Czego pragną kobiety: Nie tylko Francja, nie tylko sprzed Rewolucji

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Łapie się często pod boki Marianne. W swym łuku triumfalnym ruchu. Bardzo czujna choreografia całości „Portretu młodej dziewczyny w ogniu” (Portrait d’une jeune fille en feu). Od spojrzenia obiektywu począwszy, niesłychanie obecnego — jakby był dodatkową postacią sceny.

Mocno w punkt w „Portrecie” Céline Sciammy, która opisuje Francję (nie tylko XVIII wieku, ale) absolutnie współczesną: gdy protagonistka-malarka (Noémie Meriant) odpiera atak na jej dzieło, że rzekomo powinno być ono stworzone personalnie według niej. „To nie jest tylko kwestia tego, co ja myślę. Są jeszcze zasady, konwencje, idee”, odpowiada rzeczowo. I usłyszysz to na co dzień nad Sekwaną, nawet w kiosku, jak będziesz chciał kupić gazetę. Nie wolno wnieść kawy do sali wykładowej na Sorbonie, nie można w parku usiąść nieprzyzwoicie, bo znajdzie się ktoś, kto zwróci Ci uwagę. Kraj słodkiej pruderii, który zwykłe podpaski peryfrazuje określeniem protection périodiquei który wręcz wyparł słowo une pruderiez języka użytkowego (współcześni nie mają pojęcia o co chodzi, słysząc zbitkę tych liter).

Konwencje, jedzenie i taśmy video

Przemoknięta po podróży, ta sama młoda malarka wędruje po ciemnym pałacu swoich nowych, portretowanych, bretońskich arystokratów. Jeszcze nie było dane jej ich poznać. Trafia pod osłoną nocy do spiżarni, gdzie znajduje chleb i ser. Odkrawa sobie gruby plaster pleśniaka — i bez ogródek, na surowym drewnie stołu z zapałem je. Ta scena napiera mnie do płaczu. Nie tylko kino francuskie, ale cała zimna kultura Republiki (którą i tak po mojemu kocham szczerze), w swej intonacyjnej powściągliwości samogłosek, pruderii zasad, ruchów i języka — tutaj — (minimalnie się załamuje i) ku mojemu wzruszeniu unamiętnia. Bo czy wyzwolona, dzika kobieta nie powinna rzucać się na jedzenie?! Tak. Ale nie we Francji. On fait pas. Tak się nie robi — usłyszysz tam w każdej instytucji, a kelner w restauracji ma prawo wylać Twoją kawę, jeśli nie zawrzesz się w odpowiednim bon ton.

 
Reklama
 
Reklama

Reżyserka i scenarzystka „Portretu” (tegoroczna Złota Palma w Cannes za scenariusz), Sciamma zdradza w wywiadzie dla dwutygodnika.com, że we Francji nie może na głos powszechnie podnosić tematu relacji i proporcji kobieta-mężczyzna. Bo tam wszyscy już wszystko wiedzą i dziwnym by się wydawało zgłaszać rzecz jako wyodrębnioną treść. Spodziewam się, że niełatwo więc było Céline zabrać twórczy głos w sprawie feminizmu, którego linie delimitacyjne nie zostały domknięte z żadnej ze stron: ani jego dostatecznego końca, ani początków — bo na przykład, czy kobieta może udźwignąć walizkę?

25 kilo i więcej

Malarka Marianne płynie łodzią, którą steruje młody mężczyzna i w której wiosłuje kilkoro innych. Kiedy nagle — pod wpływem uniesienia na fali, wypadają za burtę, płótna artystki zamknięte w drewnianej skrzyni. Kto wskakuje do wody, by je ratować? Ona. Kobieta. Żaden z mężczyzn na pokładzie nie wyręcza damy opasanej w dodatku długą, ciężką suknią z podszewkami, niebezpieczną do pływania. Aż wierzyć się nie chce, że akcja ta dzieje się w XVIII wieku i że już wtedy panowało tego typu równouprawnienie — przekonania nie mam — z pewnością jest to zaś i opowieść o Francji współczesnej! Dziś tym bardziej, wiem to osobiście, spotyka się takowe zatracenie obyczajów na przekór naturze — choćby wśród ludzi kręgów polskich; ale wśród tych w kręgach francuskich przede wszystkim. (Żeby była jasność — kocham francuskość, tak jak i polskość, i wiele innych specyfikacji kulturowych, a moje słowa nie są uderzeniami w kategoriach narodowych.) 

Scenę później, już na lądzie, Marianne niesie skrzynię z płótnami i węzełek bagażu na ramię — sama — pod kamienistą górę. Ten, który sterował łodzią (Clément Bouyssou) porzuca kobietę z manatkami w ćwierć drogi, odprowadzając ją przez plażę tylko do podnóża wydm. Niczym i w tym aspekcie „tamte czasy” (jeśli taka, jak w „Portrecie kobiety w ogniu” jest o nich prawda) się nie różnią bieżącym. Gdy wprowadzałam się do Paryża po raz drugi i targałam z lotniska dwie walizki, poprosiłam francuskiego przyjaciela o pomoc. Przyjechał, owszem, kochany z niego człowiek, ale okazało się, że jedną z walizek i tak kazał nosić mnie; po schodach metra paryskiego, które w przypadku znaczącej większości stacji nie jest wyposażone w podjazdy czy windy. I naprawdę, ów przyjaciel się niczego tak z natury rzeczy nie domyślał i to nie jego wina. Poprosiłam go więc ponownie o pomoc, już w przebiegu sprawy, bowiem walizki zwyczajnie nie byłam w stanie unieść. (Ale w Polsce również, gdy idę z walizką przez miejskie przejścia podziemne, schody, coraz częściej nie reaguje z pomocą ani jeden pan). Przeczytałam w którymś z tegorocznych wydań „Twojego Stylu”, że kobietom we Francji nie wolno dźwigać zakupów i ciężarów cięższych niż 25 kg oraz pchać taczki z ładunkiem powyżej 45 kg. Jeśli to prawda, to nadal szokuje kwota 25 kilo. Czasem, i nie jest to w żadnym stopniu kokieteria, nie potrafię nawet autentycznie otworzyć czy pchnąć drzwi w różnych instytucjach lub w pociągu, takie są ciężkie. Więc nie biorą się znikąd tak zwane dobre obyczaje — mają swój rodowód w zwykłej fizyczności. Choć właśnie współcześni panowie nierzadko nie otworzą kobiecie drzwi i wcale nie ze złej woli. Po prostu zarosły gdzieś te pierwotne instynkty reagowania. Nie wiem dlaczego i smutno mi, Boże.

 
Reklama

Rzucanie się na jedzenie i dżungla do przetrwania

Nadchodzi służąca, Sophie (Luàna Bajrami). Zastaje w spiżarni artystkę, która dodatkowo tłumaczy się, że ośmieliła się sobie wziąć pożywienie. Toż to znów przecież obraz France contemporaine!

Wbrew romantyzującym filmom o Paryżu made in USA i śmiesznym à la francuskim nazwom restauracji (nie tylko) w Polsce, które z Republiką mają najdalej tyle wspólnego, co znaki diakrytyczne w menu — rozkosztowywanie się w jedzeniu odbywa się we Francji w ściśle określonych ramach: godzinach, gestach, kolejności i kategorii dań. Nie bez powodu te wszystkie l’entrées, rynsztunki przystawek, a potem serów i deserów, kilka par sztućców i imienne materiałowe serwetki przy każdym nakryciu, ale przede wszystkim nie bez wiernego odzwierciedlenia w rzeczywistości zasada naczelna: pour manger ensemble! By jeść wespół. Jedzenie samemu jest postrzegane jako wyraz dziwactwa lub choroby społecznej. 

W obrazach Sciammy i Claire Mathon(zdjęcia), bo w przypadku ich filmu „Portret kobiety w ogniu”, należy raczej mówić o palecie scen rodzajowych i pejzaży, tak są w swej grze światła i półtonów przepiękne — niż o jednym dominującym, wyczuwa się coś jakkolwiek sztucznego. Nie wydaje się zapraszać do siebie, nie zdradza psychiczną kondycją XVIII wieku. Jest niejako utworem zewnętrznym, do którego mamy dostęp wyłącznie intelektualnie — poprzez poruszone idee. Osadza nas w epoce może jedynie pytanie, które zadaje szlachcianka (Adèle Haenel) malarce, tonem pełnym nierozszczepialnej pewności zastanego świata, jaka mogłaby obsługiwać świadomość postaci kobiety przedrewolucyjnej: „Nie jesteś zobligowana, by wyjść za mąż?”

Z jednej strony pomysł na ubranie uniwersalnej (historycznie i geograficznie) opresji kobiet w kostium, jest pomysłem słusznym moralnie i mistrzowskim estetycznie (jakbyśmy nadal były nieporozbierane jeszcze ze społecznych gorsetów i kokardek), bo, jako że minimalistyczna sceneria nowożytna odwraca rzekomo uwagę od idei teoretycznej, to i aranżuje zgoła inne „spodziewanie się” widzowskie. Więc to sama treść wychodzi na prowadzenie. Wyabstrahowane z realiów współczesnych, tak i z obecności mężczyzn (jedyni panowie w filmie Sciammy to wymienieni, nieudolni niedżentelmeńscy wioślarze) zdają się być manifestem. Nie miałby ów tak eleganckiego i sensorycznego wygłosu, gdyby zekranizować walkę kobiet w kontekście pomieszanej bieżączki. Dziś problemy damskie nie są opowiadane z bretońskich pałaców, przeciwnie — uwikłane w dżunglę do przetrwania. 

Z drugiej zaś, taka konwencja filmowa nie daje nam przecież obrazu, odniesienia do faktycznego stanu rzeczy tuż sprzed wybuchu Rewolucji Francuskiej. Rodzi się więc pytanie, kto przychyli się do rzeczywistego odbioru pragnień Sciammy; kto ich nie pomyli z przedawnionymi zmartwieniami sprzed wieków. Utwór swój Francuzka kreuje subtelnymi pociągnięciami pędzla i światła, paradoksalnie, zza woalki; do widza wyrafinowanego i cierpliwego. Może też i ona miała dość wyrazu wprost z krzyczących transparentów. Kto wie, czy jej metoda nie ma więc postaci z ultra dorzecza kobiecości. 

Miłość, signifiants i signifiés

Gdzie kobiecość, tam i miłość. I mam nadzieję nie być posądzoną o stereotyp. Między głównymi bohaterkami dramatu Sciammy buduje się uczucie, sekwencją wydawałoby się odmalarskich spojrzeń. Nie trudno się pomylić. Może tu i manifest przeciwko draniom malarstwa, malarzom (i malarkom) po prostu, nie tylko mężczyznom — którzy myślą, że zarezerwowali sobie akt patrzenia. „Jesteśmy dokładnie w tej samej pozycji. Gdy na mnie patrzysz, na kogo patrzę ja?”, rozbraja historię sztuki niepozorna, niema z zasady modelka. Pozująca Helojza. „Portret kobiety w ogniu” (niektórzy sugerują tłumaczenie: „w płomieniach”) unaocznia, że świat nie dzieli się wyłącznie na aktorów i widzów, malujących i malowanych. Znaczonych i znaczących. W czasach sprzed fotografii, osobne życie zwielokrotnionego wizerunku miało ogromną moc. Portret powstawał na lata. Kadry z ujęciem linii damskich przy kominku. Romantyczne. Pusty pokój z zarzuconymi na meble prześcieradłami. Peau qui devient la lumière, to z kolei głos operatorki „Le portrait…”, Mathon (https://vimeo.com/334695089). Skóra, która w malowaniu utworu filmowego, staje się światłem. Marianne co jakiś czas nalewa ze dzbana wodę do pucharu. Potem pije ją z uwagą, w półcieniu. Jakby stanowiła wraz ze szkłem martwą naturę (scenografia — Thomas Grézeaud). Ma ubrudzone farbą dłonie, które z francuską precyzją ukrywa przed kochanką, Héloïse.

Ta miłość tutaj jest nieuczciwa. O ile miłość kiedykolwiek ma coś ze sprawiedliwości. Tylko jedna z kobiet uwodzi drugą. I tylko druga czyta mylnie znaki. W rodzinie Helojzy dwie już damy poległy ofiarami przykazań świeckich. Siostrę miano wydać za mąż za nieznajomego, więc popełniła samobójstwo. Matka uległa temu samemu, i parę dekad wcześniej dała się rozdać na targu powinności małżeńskiej. Co się stanie z główną bohaterką? 

 
Reklama

Liczenie kroków

Ale oprócz układów malarskich i erotycznych, uwodzicielskie są tu też systemy kroków. Uważna choreografia. Powolne wchodzenie po schodach. Służąca niesie suknię panienki — widzą ją tylko usłużne, do stóp, uchylenia kamery. Ujrzenie arystokratki jest podwójnie odwiedzione. To ona nie chce być znaczoną, bo unika jak ognia swojego portretu, tworzonego w posagu dla jej rychłego współmałżonka. Kto by chciał wychodzić za mąż w czasach, gdy to towar zbyt powszechny! Zobaczyć nareszcie panienkę będzie rozciągłą tajemnicą w pierwszej części filmu. Drepcze lichymi kroczkami Sophie za tkaniną tak, jakoby to ona była tą damą, o którą chodzi.

Łapie się pod boki często Marianne. W swym łuku triumfalnym ruchu. Bardzo czujna poetyka całości. Od spojrzenia obiektywu począwszy, niesłychanie obecnego, jakby był dodatkową postacią sceny. A między samymi postaciami, matką (Valeria Golino) a córką, córką a jej portrecistką Marianną, portrecistką i Héloïse a służącą tej drugiej — ważą się tak precyzyjne relacje, jak gdyby wyznaczane były one narysowanymi na podłodze liniami poruszania się. Jakby Sciamma po każdej scenie wchodziła na plan, zastanawiała się chwilę w znamiennym dla tego filmu zamyśleniu, ścierała stare linie i rysowała nowe, dla dalszych losów.

Próba portretu

Noémie Meriantma przez cały czas trwania historii tak rozlaną, nabrzmiałą energię aktorską, jakby już przed wydarzeniami właściwymi wiedziała o najgorszym, przeczuwała to w sobie. To skądinąd ciekawy zabieg; utrzymuje temperaturę filmu i może też w nim o to właśnie chodzi. Bo wówczas emocjami jest malowany w jednej tonacji, przez cały przebieg — jeden portret. Portret, który jednak umyka. 

Kolega powiedział mi, że „widz podczas tego filmu siedzi cicho i bez ruchu, jak to w kinie, czyli jakby sam był portretowany”. Zgodziłabym się z nim, gdyby nie to, że widz na tej projekcji wcale cicho nie siedzi! Usiedzieć nie może. Nie sposób się na niej nie ruszać, zdzierżyć pauz w każdej warstwie tego filmu. Czy jeszcze wolno więc robić filmy wyłącznie o miłości? 

Scena otwarcia: pretensjonalne wypukłe w sztuce aktorskiej pozowanie nauczycielki rysunku i tej jej ach, dawne napięcia erotyczne wciąż wzburzone, jakby miały się za chwilę przelać oceany. 

Też jestem po trosze Francuzką

 
Reklama

Ostatecznie to też i film-baśń, jak mówi o nim operatorka Claire Mathon. Trzy kobiety w pałacowej dygresji, bez tych nawet wszystkich mężów, co im grożą nieznanym. Mogą na siebie liczyć. Aborcja, zbieranie ziół, gra w karty, czytanie literatury, picie wina i tabaka przy kominku. 

Za pierwszym razem oglądam „Portret” w kinie i zbieram nieprzyzwoite śmiechy z sali w momentach, które rozbierają żywnie na wizji …trudy rzemiosła malarskiego, na jego części pierwsze. Za drugim razem biorę portret — do domu. Mogę zostać sama na same z czterema kobietami, właściwie trzema, tak jak i one, odseparowana za górami, za lasami, za Wisłą. Zaufać właśnie im, w rozważaniach nad kobiecością. Tak jak Marianne rozsiąść się w swoim studium portretu. Przyjrzeć się Meriant ostrożnej, wymalować jej zakłopotane oczy, Haenel wybuchowej, pozostawić ją jednak w kresce nietypowej dla siebie (roli) arystokratki — jakby mimicznie szydziła z rozdzielonych konwencji. Zapaść się w łożu Sciammy, we wnętrzu inscenizowanej historii.

Którą każdemu poleca się przeżyć po swojemu. 

 

Dziękujemy Gutek Film za możliwość obejrzenia filmu

Reklama