenie się czujemy.

Czyli chodzi o uważność na samego siebie.

Tak, koncentrację. Jak przekazać to dzieciom? Dokładnie tak samo, jak przekazywalibyśmy to sąsiadce, koleżance, mężowi, mamie, babci, cioci. Dzieci to istoty ludzkie, czasem o tym zapominamy. Przekazuję wiedzę dzieciom dokładnie tak samo, jak w szkole na warsztatach dorosłym.


Reklama

Jesteś mamą dwóch córek i trudno to sobie wyobrazić, jak mama wszystkie codzienne obowiązki godzi ze sobą, jest uważna na siebie i jeszcze uczy tej uważności swoje córki. Jest na to jakiś przepis? A może trzeba jeść coś specjalnego, żeby się tego nauczyć?

Nie, w tym szaleństwie jest metoda, tylko trzeba się wyzbyć ortodoksyjnego podejścia, zarówno do macierzyństwa, jak i do wychowywania dzieci i kariery. Wierzę w zawsze aktualną zasadę złotego środka. Można podzielić sobie czas na pasję, rodzinę, przygotowywanie posiłków i wychowywanie dzieci. Z doświadczenia wiem, że 8 godzin spędzonych z dziećmi w domu, kiedy nie poświęcamy im uwagi, jest mniej warte niż godzina, w której koncentrujemy się całkowicie na nich. Koncentrować się możemy również w kuchni, kiedy przygotujemy wspólnie posiłek na dziś czy jutro. Podążanie za dziećmi i za sobą to wartości same w sobie i przeplatają się. Zawsze powtarzam, że dzieci są najważniejszym elementem mojego życia, dlatego przewijają się w mojej pracy. Przykładem niech będą „Patenciary”, które wspólnie nagrywamy. Byłyśmy razem, we trzy, a jeśli któraś z nas, np. Laura nie miała ochoty gotować, to tego nie robiła. Myślę, że to podążanie za energią, która gdzieś sama się wytwarza.

daria_ladocha_2

Dopowiedzmy, że Laura i Matylda to twoje córki. W jakim wieku?

Laura ma 10, a Matylda 5 lat.

To chyba najlepszy wiek do gotowania i wspólnego budowania. Mówimy o tym, że nie ilość, a jakość się liczy. Jednym z zagadnień, nad którymi pracujesz, jest wielopoziomowe zagadnienie dotyczące otyłości wśród dzieci. Jak w najbliższym czasie będą wyglądały te projekty? Czy w „Patenciarach” umieścisz też dbałość o dziecięcą linię? Czy może te projekty będą funkcjonowały zupełnie oddzielnie? Opowiedz trochę o swojej działalności.

Moim marzeniem jest nauczyć dzieci, szczególnie nastolatków, jak powinny się odżywiać. Kiedy dorosły się napije za dużo, to wie, że będzie pijany. Jeśli będzie chciał, pójdzie dalej w używki. A dzieci są otyłe nie dlatego, że tego chcą, tylko dlatego, że nie wiedzą. Wpadają w czarną dziurę, w otchłań cukru i przecukrzenia, zupełnie nieświadomie i nikt im w tym nie pomaga. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. Smutny to rekord. Chciałabym pomóc tym dzieciakom. Myślę o cyklu warsztatów, na które zapraszałabym rodziców z dziećmi, żeby dzieciom tłumaczyć, co to jest cukier, dlaczego jest szkodliwy, co to są białka, co z nich mamy, czym są węglowodany, tłuszcze. Kiedy dzieci uczą się o tym z podręczników, nie potrafią książkowej wiedzy przełożyć na własne ciało, a tym bardziej na sklep, warzywniak czy półkę spożywczą. Oprócz warsztatów kusi mnie program ogólnopolski – jeżdżenie do szkół i edukacja dzieci w wymiarze globalnym. Na końcu chciałabym przygotować przystępną książkę dla nastolatków – to dzieci, które zaraz będą podejmować własne wybory. Ich smak bardzo często się zmienia i my kobiety wiemy to najlepiej. Czasami w miesiącu, przez te parę dni coś nam bardzo smakuje, a potem w ogóle nie możemy na to patrzeć. Dzieciom się to zmienia z tygodnia na tydzień – szukają swojej drogi, swoich smaków, a najłatwiej wpadają w pułapkę cukru. Nagle dziecko zaczyna być otyłe, bo nie wie o cukrze ukrytym. Badania mówią, że dziecko spożywa 19 łyżeczek cukru każdego dnia, co daje około 30 kilogramów rocznie. Trzeba się tym zająć! Pamiętam swego czasu medialną nagonkę na parówki – matki, które podawały je dzieciom były uznawane za wyrodne. Nikt nie mówił jednak o tym, że w Polsce mamy jedne z najlepszych jakościowo parówek w Europie. Dla mnie parówka z keczupem to danie, w którym należałoby się bliżej przyjrzeć keczupowi niż parówce, bo butelka ketchupu ma w sobie 48 kostek cukru. To tak naprawdę cukier rozpuszczony w jakimś czerwonym płynie.

To porażające dane. Może diabeł tkwi nie tylko w ukrytych cukrze i soli. Czy my, dorośli, nie nazbyt łatwo poddajemy się komunikatom marketingowym? Trudno się dziwić wobec tego dzieciom – nie mają takiego filtra świadomościowego, racjonalnego. Jak sobie radzisz w swoim domu z dziećmi? Rozmawiasz na ten temat?

Myślę, że moje dzieci nie mają z tym styczności na razie, ponieważ nie oglądają reklam zbyt często, ale był taki problem ze sklepikiem szkolnym. Pojawił się, dzieci zwariowały, defraudowały wszystkie pieniądze w tym sklepiku, więc rodzice wpadli na pomysł, żeby zabraniać dzieciom przynosić pieniądze do szkoły. I oczywiście wzrósł handel nielegalnym obrotem złotówek. Dzieci się wymieniały, pieniądze kamuflowały. Dzieci to mądre istotny, dlatego uznałam, że trzeba im wytłumaczyć, dlaczego cukier szkodzi, ile kostek cukru jest w danym produkcie. Keczup wtedy wygrał, choć woda cytrynowa jest niedaleko z tyłu. Wolę, zamiast zabraniać dzieciom kupować czy odmawiać dania pieniędzy tłumaczyć, dlaczego i co im szkodzi. Dlaczego Jaś nie będzie tak kopał piłki, jak mógłby, dlaczego Kasia nie błyśnie w konkursie matematycznym, dlaczego nie będzie energii na basen. Przełożenie tego na proste przykłady sprawia, że dzieci rozumieją. Reklama była, jest i będzie. Dzieci za to potrzebują uwagi. Zapytane, przyznają się do zjedzenia rogalika. Dzieci jednak nie rozumieją, dlaczego, jeśli przestaniemy jeść, umrzemy. Sięgają po słodkie musli albo reklamowane produkty, bo nie znają zagrożenia. To przestrzeń do zagospodarowania dla mnie – uświadomić dzieciakom, że cukier w różnych produktach jest ukryty. Warzywa i owoce za to dają nam olbrzymią energię i dlatego powinny się pojawiać na stołach. Tu spotykam się z problemem. Rodzice skarżą się, że dziecko nie chce jeść brokułów. Pytam wtedy, kiedy dziecko widziało rodzica jedzącego brokuły? Dzieci nas naśladują, chcą być takie jak my, bo jesteśmy dla nich najważniejszymi osobami. Tym bardziej istotne jest stworzenie odpowiedniego wzorca.

daria_ladocha_1

Przykład zawsze idzie z góry. Poruszyłaś też kilka tematów dosyć istotnych, bo mówiłaś o aktywności i intelektualnej, a zewsząd słyszymy kolejne utyskiwania na bezruch dzieci. Zanim rozpoczęliśmy wywiad, zapytałam cię o Twój rocznik. Pokolenie lat 80. pamięta trzepak i aktywności wokół niego. Czy w programie, który będziesz wdrażać, który ma docierać zarówno do dzieci, jak i do rodziców, pojawi się zagadnienie aktywności fizycznej?

Obowiązkowo. Jeśli pytasz o moje doświadczenia z trzepakiem, to powiem ci, że wszystkie moje miłości zaczęły się na trzepaku. Na trzepaku były też rozstania, były prowadzone wojny podwórkowe i opracowywane strategie wojenne.

Czyli „Moda na sukces” to przy tym pikuś.

Mały. Aktywność fizyczna, według najnowszej piramidy żywności, jest na pierwszy miejscu. Jeżeli zaczynamy mówić o jedzeniu w ogóle, to musimy zacząć od wierzchołka, czyli aktywności fizycznej. Pamiętam, że dla mnie zwolnienie z wf-u to była potwarz. Trenowałam łyżwiarstwo figurowe, pierwszy trening miałam o 7 rano, drugi o 17 i po lekcjach miałam 2 godziny, żeby odrobić wszystkie lekcje, bo potem trening. Może to wynika też z mojego wychowania, bo rodzice byli aktywni fizycznie, też próbujemy zarazić tym nasze dzieci. Nasze dzieci szukają, ale my nie jesteśmy ortodoksami, którzy grzmią: masz być gimnastyczką artystyczną albo umrzesz. Bardzo trudno jest się przedzierać przez meandry aktywności fizycznej, jeżeli wszystkie koleżanki i koledzy, w tym czasie siedzą w domu wgapieni w PlayStation. Odkryliśmy pasje naszych córek i dokładamy starań, żeby je rozwijały, wsiąkały w takie środowisko, a nie w środowisko rówieśników, którzy siedzą przed komputerami.

Jakie to są pasje?

Laura kocha konie, właśnie zapisałam ją na obóz konny i jest przeszczęśliwa. Mania – basen, oprócz zajęć grupowych zapisaliśmy ją na indywidualne. Mania napisała w liście do świętego Mikołaja, że chciałaby mieć wodę do pływania, a na drugim miejscu torbę, bo tatuś się wstydzi chodzić z mamusi torbą na basen.

Altruistyczne życzenie. Doskonale wychowałaś córkę, bo nie zażyczyła sobie basenu, tylko zażyczyła sobie wodę. Opowiedz jeszcze o „Patenciarach”.

„Patenciary” zbierają wszystko, co robisz na co dzień czy w pracy. Wszystkie kobiety uciekają się do patentów, nie tylko w kuchni. Musimy podejść męża, żeby zapłacił za nowe opony, trzeba podejść dziecko, żeby zjadło brokuł, mówiąc mu, że to drzewo dinozaura. Tak samo kombinujemy w kuchni, ponieważ kanon się zmienił. Kiedyś wartością było stanie 8 godzin w kuchni i pospieszne jedzenie. Wszyscy musieli widzieć, że się narobiłaś. Dzisiaj kanon się zmienia. Szybko gotujemy, żeby to było efekciarskie, zdrowe, świadome, a potem delektujemy się przy stole powoli, bo tak budujemy relacje. Wszystkie najpiękniejsze relacje rodzą się w kuchni, więc wymyśliliśmy program „Patenciary”. Przemycamy tam też trochę innych wątków, natomiast główny patent polega na tym, jak zrobić coś fajnego w krótkim czasie bez zbędnego wysiłku.

Mówiłaś wcześniej o wzorcach rodziców. Mama to ta, która zakrzyknie: Sursum broccoli!, nauczy dzieci jeść warzywa i owoce, to pierwsza figura w życiu. Uczysz swoje dzieci świadomego odżywiania się, a czego Cię uczą córki?

Zawsze powtarzam, że moje córki przyszły na świat, żeby mnie wielu rzeczy nauczyć, a ja tylko dzielę się z nimi moimi doświadczeniami. Nauczyły mnie miłości, cierpliwości, troski, nauczyły mnie przyjemności płynącej z przytulania. Dzięki nim ćwiczę uważność, koncentrację, podążanie. Macierzyństwo to jedna wielka szkoła konsekwencji i cierpliwości, czyli nauczyły mnie też zmienności, tego, że dzisiaj coś jest, a jutro już nie obowiązuje. Dzieci pokazują, że każdy plan można zmienić. Moje córki uczą mnie czegoś nowego codziennie i jestem im wdzięczna. To wymiana energetyczna, bo traktuję je jako pełnoprawnych członków rodziny. Oczywiście ja dbam o bezpieczeństwo, o wszystkie rzeczy związane z walką o przetrwanie. Mówimy o sobie jednak, że nie jesteśmy klasyczną rodziną, w której mama i tata mają rację, a dzieci nie mają głosu jak ryby. Nazywamy się fajnym stadem, w którym lubimy przebywać, bo lubimy ze sobą być. Jak np. jeździmy na wakacje, to na 2 miesiące i ten czas to celebracja bycia razem, niezależnie od tego, czy ja idę na masaż i ich porzucam, czy Laura czyta i nie ma jej dla świata przez dwie godziny. Budujemy relacje tak, żeby jak najdłużej i jak najmilej spędzać ze sobą czas.

daria_ladocha_3

Czyli dajesz na żywo przykład tego, czego uczysz swoje córki, ale też masz w planach tego programu uczyć inne dzieci.

Tak. Poza tym zawsze powtarzam, że macierzyństwo to nie może być krzyż, który zakładamy sobie na plecy, bo nikt za noszenie tego krzyża nam złotego medalu nie da. To wszystko, co wypracujemy dzisiaj, odbije się nam czkawką, ale w pozytywnym znaczeniu, za 10-15 lat. Nie ma jednego kanonu macierzyństwa. Jak ja urodziłam Laurę, ciągle miałam poczucie winy, że może za mało, że może powinnam więcej, a potem stwierdziłam, że jak ja będę w tym szczęśliwa, to one też będą szczęśliwe. Potrafię moim dzieciom powiedzieć: dzisiaj nie mam czasu wysłuchać twojej historii, ponieważ muszę wyjść, ale jutro jak wrócę, to jestem cała twoja, więc przygotuj się, żeby ta historia nigdzie nie zniknęła i żebyś mogła mi ją opowiedzieć dokładnie tak samo, jak by to było dzisiaj. Jak wyjechałam na 6 tygodni na „Agenta”, wszyscy mówili: jak mogłaś porzucić dzieci na taki czas? A moja córka powiedziała wtedy: ale mama pojechała spełniać swoje marzenia. Dlaczego miałaby nie pojechać? Przygotowałam się na to i nauczyłam je, jak sobie radzić z tęsknotą. Np. narysuj swoją tęsknotę. Dzieci, gdy zaczynają rysować, zapominają o smutku, bo nagle zaczynają coś tworzyć. Mówiłam im: możecie założyć moje ciuchy, pomalować się moimi kosmetykami i tata nakręci wam film, jak będzie wam źle. Wtedy to już w ogóle zapominały, że tęskniły, bo tyle się działo. Myślę, że na wszystko jest patent i metoda. Dopóki będziemy szczęśliwi i prawdziwi, to energia rodzinna będzie krążyć przez długie lata, a nie tylko w czasie, kiedy sprawujemy nad dziećmi kontrolę. Bo kiedy ją stracimy w wieku 18 lat, to tyle ich widzieliśmy.

Zdaje się, że to wszystko, o czym opowiadasz: o żywieniu, tworzeniu wzorców, nauczaniu, otaczaniu opieką i o radzeniu sobie z tęsknotą – to narracja o idei kobiecości. Jak ją definiujesz?

Nie da się tego zdefiniować. Kobiecość to coś nieuchwytnego, jest zawieszone głęboko w chmurach i krąży. Z drugiej strony kobiecość, która realizuje się w macierzyństwie, powoduje, że korzenie mamy w nogach, musimy stać mocno na ziemi. Kobiecość to coś, co się zmienia wraz z zapachem, porą roku, porą dnia, kolorem i smakiem. Kobiecość to coś intrygującego i bezcennego. Nie ujmując męskości, bardzo cieszę się, że jestem kobietą.

Teraz, kiedy przeprowadzamy wywiad, w Katowicach trwa Szczyt Klimatyczny i tradycją jest to, że celebryci i osoby publiczne pojawią się na miejscu i edukują, apelują. Czy czujesz się celebrytką? Postacią, która swoim działaniem ma szansę zmienić coś na świecie?

Myślę, że celebryta to nie jest osoba, która zmienia świat. To ktoś, kto definiuje świat, za którym my podążamy: poprzez ubiór, zachowania, marki, które proponuje. Natomiast w moim działaniu bardziej przyświeca mi misja, która będzie realizowana w szkołach i za zamkniętymi drzwiami na warsztatach. Jestem z wykształcenia coachem zdrowia. To wszystko odbywa się nie w blasku fleszy, tylko w kuluarach. To kłóci się z ideą celebryctwa i ja też nie buduję takiego obrazu siebie, tylko bardziej zależy mi na marce. Takiej, z którą można się identyfikować, chce się za nią podążać, bo mówi o świadomym żywieniu, macierzyństwie, świadomym byciu sobą. Nie jestem w ogóle przykładem matki Polki. Nie potrafię siedzieć wiecznie w domu, ale też realizuję pewną misję, wracam do dzieci i jestem z nimi bardziej niż być może ci, którzy siedzą w domu cały dzień. Z tym wolałabym się utożsamiać: z budowaniem świadomości w różnych obszarach, a celebryctwo zostawiam dla tych piękniejszych, szczuplejszych.

I skromniejszych.

I bardziej blond.

Co dzisiaj będzie na kolację u ciebie w domu?

Dzisiaj Laura zażyczyła sobie dorsza pieczonego z sałatką z pomidorów z ziemniakami, ja mam gotowego bakłażana z czosnkiem, owczym serem i zieloną pietruszką. Z rana jeszcze został krem z pieczonego kalafiora z orzechami laskowymi przygotowany wczoraj w nocy. Bartek zaordynował, że będzie sałata z rukolą, z gruszką i chyba fetą, ale to on ogarnia.

daria_ladocha_4

Pociekła ślinka. Czego Ci życzyć na najbliższe miesiące, które będą wypełnione intensywną pracą?

Życz mi, żeby skutecznie dotrzeć do dzieciaków i ich rodziców, żeby pozmieniać nawyki żywieniowe. Udanej wyprawy do Tajlandii, bo jadę tam pisać kolejną książkę. I tego, żeby coraz więcej ludzi zwracało uwagę na to, co mówią badania: że nasza świadomość zaczyna się na naszym talerzu. Udowodnione jest, że ludzie, którzy wiedzą, co jedzą, inaczej koncentrują się na swoich relacjach, karierze zawodowej i na samych sobie. Życzę sobie wytrwałości, żeby choć małymi kroczkami zmieniać świat i żeby moje córki zamiast po batonika sięgały po brokuły.

Przeczytaj również

Walentynki

Kolokwialnie mówiąc, miłość powinna być jak dobry monopolowy: siedem dni

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter

Reklama