WISIELEC

Tomasz Kowalski

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ciepły wietrzyk muska mi stopy,
Piętnasty marca, idą roztopy.
Wiszę tak sobie w moim ogrodzie,
Przy pięknej pogodzie.

Żona odeszła, dzieci zabrała,
Psa mi otruła, go nie kochała.
Koledzy z firmy, też już nie dzwonią,
Zaczynam cuchnąć, śmiertelną wonią.

Wiszę już dobre cztery tygodnie,
Tracę na wadze, lecą mi spodnie.
Nos mi się zapadł, niczym po kile,
Tak mi mijają, wisielcze chwile.

Raz piłka wpadła dzieciom zza płotu,
Myślałem wreszcie, koniec kłopotu.
Lecz mała dziewczynka mnie rozbujała,
Nosek zakryła, do dzieci pognała.

 
Reklama
 
Reklama

Nic mnie nie boli, prócz samotności,
Nikt prócz much czerwi, u mnie nie gości.
Wszyscy mi bliscy, mają mnie w dupie,
Nikt nie pomyśli o moim trupie.

Sznur mi się wżyna w mą siną szyję,
Cieknę od środka, ciało mi gnije.
I tylko czasem na widok księżyca,
Zastygła krew wraca w me lica.

Myślę ach wtedy o moich wspólnikach,
bankach, skarbówce i komornikach.
O samochodach, zegarkach i garniturach
I na ich karkach wiszących sznurach.

W pięknym ogrodzie, na grubym sznurze;
Wisi biznesmen w swym garniturze.
Coś tam na koncie się nie zgadzało
I teraz wrony szarpią mu ciało.

Desperat

Wszedł na parapet,

Okno otworzył,

Jęknął – Niewierze!

Był na parterze.

Papierosy

Bo w papierosach jest siła ukryta

Co nad palaczem wieko zamyka.

Powiedział człowiek, który nie palił

I na białaczkę kitę odwalił.

Przebudzony

Chciał wstać z pościeli

do toalety,

Bo go przyparło dość mocno

    niestety.

Lecz zamiast dźwignąć swe wątłe

        ciało,

Walną się w czoło, aż w koło

zagrzmiało.

Spojrzał na boki, pomyślał przez

                                        chwilę,

I pojął roztropnie, że leży

                                       w mogile.

Nekrochwile (jak motyle)

Dwadzieścia lat, nie więcej,

Zatruła się w łazience,

Tak blado-trupie wdzięki,

Przywieźli mi z łazienki.

Poznałem ją w szpitalu,

Nie żyła od dni paru,

Jej nagie, zimne ciało,

 
Reklama

W lodówce spoczywało.

Prosektoryjnych pieszczot chwile,

Nim złożą cię w mogile,

Ja obok nago leżę,

Nim ziemia cię zabierze.

Jej zgrabne, młode ciało,

Przede mną coś skrywało,

Już się za sekcję brałem,

Gdy w niej się zakochałem.

Tak przytuleni razem,

 
Reklama

Ona zatruta gazem,

I moje ciepłe dłonie,

Na jej śmiertelnym łonie.

Prosektoryjnych pieszczot chwile,

Nim złożą cię w mogile,

Ja obok nago leżę,

Nim ziemia cię zabierze.

To co  w niej najbardziej cenie,

To właśnie jej milczenie,

Otwartość na wyzwania,

 
Reklama

Bez krztyny odczuwania. 

I choć mnie nie obejmie,

Nie powie: zrób to głębiej,

Nie krzyknie: ty ogierze!

Ja w naszą miłość wierze.

Prosektoryjnych pieszczot chwile,

Nim złożą cię w mogile,

Ja obok nago leżę,

Nim ziemia cię zabierze.

I choć cię moja miła

Do grobu śmierć złożyła,

Ja ciągle cię wspominam

Gdy serca z ciał wycinam.

A nocą w samotności,

Jak schabowy bez kości,

Jak lampa bez żarówki,

Zaglądam do lodówki.

Prosektoryjnych pieszczot chwile,

Nim złożą cię w mogile,

Ja obok nago leżę,

Nim ziemia cię zabierze.

Rada grabarza

Wszystkich Świętych i Zaduszki,

Przyłóż czaszkę do poduszki,

Wsłuchaj się w wieczoru trzaski,

Jęki, zgrzyty, straszne wrzaski.

To jesienni kolędnicy:

Strzyga, upiór, trup z kostnicy.

Dzwonią śnieżnobiałe kości,

Czas cmentarnej to radości.

Znicze ogniem hen strzelają,

Dzieci trumny otwierają.

Groby wszystkie wypełnione,

Pięknie kwieciem ozdobione.

Ach listopad, zmarłych czas,

Wkrótce czeka to i nas.

Pomyśl w końcu o przyszłości,

Gdzie położysz stare kości.

Zanim będziesz zimny trup,

Bierz łopatę, kop se grób.

 
Reklama

I gdy kiedyś przyjacielu miły,

Kłaść cię będą w dół mogiły,

Ty raz jeszcze zdziwisz uszu wiele,

Krzycząc: „Kurde! Patrzcie, ale mam kwaterę!”

Reklama