Jedno w życiu musisz: wytrzymać

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Przed lotniskiem na Sycylii, w Katanii, rozpościera się zachęcający trawnik. Już nigdy, przenigdy nie założę w podróż obcisłych majtek, choćby je wcześniej pobłogosławił Chris Hemsworth! Nie, nie, nie! Pamiątka po byłym, kupił mi na Wszystkich Świętych czy z innej jakiejś szumnej okazji, a może to nie on, może to ojciec byłego, już nie pamiętam. Majtki z Vicotrii Secret. Piękne, ale za ciasne. Wysiedziałam jak na nożach te prawie cztery godziny w samolocie. Majtki nieubłagane, doprowadzają mnie do sądnej agonii i cierpienia męczenniczych katuszy. Wysiadam z samolotu na włoską ziemię i obiecuję sobie, że zaraz je ściągnę, niech no tylko trafi się jakiś kibel, wc, toitoi, parawan, zasłonka nawet. Ale nie, nic takiego nie widać, więc prawie czołgam się z moim dwudziestokilogramowym bagażem, kładę się na kawałku tej zielonej wykładziny, co ją zasadzili przed lotniskiem, przymykam oczy i mrużę rzęsy przed zachodzącym sycylijskim słońcem. Czekam na Pietra. Pietro Maradonte albo Maragante, jakoś tak. Pietro jest Włochem. Do tej pory kontaktowałam się z nim tylko przez aplikację viber albo mailowo. Pietro jest producentem filmu, w którym mam zagrać. Nauczona doświadczeniem, sprawdzam teraz dokładnie profile na portalach filmowych, na wszelki wypadek też stan cywilny, wiek, karalność sądową i ogólnie takie tam duperele, którymi ludzie różnie się chwalą. Ogólnie przemiły człowiek, pocieszny i uprzejmy, nigdy go nie widziałam, ale z głosu naprawdę do rany przyłóż. Znawca filmografii, pasjonat filmów, człowiek-film, milion filmów obejrzanych, milion filmów do obejrzenia, oraz milion pomysłów na zrobienie i nakręcenie kolejnego miliona filmów.

Pietro, mimo że Włoch i tyle o ile duka po angielsku, to idzie się z nim dogadać .  Pietro się spóźnia, czekam, czekam, w końcu to Włochy, we Włoszech czas płynie inaczej. O!, coś dzwoni, odbieram. Ciao, ciao Malgozja, słyszę zdyszany głos Pietra, I am coming on the aeroporto, please, wait. Ok, ok, no problemo, uspokajam Pietra swoim kalekim włoskim. Rozłączam się, próbuję odnaleźć spokój duszy w uwierającym dyskomforcie. Reżyserką filmu jest Kimkim. Kimkim jest Chinką, jest zupełnie ogolona na łyso, ma androgeniczną urodę, mieszka na co dzień w Irlandii, z początku myślałam, że jest lesbijką, ale potem pokazała mi zdjęcia swojego chłopaka. Według niej, jestem idealna do odtworzenia roli Matyldy, głównej roli w jej filmie. Znaleźli mnie z Pietro na jakimś portalu dla międzynarodowych aktorów, stwierdzili, że takiej twarzy właśnie potrzebują, Pietro się ze mną skontaktował, a dwa dni później Kimkim przyleciała do Polski, żeby mnie spotkać osobiście, pogadać o tym, o tamtym, o życiu, o Bogu, o glutenie, o chłopakach i takie tam. Potem opowiedziała mi o filmie, że całość będzie kręcona na Sycylii, że tam polecę i oni mi tam już wszystko załatwią na koszt produkcji, rzecz jasna. No i ogólnie czy się zgadzam. No i ja powiedziałam: pewnie.

Nagle podjechał po mnie malutkim, ledwie zipiącym samochodzikiem Pietro. Małe to, a pali jak smok, jestem pewna, że pokaźnie przyczynia się do zanieczyszczenia powietrza nie tylko na wyspie. Pietro wyskakuje ze szrota, nie gasząc przy tym silnika, ani papierosa, z rury wydechowej unoszą się kłęby dymu, z ust Pietra także. Ciao, ciao bella, charczy Pietro, przez półotwarte usta, kącikiem ust przytrzymuje żarzącego się papierosa. Moim oczom ukazał się cherlawy staruszek, mojego wzrostu, a chudy jak kij od miotły, a w ustach ten papieros, a na oczach czarne okulary rodem z włoskich filmów lat 60., rozchełstana koszula, siwy włos na klacie i jasne spodnie, między szlufkami pasek, podtrzymujący te spodnie, co lada moment ześlizgną się z tej wklęsłej, godnej pozazdroszczenia, talii osy. Pietro wita mnie mocnym objęciem, potem, nie wątpiąc w swą krzepę, szarpie za walizkę, która prawie wyrywa mu rękę wraz z obojczykiem. Ale nie pisnął słóweczkiem, wali walichę na tylne siedzenie, w bagażniku by sie nie zmieściła, i ruszamy. Pietro wiezie mnie pod samo mieszkanie w samym sercu Katanii. Może i jeździ małym, zżerającym tlen rzęchem, ale mieszkanie, do którego mnie wprowadza jest przepiękne. Usytuowane w jednej z kamienic usytuowany w rzędzie, w odcieniu kanarkowym, z wielkimi oknami zdobionymi gustownym ornamentem. Nie to, że jestem blacharą – ale w sumie tak: przed wejściem stoją czerwone ferrari, jakieś porsche i inne bryki z wyższej półki, nie sposób było nie zauważyć. Mój Boże, kto tu mieszka?!, zachodzę w głowę. Dostałam swój pokój księżniczki: wielkie łoże, king-size z bladoróżowym baldachimem, drewniana lśniąca podłoga, piękne okno z zasłonami w odcieniu écru od góry do dołu, w królewskim stylu, w rogu toaletka jakby cała z bursztynu, na ścianach reprodukcje jakichś obrazów, (Boże, żebym to ja wiedziała, kto je malował…), własna łaźnia z jaccuzzi i jeszcze tylko brakowało służącej.

Walnęłam walichę pod łóżko, wyjęłam tylko letnią sukienkę, trochę kusą, ale niech tam!, jak są warunki, to trzeba pokazać nogi!, zrzuciłam z siebie umęczone podróżą łachy, przypudrowałam lica, błyszczykiem machnęłam wargę, a majtki? E, dobra, myślę sobie, no ile może trwać ta przechadzka z tym biednym staruszkiem, dwadzieścia minut?!, nie będę teraz szukała nowych majtek w czeluściach torby! I pełna nadziei i wiary, niczym synogarlica łabędzica, orlica polska, wróblica lecę już z Pietrem na wieczorną przechadzkę. Miło się idzie włoskimi uliczkami, zwłaszcza, że piękna stara katańska katedra św. Agaty jest tuż za rogiem! Tu czarny kotek miauknie po włosku, tam stara Włoszka w oknie oparta na łokciach wyczekuje swojego Romea, co spóźnia się pół wieku, tam chlupot fontanny, tu rzeźba z marmuru, jakiś Neptun albo Ares, tam znowu zapach prawdziwej włoskiej pizzy, prawdziwej włoskiej kawy, tam gdzieś głośno mówią, głośno śpiewają, tygiel narodowo—kulturalny, imigranci z Afryki sprzedają błyskotki, mieni się, tętni, wiruje, la dolce vita, bellissima! Otumaniona, oczarowana wędruję tymi pięknymi pejzażami włoskiego miasta. Nawet o majtachach zapomniałam na chwilę. Pietro człapie dwa kroki za mną i znowu kopci. Jak to Włoch: dziewiętnasta wieczór prawie dochodzi, a on ma ochotę na espresso. Low pressure?, troszczę się. No, no, Malgozja, espresso good for me, zakasłał Pietro, zachłystując się dymem z własnego papierosa. Pietro opowiada o sobie, że jest profesorem filmografii, że zwiedził przez to pół świata, jego rodzina bardzo zamożna… Mafia?, wcinam się bezpośrednio, ale czuję, że z Pietrem można szczerze, budzi moje zaufanie. Dużo się słyszy o sycylijskiej mafii, usprawiedliwiam swoją bezpośredniość. Nie, nie, mąż siostry siedzi w rządzie, odpowiada Pietro. E, no to prawie jak mafia, myślę sobie w duchu. Oni bogaci, z pogardą ocenia dalej Pietro, ledwo mu sił starczy w tych płucnych pęcherzykach pełnych sadzy, co chwila musi się zatrzymywać, żeby, poza dymem, zaczerpnąć też trochę świeżego powietrza, oni mają te wszystkie kamienice na ulicy, wyznał Pietro. Wszystkie?, oniemiałam w zdumieniu. Wszystkie, potwierdził Pietro. I co oni z nimi robią? – pytam z niedowierzaniem – wynajmują na godziny? U nas w rządzie w sumie niektórzy tak robią, dodaję całkiem poważnie. Nie, nie, roześmiał się Pietro, stoją sobie, czasem ktoś przyjedzie, to ma się gdzie zatrzymać, na przykład aktorka z Polski. Pietro śmieje się. Drogę przejechał nam właśnie szybki skuter. Wzdycham za kierowcą z rozwianym czarnym lokiem, zawsze miałam słabość do jednośladów, a Pietro klnie za nim, na czym świat stoi: vaffanculo! Co się stało?, dopytuję, wszystko dobrze, Pietro? Kimkim to moja córka, wyznaje Pietro. Twoja córka?! Ale przecież ona jest Chinką! Adoptowałem ją, mówi Pietro. Kiedyś, gdy wykładałem w Chinach, poznałem przepiękną Chinkę. Zakochałem się bez pamięci, ale kilka miesięcy później ona miała wypadek, zginęła potrącona przez skuter. Dlatego bym takiego od razu wziął i urwał mu chuja. Spokojnie Pietro, głaszczę po ramieniu rozbuchanego staruszka. Po kilkunastu latach wróciłem wykładać i wtedy poznałem Kimkim. Kimkim jest bardzo mądra. Wie wszystko i przeczytała wszystko: Hemingwaya, Cortazara, Faulknera, wymienia znanych pisarzy, nikt tyle nie przeczytał, co Kimkim. Ona jest najmądrzejsza na świecie, mówi Pietro, a łzy mu przy tym stoją w oczach obficie.

 
Reklama
 
Reklama

Dochodzimy wreszcie do jakiegoś ulicznego teatru. Włoscy aktorzy wypruwają z siebie flaki: śpiewają tam, gadają, kłócą się, nadmiernie gestykulują ku uciesze gawiedzi. Czuję, że to chyba barokowa tragifarsa na grubo, bo peruki, gorsety i stelaże. Na chwilę przystanęliśmy, ale kątem oka spostrzegam, że staruszek tupie nogą, chyba go wciągnęło. Utknęliśmy. Albo raczej ja: utknęłam! Czuję, ze koronkowa bielizna z Victorii Secret tak strasznie mnie uciska, że za chwilę nie wytrzymam i zacznę się rzucać w spazmach jak gorylica w rui. Uwolnić cipki, krzyczała moja koleżanka aktorka, jak się upiła na wieczorze panieńskim naszej koleżanki aktorki. Coś w tym jest, nie wiem, czy konkretnie o to jej chodziło, żeby po prostu zdjąć majtki, czy o jakąś szerszą rewolucję bieliźniarską czy w ogóle o głębszy rozłam ideologiczny. Oceniając jej ówczesny stan: mogło chodzić o wszystko. Sorry Pietro, I’ll be back in a minute. I idę już korytarzem w dół, w jakiejś restauracji, gdzie ściany wymalowane jak w czarciej jamie od góry do dołu winnym bluszczem, a za tym bluszczem scenki rodzajowe z ogrodu Hieronima Boscha, ale ja już się tym w ogóle nie zajmuję, biegnę jak w malignie, biegnę bez pamięci, biegnę nieprzytomna, czerwona do białości albo biała do czerwoności: uwolnić cipkę! Andiamo, andiamo! Subito, subito! Teraz! Now! Avanti! Dobiegam do toalety. Zajęte, rzecz jasne. Czekam, czekam, stukam sandałkiem o framugę, chrząkam, poprawiam tę ciasną gumkę przy brzuchu, ten pasek, co się wrzął, próbuję go wydostać i niechcący strzelam między własne pośladki, auć, no błagam, litości, w końcu zaglądam kobiecie przez ramię w telefon, która skroluje instagram, o, Meghan Markle URODZIŁA… Jest! W końcu wolne! Wchodzę do toalety, zawijam kiecę, chwila wahania? Ale czy na pewno tego chcę? Niedawno znajomy żartował: nogi razem dziewczyny, bo czasy są niebezpieczne, eh trudno, wygoda, wygoda, przygoda, przygoda. Co za ulga! Matko Przenajświętsza i wszyscy Aniołowie w boskiej wodzie święconej kąpani! Wreszcie poczułam, że oddycham, jakby mi ktoś zdjął pas cnoty albo kaganiec sromoty czy co tam jeszcze nie wymyślili. Wychodzę z toalety. Szczęśliwa. Radosna. Biegnę teraz tymi korytarzami w górę, przeskakuję co dwa stopnie, hej ho!, znów mijam te freski, te bluszcze i wirujące obrazki rodem z Kamasutry. Teraz to ja sobie mogę je oglądać, teraz czuję, jestem, oddycham. Pokonuję schodek za schodkiem z reklamowym wdziękiem i lekkością. Wynurzam się na powierzchnię. Rozglądam się za Pietrem. Patrzę, ale teatr gdzieś zniknął.  Dostrzegam tylko wielkie zbiegowisko przy wejściu do katedry. Słyszę gdzieś z oddali wjeżdżającą karetkę pogotowia. Pietro?, zaczynam krzyczeć, Pietro? Przepycham sie przez tłok ludzi, daję z łokcia nieustępliwym gapiom. I nagle moim oczom ukazuje się malutkie ciałko Pietra zwinięte na zimnych kamieniach, skurczone i zwinięte w embrion. Fuck, przeklinam pod nosem. Co się, kurwa, dzieje? Nie można człowieka spuścić z oka?! Nagle podjeżdża karetka, migiem rozkładają nosze, ładują Pietra do wozu. Szybka decyzja. I am going with you!, drę się pośród wycia syren i ulicznego zgiełku. You can’t! – krzyczy do mnie ratownik. I have to!, oponuję, zadzierając (ostrożnie, bardzo ostrożnie) już kiecę do góry, I am his daughter!, syczę przez zęby arbitralny argument, posyłając przestraszonemu Włochowi spojrzenie sygnalizujące gotowość do popełnienia zbrodni. But we have no place to sit!, wrzeszczy do mnie drugi ratownik. I WILL STAND!, oświadczam lodowatym tonem.

Mówiąc to, czuję już intuicyjnie w jakie tarapaty się pcham i co czeka mnie nieuchronnie. Podczas gdy dwójka ratowników zajmuje miejsce wokół leżącego Pietra, podłączając mu jakieś elektrody i mierząc ciśnienie, mi, zgodnie z orzeczonym słowem, przypadło w udziale stróżowanie na stojąco świeżo upieczonemu ojcu nad samą głową, rzecz jasna, bez majtek: jedną ręką trzymałam się uchwytu zawieszonego na górze karetki jak w autobusie, a w drugiej pięści trzymałam zwinięte majtki – przecież nie wyrzucę gaci od Victorii Secret?! Gdyby Pietro chociaż na chwilę otworzył oczy, ciekawe czy widok mojej falującej w rytm hamowań pojazdu waginy tuż nad nim pomógłby mu odzyskać świadomość, czy raczej doznałby jeszcze poważniejszych obrażeń i, nie daj Bóg, zapadłby w jakąś śpiączkę? Jezus, Maria, co mi strzeliło do głowy, żeby akurat teraz iść te majtki ściągać? Czy naprawdę to nie mogło poczekać? Czy naprawdę nie mogłam wytrzymać?! I nagle sobie pomyślałam: kurczę, a jeśli w życiu jest dokładnie tak, jak tu teraz w tej chwili: człowiek czeka na coś, czeka, chodzi, marzy o czymś i to już, już ma się spełnić, ale nagle jakiś mały nieistotny szczegół, jakiś kamyk w bucie, jakiś włos w gardle, jakiś string w dupie, i nagle tracisz uwagę i to coś znika, koniec, nie ma, było i nie ma, jak delikatne pióro zgubione w locie drapieżnego ptaka i w bezsilnym posłuszeństwie, w cichej mądrości opada w dół. Obudź się, Pietro, obudź, szepcę przez łzy, spoglądając na zapadnięte policzki i rozwarte usta, łapczywie chwytające okruchy tlenu. Albo nie!, rozwaga obudzona z refleksji przypomina mi o mojej obecnej sytuacji, nie budź się, nie budź się teraz! Teraz się nie budź, później się budź! Albo zresztą, co mi tam, możesz sobie nawet popatrzeć na moją cipkę, tylko obudź się proszę, obudź się, Pietro.

Karetka dojechała do szpitala. Był środek nocy. Pietra zawieziono na SOR. Pytali się, czy mają do kogoś zadzwonić. Ale powiedziałam tylko, że to Pietro Maradonte albo Maragante, pobledli tylko i rzucili się do telefonów. Wiedzieli, gdzie dzwonić. A dwadzieścia minut później przyjechała siostra ze swoim mężem, tym z rządu. To właśnie to czerwone ferrari stało pod „moją” kamienicą. Ja oparłam się o murek pod szpitalem, osunęłam na ziemię i klapłam pośladkiem na krawężniku. Tylko przez chwilę widziałam, jak wwożą Pietra do jakiejś wielkiej sali, ale potem zniknął za stalowymi drzwiami. Boże, jak mogłam go zostawić, a może gdybym przy nim była, to by się to nie wydarzyło? A gdyby, a jakby… Zadzieram głowę do góry i patrzę. Jakkolwiek sentymentalnie i ubogo to teraz nie zabrzmi, patrzę w to niebo przepastne i zasiane gwiazdami, proszę Boga o pomoc. W ręku gniotę jeszcze tylko te moje majtki. Może tak, może tak jest, może w życiu chodzi tylko o to, żeby wytrzymać.

Autor

Małgosia Kowalska, aktorka, zawodowa, po szkole w Krakowie w klasie mistrzowskiej Jerzego Treli, ale w sumie mało gra; pisze, bo lubi; śpiewa nie tylko, gdy jest pijana; tańczy w miejscach publicznych mimo zażenowania znajomych; zachwyca się światem i ludźmi; ma siostrę- bliźniaczkę i czasem sama nie wie, która jest która; lubi rozmawiać: po angielsku, francusku, niemiecku, rosyjsku i jeszcze w wielu językach, które zna tylko ze słyszenia; pasjonatka jogi i medytacji; kiedyś biegała, ale przez kontuzję łąkotek, przestała; uwielbia kuchnię wegańską i dobre espresso, najlepiej na placu św. Marka w Wenecji za jedyne 10€.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama