Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Zdarza się to w moim życiu dość często, choć kiedyś miało to miejsce nawet co miesiąc, co dwa. Plan zwykle jest następujący: kupić tanie bilety pół roku wcześniej, sześć miesięcy później spakować walizkę i ruszyć w nieznane. Wyrwać się na chwilę od codzienności, co szczególnie zimą pozwala naładować się na kolejne tygodnie spędzane w polskich ciemnościach. Wystarczą trzy dni, żeby wrócić z przewietrzoną głową, z nowymi pomysłami, z inspiracjami. Hiszpania, Portugalia, Malta, Włochy, a w bardziej sprzyjających miesiącach Węgry, Niemcy, Czechy, Holandia, Dania albo polskie morze, góry, lasy. Nieważne dokąd, liczy się projekt „zmiana”. Zdecydowanie bardziej wolę kilka razy po swojemu, niż raz, ale na bogato. All inclusive to opcja zdecydowanie nie dla mnie. Zamiast hotelu wybieram mieszkanie w centrum, żeby choć przez chwilę poczuć się jak tubylec. Do tego małe, klimatyczne knajpki, niewielkie kawiarnie i tak oto pojawia się szczęście. Wyjazd zwykle spędzam więc na spacerach, a nie na paranoicznym zwiedzaniu z przewodnikiem w ręku. Nie należę do osób, które muszą wejść do każdego zamku, pałacu, kościoła. Raczej kawa z widokiem, szwendanie się po ulicach miast i miasteczek, dobre jedzenie i mile spędzony czas.

Uwielbiam zapachy, smaki i kolory krajów południowych. Elewacje z jasnego piaskowca, orientalne przyprawy, no i słońce, którego w Polsce od listopada do marca próżno szukać na niebie. Klimat zmienił się diametralnie i zimą mamy porę deszczową, w ostatnich latach nawet coś na kształt nocy polarnej.

Ludzie relaksują się na różne sposoby – sport, muzyka, taniec, bijatyki na stadionach, demolka centrów miast, kompulsywne zakupy, wspinaczka wysokogórska… Dla mnie sposobem na stres jest zmiana strefy klimatycznej, lokalne jedzenie oraz dobre wino. Trzy/cztery dni wystarczą, żeby skutecznie zresetować mózg. Kilkanaście kilometrów na piechotę w promieniach słońca i mogę wracać do pracy z nową energią. Czasem tylko nachodzi mnie myśl, że jest tyle ciekawych miejsc do zobaczenia, a tak mało czasu, żeby je wszystkie odwiedzić. Taki ot problem pierwszego świata.

 
Reklama
 
Reklama

Reklama