Bóg urojony – Kanye West – „Jesus Is King”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Po długich miesiącach pełnych niecierpliwego oczekiwania, Kanye West nareszcie pokazał światu swój nowy album. Następca “ye” był zapowiadany jako prawdziwa, muzyczna bomba, która powali nas wszystkich na kolana wirtuozerską syntezą treści i formy. Nic więc dziwnego, że gdy “Jesus Is Love” trafił pod strzechy streamingowych platform, każdy zastanawiał się, czy autor “My Beautiful Dark Twisted Fantasy” rzeczywiście spełnił wszystkie pokładane w nim nadzieje.

Kilka dni po premierze odpowiedź jest już jasna: uduchowione dzieło ikony światowej popkultury niestety rozczarowuje. Okazuje się, że przekładane w nieskończoność terminy oraz niezdecydowanie w odniesieniu do ostatecznego kształtu projektu, nie były spowodowane perfekcjonizmem, a niemocą twórczą. Powstały w wyniku kreatywnej bezsilności, paragospelowy półprodukt od razu podsuwa przerażającą myśl – najbardziej intrygująca postać współczesnej popkultury całkowicie wystrzelała się z oryginalnych pomysłów.

Meritum tego wydawnictwa można zestawić z tegorocznym “The Big Day” Chance’a the Rappera. Na swoim “oficjalnym” debiucie fonograficznym, chicagowski raper próbował zbudować pomnik potędze miłości, posługując się charakterologiczną sylwetką ukochanej żony. Jednakże jego konstrukcja runęła, ponieważ opierała się na liryzmie głębokim niczym poezja nastolatka zauroczonego koleżanką z ławki obok. Podobnie postępuje Yeezy, tylko że zamienia słowo “wife” na “Jesus” i faszeruje nim mniej więcej dziewięćdziesiąt procent zwrotek. Niestety, repetycja magicznego hasła wcale nie otwiera bram do niebios. W towarzyszących bożemu imieniu wersach brakuje bowiem głębszej analizy chrześcijańskich wartości, a wszelkie próby wpisania religijnej filozofii w teraźniejszy kontekst kończą się na krytyce niemoralności użytkowników Instagrama.

Wątpliwości wzbudza też zaskakująco niedopracowana struktura całości. Poszczególne utwory brzmią jak przygotowywane na kolanie wersje demo, pozbawione odpowiednich prologów i epilogów. Przedsięwzięcie, które teoretycznie ma symbolizować najistotniejsze zmiany w życiu artysty, poraża niestarannym wykonaniem. Naprawdę ciężko uwierzyć w prawdziwość duchowej transformacji, słuchając tak niechlujnych kompozycji.

Gdzieś zniknęło także charakterystyczne poczucie humoru Westa. MC oraz producent zawsze sprawiał wrażenie narcystycznego gbura, ale kiedyś potrafił zrównoważyć wiecznie dokarmiane ego, autoironiczną dietą. Jednak widowiskowe nawrócenie Kanye całkowicie zabrało mu resztki dystansu do samego siebie. Stery przejmuje tu narcyz z kompleksem męczennika, porównujący zupełnie serio prywatne starcia z opinią publiczną do losu Noego czy Chrystusa. Gdy w 2013 roku ten gość rapował o byciu Bogiem, któremu sługi dogadzają masażem i croissantami, wszyscy celebrowaliśmy jego wyczucie absurdu. Sześć lat później ten sam facet próbuje nam wmówić, że w tej przerysowanej scenie drzemie rozświetlająca duszę szlachetność i to jest już smutne.

Kanye West stał się zakładnikiem samodzielnie stworzonego wizerunku geniusza sypiącego złotymi ideami jak z rękawa. W latach świetności często doskakiwał do wysoko zawieszonej poprzeczki, lecz obecnie takie akrobacje zdecydowanie przewyższają jego możliwości. O ile na “ye” czy nagranej wspólnie z Kid Cudim płycie “Kids See Ghosts”, Yeezy z całych sił próbował odzyskać dawne supermoce, tak “Jesus Is Love” smakuje jak kapitulacja. Artysta dotychczas widział świat w barwach nieprzemyślanego, ale ekscytującego komiksu, zaś obecnie każe odbiorcy szukać w tej grotesce pokładów cnotliwości, których tam po prostu nie ma.

Reklama