Rozcieńczanie grozy – „Obywatel Jones”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Gareth Jones to walijski reporter, któremu po spektakularnym sukcesie dziennikarskim, jakim był wywiad z Adolfem Hitlerem, marzy się rozmowa z Józefem Stalinem. Wyjeżdża więc do Związku Radzieckiego po to, by spotkać się z sowieckim wodzem i poznać więcej szczegółów na temat rzekomej ekonomicznej i politycznej potęgi państwa radzieckiego. Tymczasem to, co zastaje na miejscu, wybiega poza granice jego wyobraźni. Zamiast konwersować z dyktatorem, na własnej skórze przekonuje się, czym jest ukrywany przed całym światem wielki ukraiński głód.

Film Agnieszki Holland to bardzo dobrze zrealizowany historyczny thriller ukazujący tragiczne wydarzenia sprzed lat. Przerażająca opowieść jest tu przystrojona gatunkowymi rekwizytami, konstruującymi trzymający w napięciu dreszczowiec. Śledztwo prowadzone przez protagonistę rzeczywiście przykuwa uwagę odbiorcy i utrzymuje ją aż do napisów końcowych. Ponadto, starannie odwzorowane realia epoki oraz zręcznie dawkowane istotne informacje komponują interesującą fabularną kronikę początku lat trzydziestych.

Wydaje się więc, że wszystkie te formalne elementy powinny tworzyć perfekcyjną całość. Jednakże, mimo dopracowanej z każdej strony struktury, “Obywatel Jones” pozostawił mnie co najwyżej obojętnym. Nie jest to spowodowane niedoskonałościami filmowego rzemiosła, bo przecież polska reżyserka opanowała je w naprawdę zaawansowanym stopniu. Wspomniana oziębła reakcja wynika raczej z nazbyt podręcznikowej filozofii patronującej projektowi.

Przedstawione tu losy mieszkańców ZSRR należy nazwać przechodzącym ludzkie pojęcie horrorem. Bezsensowna śmierć milionów ludzi, a także katorżnicza egzystencja ocalałych to momenty w historii, których po prostu nie można logicznie wytłumaczyć. Powinno się więc o nich opowiadać z wyczuciem gorzkiego absurdu sytuacji, stosując surrealistyczne środki wyrazu podczas szkicowania chwil rodem z sennego koszmaru. Natomiast polsko-ukraińsko-brytyjska koprodukcja usilnie próbuje wmówić odbiorcy całkowitą znajomość ciągu przyczynowo-skutkowego następujących po sobie incydentów.

Narracja “Jonesa” przywodzi mi na myśl znudzonego nauczyciela historii. Prowadzi on lekcję dotyczącą tematu z dzisiejszego punktu widzenia wręcz abstrakcyjnego, tak jakby czytał listę zakupów. W jego gawędzie postaci mają określone grubą kreską role niczym w groszowej powieści przygodowej. Gareth Jones (James Norton) to sympatyczny heros o dobrym sercu. Towarzyszą mu Ada Brooks (Vanessa Kirby) – szlachetna duszyczka, która trochę przypadkowo stoi po złej stronie barykady, a także Walter Duranty (Peter Sarsgaard) skorumpowany do szpiku kości zwycięzca Pulitzera. Wyimaginowany pedagog ogranicza opis relacji bohaterów do minimum i w wyobraźni przenosi ich od punktu “A” do punktu “B” niczym nieruchome pionki.

Prowadzący zajęcia usilnie stara się uporządkować chaos wydarzeń. Segreguje epizody, układa daty, łączy i separuje najważniejsze nazwiska. Wydaje mu się, że zrozumiał każdy szczegół. Na tę powierzchowną racjonalizację sytuacji uczniowie reagują dość przewidywalnie – pasywnością. To pewnie dlatego, że szkolny historyk sprowadził niewyobrażalną grozę do poziomu danych statystycznych i standardowej chronologii. Jego interpretacja nie pochodzi z serca, a z ogarniętego chorobliwym pragmatyzmem umysłu.

Nie ma nic złego w fachowo eksploatowanych gatunkowych i narracyjnych kliszach. Natomiast na pewno nie są one odpowiednimi narzędziami do portretowania przedwojennych dramatów. Można to zrobić efektywnie tylko i wyłącznie rezygnując ze standardowej fabuły na rzecz dyktowanego skrajnymi emocjami strumienia świadomości.

Właśnie dlatego na przykład “Idź i patrz” jest filmem wybitnym, a “Obywatel Jones” jedynie poprawnym.

Podziękowania dla Kino Kameralne Cafe za możliwość obejrzenia filmu.
www.kinokameralnecafe.pl/

Reklama

LA PETITE MORT TO HOŁD DLA LAT 2000 | Martyna Byczkowska i Kaja Zalewska

Karolina Ciesielska w rozmowie z Kają Zalewską i Martyną Byczkowską – reżyserkami “La petite mort” – łączącego dokument, teatr i fikcję. La petite mort podąża za historią Ofelii, która rozszczepia się na dwie osoby podczas surrealistycznego procesu sądowego. Powracamy do archiwów dzieciństwa i kruchego procesu kształtowania się tożsamości w małym miasteczku w Polsce lat 2000.